Jak Miesiąc i Stachyra podbijali Argentynę

Bohaterowie wyprawy do Ameryki Południowej: Paweł Miesiąc (z lewej) i Dawid Stachyra. Fot. Prywatne archiwum Pawła Miesiąca i Dawida Stachyry
Bohaterowie wyprawy do Ameryki Południowej: Paweł Miesiąc (z lewej) i Dawid Stachyra. Fot. Prywatne archiwum Pawła Miesiąca i Dawida Stachyry

ŻUŻEL. – Argentyna to totalnie inny świat, inna planeta, a ludzie są tam przewspaniali – przekonuje Dawid Stachyra. – Jeśli miałbym tam wrócić za rok, czy dwa, to na pewno skorzystałbym z takiej możliwości – dodaje Paweł Miesiąc. Obaj rzeszowscy żużlowcy po raz pierwszy gościli w Ameryce Południowej, gdzie mieli okazję nieco bliżej poznać ojczyznę Diego Maradony i Leo Messiego.

– To były fajne wakacje połączone z ciężką pracą – tak o blisko trzymiesięcznej wyprawie do Argentyny mówi Paweł Miesiąc, wychowanek Stali Rzeszów i również doskonale znany w stolicy Podkarpacia Dawid Stachyra, którzy wzięli udział w Otwartych Indywidualnych Mistrzostwach tego kraju. Wyprawa do Ameryki Południowej zakończyła się ich sportowym sukcesem, bowiem obaj stanęli na podium klasyfikacji generalnej całego cyklu zawodów. Do Polski wrócili pod koniec lutego, w pełni zadowoleni i z jak najlepszymi wspomnieniami z ósmego, co do wielkości kraju na świecie. Odbywające się na przełomie roku Indywidualne Otwarte Mistrzostwa Argentyny od kilku lat na dobre wpisały się w żużlowy kalendarz. – Przed wylotem do Ameryki Południowej było sporo znaków zapytania, bowiem słyszeliśmy dużo, głównie od Europejczyków, na temat organizacji zawodów. Na miejscu okazało się, że wszystko było w porządku – mówi Dawid Stachyra, który zakończył mistrzostwa na drugim stopniu podium.

Zarekwirowany bagaż

bagazObaj zawodnicy wyruszyli do Argentyny początkiem grudnia ubiegłego roku. Jako pierwszy w ojczyźnie Diego Maradony i Leo Messiego zameldował się Paweł Miesiąc. – Początek podroży był dobry. Nie było żadnych problemów na lotnisku w Krakowie, a potem we Frankfurcie. Te pojawiły się dopiero w Buenos Aires. Miałem, jak każdy zawodnik, 100 kg bagażu, w tym m.in. silnik, sprzęgła i części zamienne. W Argentynie celnicy na ostatniej odprawie zabrali cały mój bagaż. Musieli interweniować organizatorzy, co zajęło im kilka dni. Przez ten czas mieszkałem u nich, niedaleko Buenos Aires. Tak na dobrą sprawę nie wiem, o co była cała ta draka, ale najważniejsze, że skończyła się happy endem – relacjonuje przebieg podróży do Ameryki Południowej Paweł Miesiąc, który w miarę szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. – Pierwszy miesiąc był w głównej mierze poświęcony aklimatyzacji. Wprawdzie tuż po przylocie wszystko było OK, jednak z czasem organizm zaczął odczuwać zmianę klimatu i inną strefę czasową. Ale jakoś dawałem radę – dodaje Miesiąc. Zmiana klimatu dawała także się we znaki Stachyrze. – W nocy temperatura oscylowała w granicach 25 – 30 stopni. To dla kogoś z Polski, gdzie mamy obecnie zimę, niebywałe wręcz temperatury. Zupełnie inaczej pracuje głowa, gdy codziennie przebywa się w słońcu. Zmiana klimatu dała znać o sobie po powrocie, bowiem pojawił się katar, kaszel, więc ta różnica temperatur odbiła się nieco na moim zdrowiu – opisuje Dawid. Jednak nie tylko upały stanowiły problem. Zmorą organizatorów była często kapryśna aura. – Upałom towarzyszyły burze i nawałnice. Bahia Blanca leży w takim miejscu, że z jednej strony jest ocean, a z drugiej góry. To idealne warunki do tworzenia się anomalii pogodowych – opisuje Miesiąc.

