
III LIGA. Rozmowa z Michałem Ogrodnikiem, pomocnikiem Resovii.
Po półtorarocznej przygodzie z Pogonią Siedlce, Michał Ogrodnik wrócił do drużyny „pasiaków”. 24-letni pomocnik spędzi przy Wyspiańskiego najbliższe pół roku.
– Dlaczego nie zagrał pan w sobotnim sparingu?
– Jeszcze nie czuję się na siłach. Noga wciąż mi doskwiera, więc wolałem odpuścić.
– Trener Szymon Szydełko mówił, że odczuwa pan tak wielki głód piłki, iż musi hamować pana zapędy.
– No właśnie, jak poczułem się lepiej, od razu zacząłem zasuwać na sto procent, co nie było najlepszym pomysłem. Muszę się nauczyć cierpliwości, usiąść na tyłku przez tydzień, żeby do końca wyleczyć mięsień dwugłowy. Dokucza mi od listopada, ale zaciskałem zęby i grałem, walcząc o miejsce w składzie. W końcu ból stał się nie do zniesienia. Trzeba się było poddać leczeniu, które trwa do dzisiaj.
– Z jakim skutkiem?
– Dobrym. Wygląda na to, że do pierwszego meczu o punkty będę w stu procentach gotowy.
– W Pogoni Siedlce przyrósł pan do ławki rezerwowych. Dlaczego?
– Aż tak źle nie było. W pierwszym sezonie rozegrałem 20 spotkań. Klapą okazało się drugie półrocze, kiedy trener Marcin Sasal odsunął mnie od składu. Wcześniej Pogoń prowadziło trzech innych szkoleniowców, każdy z nich dawał mi szansę. Sasal miał inną koncepcję. Cóż, takie jego prawo. Poza tym drużyna osiągała dobre wyniki i trener niechętnie mieszał w wyjściowej „11”.
– Rozmawiał pan z trenerem o swojej sytuacji, dociekał, dlaczego został potraktowany właśnie w taki sposób?
– Nie złapaliśmy wspólnego języka. Zresztą, nie należę do piłkarzy, którzy chodzą do trenerów i pytają, dlaczego nie grają. Raczej zasuwam na zajęciach. W taki sposób wysyłam sygnał, że warto na mnie postawić.
– To, co spotkało pana w Siedlcach, to był zimny prysznic? W końcu jechał pan tam z dużymi nadziejami.
– Na pewno. W Resovii obdarzono mnie zaufaniem, w Pogoni często wpuszczano na boisko w końcówce meczu, oczekując cudów. A to przecież tak nie działa. Ale co istotne: nie czułem się gorszym zawodnikiem od tych, których wybrał Marcin Sasal.
– A kasa się zgadzała? Bo z tym w I lidze też różnie bywa. Weźmy taki Stomil Olsztyn, który jest praktycznie bankrutem…
– W Pogoni sprawy finansowe są poukładane. Połowa klubowego budżetu pochodzi z miasta. Jest ładny stadion, są świetne boiska. Tylko grać. A co do Stomilu – tam jest tak, jak za moich czasów w Resovii. Im większe zaległości w stosunku do piłkarzy, tym lepsze wyniki. Większą piłką pachnie w Gdyni czy Legnicy, gdzie nie brakuje zawodników z bogatą przeszłością, a kluby są dobrze zorganizowane.
– Przybyło panu mięśni w tej I lidze czy wciąż będziemy pisać o panu „kieszonkowy” pomocnik?
– Parę kilogramów przybyło, ale wyższy już nie będę (śmiech). Wiadomo, jaką mam budowę ciała.
– Szybkość – to wciąż pana największy atut?
– Tak było przed kontuzją. Ale myślę, że niebawem znów przyspieszę (śmiech).
– Dlaczego ponownie wybrał pan Resovię? Nie było innych, ciekawszych ofert?
– Myślałem, że szybciej wrócę do zdrowia i w połowie stycznia znajdę sobie klub w drugiej lidze. Było kilka propozycji, lecz w grę wchodziły testy, na które nie mogłem jechać. Resovia wyciągnęła do mnie rękę. Dała mi czas, żebym się wyleczył. Doceniam to.
– Klub i kibice oczekują, że będzie pan jednym z liderów drużyny. Jest pan gotowy na takie wyzwanie?
– Cóż, najwięcej wymagam od siebie. Plan polega na tym, aby przez te pół roku strzelić kilka goli i złapać formę, która pozwoli mi wrócić do większej piłki. Uda się albo nie. Wóz albo przewóz.
– Rozumiem więc, że Resovia to tylko przystanek?
– Kontrakt jest krótki, ale zawsze można go przedłużyć. Zobaczymy, co będzie. Może uda się awansować do drugiej ligi?
– Gdy rozmawialiśmy ostatnim razem, spodziewaliście się z żoną dziecka…
– Hmm, nie pamiętam, kiedy rozmawialiśmy, ale daję sobie głowę uciąć, że Emilia była już wtedy na świecie. Dopiero co prezes Aleksander Bentkowski gratulował mi drugiego dziecka i musiałem wyprowadzać go z błędu. Nie wiem, o co chodzi z tymi plotkami krążącymi po Rzeszowie, ale to jest najlepsza okazja do zdementowania tych informacji. Zatem sprawa wygląda tak, że jak na razie mam tylko pięcioletnią córkę (śmiech).
Rozmawiał Tomasz Szeliga


