Policjanci zabrali mu prawo jazdy, choć nie powinni

Jak sam przyznaje Wojciech Kurosz, nie ucieka on od odpowiedzialności i wie, że złamał przepisy, jednak nie w takim stopniu, jak przypisywali mu to mundurowi. Fot. Wit Hadło
Jak sam przyznaje Wojciech Kurosz, nie ucieka on od odpowiedzialności i wie, że złamał przepisy, jednak nie w takim stopniu, jak przypisywali mu to mundurowi. Fot. Wit Hadło

RZESZÓW. Jest zawodowym kierowcą i stracił prawo jazdy, bo policjanci źle interpretują zdarzenia drogowe.

Wtorek, 9 lutego, Wojciech Kurosz jedzie motocyklem przez miejscowość Szklary (pow. rzeszowski). Zatrzymują go policjanci z wideorejestratorem, którzy pokazują mu, że jechał 111 km/h. Mają jednak wątpliwości, czy zabrać mu prawo jazdy, dlatego każą motocykliście poczekać na poboczu, a sami szukają znaku. Źle interpretują sytuację i zabierają motocykliście prawo jazdy A, B i C, dają mandat i punkty karne. Pan Wojciech po kilku dniach jedzie w to samo miejsce i odkrywa pomyłkę funkcjonariuszy. Dopiero jego interwencja u z-cy naczelnika rzeszowskiej drogówki powoduje, że odzyskuje prawo jazdy. Twierdzi również, że dostał za wysoki mandat i za dużo punktów karnych niż przewidują to przepisy. Sprawę prawdopodobnie rozstrzygnie sąd.

Pan Wojciech jechał swoim suzuki drogą powiatową Dylągówka – Szklary. Około południa został zatrzymany przez policjantów z drogówki. Nagranie z wideorejestratora pokazało, że jechał 111 km/h.

Policjanci wiedzieli, że przekroczył prędkość, ale nie wiedzieli, czy to teren zabudowany. Kazali więc motocykliście czekać na poboczu, a sami pojechali zrobić pętle w… poszukiwaniu znaku, który mówi, że to teren zabudowany. – Czekałem na nich jakieś 10 minut. Gdy znowu podjechali, powiedzieli, że był taki znak. Skoro tak mówią policjanci, to uznałem, że to prawda. Tym samym zabrali mi prawo jazdy kategorii A, B i C. Przyjąłem także mandat w wysokości 400 zł i 10 punktów karnych, bo dlaczego mam nie wierzyć funkcjonariuszom – mówi Kurosz.

Szefowa drogówki przyznaje mu rację
Kilka dni później znalazł się ponownie w tym samym miejscu, gdzie został zatrzymany i zauważył, że znaku mówiącego o terenie zabudowanym nie było. W poniedziałek, 15 lutego, poszedł więc do z-cy naczelnika rzeszowskiej drogówki. Po analizie materiałów policjantka przyznała mu rację. Skoro nie było znaku, to dlaczego funkcjonariusze inaczej zinterpretowali tę sytuację?

– Istotnie takiego znaku nie było, tzn. był, ale od tej strony, z której jechali policjanci, a nie było go od strony przeciwnej, z której jechał motocyklista, a dlaczego tego znaku nie było, to pytanie do zarządcy drogi – mówi komisarz Adam Szeląg, oficer prasowy rzeszowskiej policji.

– Co ciekawe, jak byłem w poniedziałek z tym na policji, to znaku nadal nie było, ale już we wtorek w południe znak oznaczający teren zabudowany był już postawiony. Po prostu jakieś cuda – mówi pan Wojciech.

Po interwencji motocyklisty policja uznała swój błąd i dlatego w środę pan Wojciech poszedł do wydziału komunikacji, gdzie odzyskał prawo jazdy trzech kategorii. Jest jednak kierowcą zawodowym i przez 8 dni nie mógł wykonywać zawodu. To jednak nie koniec.

Nie zgadza się z wysokością mandatu i liczbą punktów karnych
Kurosz uważa, że nie tylko nie było znaku mówiącego o terenie zabudowanym, ale także nie było znaku ograniczającego prędkość do 50 km/h. – A skoro nie było, to mogłem jechać 90 km/h, Oczywiście przyznaje się do przekroczenia prędkości, ale otrzymałem mandat w wysokości 400 zł i 10 punktów karnych za przekroczenie prędkości o 61 km/h. Ja uważam, że przekroczyłem o 21 km/h, a to z kolei oznacza, że powinien dostać mandat od 100 do 200 zł i 4 punkty karne – mówi.

Komisarz Szeląg mówi: – Rozmawiałem z policjantami i nasze stanowisko jest takie, że w tym miejscu był znak, który zobowiązywał do ograniczenia prędkości do 50 km/h.

Co na to motocyklista? – Pojechałem tam w czwartek (18 luty) i mam nagranie, na którym nie ma żadnego znaku ograniczającego prędkość do 50 km/h. Nie odpuszczę tego i pójdę z tą sprawą do sądu, bo owszem, poczuwam się do winy, ale nie do takiej, jaką przedstawiają mi policjanci – kończy pan Wojciech.

Grzegorz Anton

14 Responses to "Policjanci zabrali mu prawo jazdy, choć nie powinni"

Leave a Reply

Your email address will not be published.