Szczerzy, skromni i gościnni

otwraciPo przyjeździe do Bahia Blanca, zawodnicy zabrali się ostro do pracy. Czekał ich bowiem prawdziwy maraton żużlowy.- Pierwotnie miało być więcej zawodów, ale na przeszkodzie stanęła pogoda. Z tego powodu zamiast 15, odbyło się tylko 10 imprez. Każdy zawodnik, już na miejscu musiał sobie znaleźć mechanika. Generalnie nie było z tym problemów, bowiem Argentyńczycy to bardzo pomocny i otwarty naród – przekonuje Miesiąc. Szczerzy, skromni i gościnni – tak w trzech słowach Argentyńczyków określa z kolei Stachyra. – Złapałem bardzo dobry kontakt z rodziną Vallejosów. Louis był 11-krotnym mistrzem Argentyny na żużlu, jeździł też na długim torze w Europie. Teraz z synem, który był moi mechanikiem, a ja też pomagałem jemu, ściga się w bardzo popularnych w Argentynie wyścigach midgetów. Louis jest także mechanikiem, przez 10 lat pracował w Niemczech z Marcelem Gerhadem, uznanym mechanikiem na świecie, więc zna się na rzeczy i ma pojęcie o sprzęcie żużlowym. Ofiarował nam bardzo dużą pomoc i gdyby nie ona, to byłoby nam o wiele trudniej. Gdy tylko były jakieś kłopoty z silnikami czy ramami, to właśnie on je remontował – dodaje wychowanek TŻ Lublin.

Ściganie na całego!

dadadaWszyscy zawodnicy, którzy brali udział w OIMA zamieszkali w jednym miejscu. – Zakwaterowano nas w odległości około kilometra od stadionu. Nie mogliśmy na nic narzekać – przekonuje Miesiąc. To właśnie tor w Bahia Blanca był główną areną żużlowych zmagań. Oprócz niego, zawodnicy ścigali się także w Colonia Baron i Carlos Casares. Żużlowcom do gustu szczególnie przypadł obiekt w tym pierwszym mieście. – To był szeroki i bardzo fajny tor, na którym można się było naprawdę pościgać. Nawet, gdy jechało się pierwszym, trzeba się było mocno pilnować. Na torze działo się wiele i atak rywala mógł nastąpić praktycznie z każdej strony. Raz jeździliśmy w czterech, raz w pięciu. Z czasem już nawet nie zwracałem uwagi na to, ilu rywali stoi pod taśmą – wspomina Miesiąc, któremu wtóruje jego polski kompan wyprawy. – Tamtejszy tor jest bardzo podobny do rzeszowskiego, tylko że jeszcze szerszy, więc bez problemów dało się startować w piątkę i jeszcze było miejsce nawet dla dwóch zawodników – przekonuje Stachyra, który nie zgadza się ze stwierdzeniem, że całe mistrzostwa miały kiepską obsadę. – Czołowa piątka mistrzostw to naprawdę szybcy zawodnicy. Dla Nico Covattiego, który wygrał, to były już 8. mistrzostwa. Był dobrze przygotowany sprzętowo, co było totalnym przeciwieństwem w stosunku do nas, gdzie dysponowaliśmy tylko jedną ramą, w dodatku tak, jak w moim przypadku rozklekotaną. Musiałem włożyć mnóstwo pracy, bo po każdych zawodach coś tam się urywało, łamało i trzeba było to wszystko reperować praktycznie z niczego – zdradza Stachyra.

Szpital i złodzieje

zlodziejeDla Pawła Miesiąca sportowa rywalizacja w Argentynie zaczęła się bardzo pechowo. – Zaliczyłem upadek w finale pierwszego turnieju. Byłem bardzo poobijany, ale za tydzień były kolejne zawody. Lekarze chcieli mnie nawet zostawić w szpitalu, jednak się nie zgodziłem – opisuje wychowanek rzeszowskiej Stali. Pech, tylko nieco innego rodzaju, dopadł także Dawida Stachyrę, który… został okradziony. – Cała historia skończyła się happy enden, co tylko bardzo dobrze świadczy o Argentyńczykach. W dziwnych okolicznościach zginął mój kask. W ciągu 3 godzin, między 21, a północą, miejscowi plus kibice zrobili 121 udostępnień na Facebooku, że zginął kask i potrzeba jest pomoc, aby go odnaleźć. Myślę, że o coś takiego w Polsce byłoby ciężko. Informacja dotarła do człowieka, któremu ten kask został przekazany. Rzekomo znalazł go taksówkarz, który potem przekazał go swojemu znajomemu, jeżdżącemu na motocrossie i do niego właśnie dotarła wiadomość, że kask jest poszukiwany. Oczywiście się zgłosił i bez żadnych dodatkowych opłat go zwrócił – relacjonuje całe wydarzenie Stachyra, który nie był jedyną ofiarą złodziei. – Na zawody w Argentynie skonstruowałem silnik, który chciałem potem sprzedać, a środki pozyskane w ten sposób przeznaczyć na zakup sprzętu na polską ligę. Miałem jednego dogranego zawodnika, który chciał kupić ten silnik. Zazwyczaj takie większe sprzedaże odbywają się po ostatnich zawodach. W dniu finałowych zawodów, temu żużlowcowi, któremu miałem sprzedać silnik, włamali się do busa i ukradli wszystkie odłożone na zakupy, nie tylko mojego silnika, pieniądze czyli 5 tys. dolarów. Skończyło się tak, że ja zostałem z silnikiem, a on został bez pieniędzy – żałuje Stachyra.

Nie tylko piłka nożna

MidgetArgentyna, podobnie jak i cała Ameryka Południowa w głównej mierze kojarzy się z piłką nożną. – Zdecydowanie rządzi futbol. Jest dużo boisk i placów, gdzie gra się w nogę i to niezależnie od wieku. Widać, że kraj żyje piłką nożną. Bardzo popularne są również wyścigi midgetów. To takie małe pojazdy na czterech kółkach, przypominające nieco samochód. Ich wyścigi odbywały się na tym samym torze, na którym ścigaliśmy się my – mówi Miesiąc. – To właśnie Argentyna jest w całej Ameryce Południowej kolebką midgetów. Specjalnie skonstruowana rama, razem z silnikiem waży 450 kg. Zazwyczaj każdy jeździ na Volkswagenie 1,6, oczywiście dodatkowo tuningowanym. Takie auta, gdy startują, to można powiedzieć, że „idą na jednym kole żużlowym”. To zdecydowanie dyscyplina motorowa nr 1 w Bahia Blanca. Oprócz niej, mają jeszcze koszykówkę i piłkę nożna w ekstraklasie, tak więc można powiedzieć, że miasto żyje sportem – przekonuje „Davidoff”. Sporym zainteresowaniem cieszyły się również zawody żużlowe. – Były turnieje, gromadzące na trybunach 3 – 4 tys. widzów – wspomina Miesiąc, któremu wraz z kolegami przyszło się ścigać nawet o… 2 w nocy! – Nasze zawody planowano miały się zazwyczaj zaczynać o godz. 21.30, ale zdarzały się opóźnienia. Podczas mistrzostw Argentyny, odbywała się też turnieje „50”, „100” i „150”, także bywało, że kończyliśmy zmagania godzinę, albo nawet dwie po północy. Biorąc pod uwagę upały, jakie panowały w dzień, wieczorami i nocą jeździło się o wiele przyjemniej – przekonuje Miesiąc, który dodaje. – Musieliśmy się przyzwyczaić do nieco innego stylu życia. W dzień obowiązywała sjesta, która trwała od godz. 13 do 17. W tym czasie wszystko było pozamykane. Nocne życie zaczynało się na dobre dopiero koło północy. W takich upałach po prostu nie da się inaczej funkcjonować – wyjaśnia żużlowiec. – Początkowo było to dla nas sporym utrudnieniem, bo byliśmy przyzwyczajeni, tak jak w Polsce, że jak się ma w danej sekundzie na coś ochotę, to idzie się do sklepu i to po prostu kupuje. Tam głowa musiała się trochę przestawić i trzeba było wcześniej pomyśleć, co się chce, bowiem przez tez 4 godziny nic nie dało się kupić. Tak samo było w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy były pozamykane. Otwarte były tylko restauracje – dodaje Stachyra.

Polaco? Co ja robię tu?

Polaco okMimo wspomnianych niedogodności, Argentyna jak i jej mieszkańcy, wywarli na obu żużlowcach bardzo dobre wrażenieJuż wcześniej mówił mi Kuba Jamróg (startował w Argentynie przed rokiem – przyp. red.), że będziemy tam traktowani, niczym bogowie i rzeczywiście tak było. Dla nich jest po prostu nie do pomyślenia, żeby ktoś z obcego kontynentu tam przebywał. Tam może być ktoś z Brazylii, Urugwaju czy Ekwadoru, ale nie z Europy. Każdy zadawał pytanie kim jestem i co ja robię tu? Im się to po prostu w głowie nie mieściło, jak usłyszeli „Polaco” i co „Polaco” robi w Argentynie? Traktowani byliśmy niczym obiekty do zwiedzania – śmieje się Stachyra, który szybko złapał kontakt z miejscowymi. – Z czasem zacząłem się z nimi dogadywać po hiszpańsku, bo po angielsku mówi dosłownie 4 – 5 procent ludzi. Tak więc na początku był totalny brak komunikacji, ale nie ma się czemu dziwić. Ameryka Południowa to wielki kontynent i ludzie rzadko się z niego ruszają, więc angielski jest im niepotrzebny, bowiem w swoich krajach w większości przypadków porozumiewają się po hiszpańsku – przekonuje Stachyra.

Inny świat, inna planeta

AutoBahia Blanca jest mniej więcej półtora razy większa od stolicy Podkarpacia, jednak oba miasta bardzo się różnią. – Gdy pokazałem miejscowym filmik o Rzeszowie, nakręcony z drona, to byli zachwyceni, jakby zobaczyli Boga – mówi Stachyra, który tak opisuje to, co zastał w Argentynie. – Nie wiem, od czego mam zacząć. Argentyna to totalnie inny świat, inna planeta. Myślę, że normalna, polska zamożna rodzina nie byłaby w stanie tam funkcjonować. To wszystko wygląda, jakby świat się tam zatrzymał 100 lat temu. Mają fatalnie wyglądające domy z zewnątrz. Są one w dużo gorszym stanie, takim wzrokowym, niż chociażby u nas na wsiach i to tych biedniejszych. Jeżdżą starymi autami. Oczywiście trafiają się jakieś nowsze i ładniejsze wozy, ale są one w zdecydowanej mniejszości np. jeden na 30, 40. Takich samochodów, jak tam, nie widziałem nawet w Internecie. Są np. auta całe z… żywicy! Po prostu głowa mała! – opisuje Stachyra.

Argentyński „Bałtyk” i bezpieczeństwo

OceanW samym mieście życie toczy się bardzo spokojnie. – Domy z zewnątrz są brzydkie, chociaż w środku ludzie dobrze sobie mieszkają i co jest w tym najciekawsze, to raczej nie biedują. Ciekawie prezentują się też drogi, na których prawie w ogóle nie ma asfaltu i wyglądają one tak, jak u nas dojazdy na budowę. Ważnym punktem jest port, gdzie odbywa się handel i to chyba nawet z innymi kontynentami. Ludzie jednak podróżują mało, bowiem Argentyna jest wielka. My w Polsce mamy ochotę jechać nad morze, to jedziemy, chcemy w góry, to też nic nie stoi na przeszkodzie. Tam jest wszędzie daleko. Buenos Aires i Cordoba, czyli dwa większe miasta, są oddalone od Bahia Blanca o 700 km! Mieszkańcy często jeżdżą za to do Monte Hermoso. To jest taki ich „Bałtyk”, czyli Morze Argentyńskie, które potem przechodzi w Ocean Spokojny – opisuje Stachyra. – Byłem kilka razy nad oceanem. Fajna sprawa. Co do zwiedzania, to za bardzo nie było na to czasu. Niby był to długi pobyt, ale jakoś tak się złożyło. Może następnym razem… – dodaje Miesiąc. Dawid Stachyra z kolei był zaskoczony, że mimo panującej opinii, że Argentyna to niebezpieczny kraj, podczas blisko 3-miesięcznego pobytu w tym kraju nie był świadkiem żadnego aktu przemocy. – Nie spotkałem się z żadnymi przykrymi incydentami. Byłem zdziwiony, że można znaleźć takie miejsce na ziemi, gdzie nie ma tego, co gdzie indziej jest niemal na co dzień. Nie było najmniejszego zagrożenia, czułem się tam superbezpiecznie. Owszem, Argentyna jest gdzieś tam na pewno krajem mafijnym, bo dużo się słyszy na ten temat, ale może to ma miejsce w większych miastach, typu Buenos Aires, gdzie dochodzi świat narkotykowy itp. – zastanawia się Stachyra.

Majówka przez pół roku i yerba mate

GrillObu żużlowcom przypadła do gustu argentyńska kuchnia, w której króluje mięso. – Ogólnie jedzenie mają bardzo dobre. Głównie oparte na wieprzowinie, wołowinie i wszelkiego rodzaju stekach. W Argentynie bardzo popularne są grille. Praktycznie każdy dom posiada taki duży, zabudowany grill, na którym niemal codziennie przygotowuje się kolację i spędza przy nim sporo czas. Porównując do Polski, to można powiedzieć, że cały czas mają tam majówkę, która trwa prawie pół roku – śmieje się Miesiąc. – Gdy widzieli typowe polskie śniadanie, gdzie rozkroiłem pieczywo i dołożyłem ser, szynkę, ogórek, pomidor czy sałatę, to byli mocno zdziwieni. Argentyńczycy zaczynają bowiem dzień od słodkiego, coś na wzór naszych pączków i drożdżówek. Ostatni ciepły posiłek jedzą z kolei dopiero koło północy. Bardzo popularne jest też picie yerba mate. Mają takie swoje kubeczki z rureczką, wsypują yerbę i zalewają wodą. Próbowałem. Trochę podobne do herbaty – dodaje Stachyra, który był zdumiony sposobem picia tego napoju. – Oni to wszystko strasznie celebrują. Ja wolę sobie zrobić kubek herbaty, wypić ją po łyczku i skończyć, kiedy już jest koniec. Z yerbą wygląda to zupełnie inaczej. Chodzą z czajnikami z gorącą wodą niemal wszędzie, na żużel, na midgety, na baseny. To celebrowane przypomina mi tak, jak chociażby w Polsce palenie papierosów, gdzie wychodzi się na 5 minut, siada, rozmawia itp. – wyjaśnia Dawid.

Niedosyt Miesiąca, Balotelli z Rzeszowa

PucharyPaweł Miesiąc i Dawid Stachyra wrócili do Polski z masą wspomnień i… chęcią kolejnej wyprawy do Ameryki Południowej. – Na pewno były to fajne wakacje, połączone z treningiem i ciężką pracą, bo to nie jest tak, że pojechaliśmy tam tylko wypoczywać. Ciekawy wyjazd, do którego nie trzeba dokładać pieniędzy i wychodzi się z niego, nazwijmy to zadowolonym finansowo. Jeśli miałbym tam wrócić za rok, czy dwa, to na pewno skorzystałbym z takiej możliwości, bowiem mam duży niedosyt. Spowodowane jest to słabszym początkiem rywalizacji w mistrzostwach. Potem wprawdzie goniłem i było fajnie, ale następnym razem mogłoby być jeszcze lepiej! – przekonuje Miesiąc. – Po raz pierwszy tak na dobrą sprawę opuściłem Europę. Argentyna to drugi koniec świata. Pokazał to samolot, który z Frankfurtu do Buenos Aires pokonał 14 tys. km. Ta wyprawa miała być częścią planu, jaki chcę zrealizować w tym roku. Od trzech lat prześladują mnie jakieś dziwne historie zdrowotne i finansowe, więc mam nadzieję że Argentyna pomoże mi przełamać tego pecha – dodaje Stachyra, który w Ameryce Południowej nazywany był… Balotellim (Mario Balotelli, włoski piłkarz – przyp. red.). – To wszystko przez nową fryzurę. To taki impuls, chwilowy wakacyjny szał. Jeszcze chwilę ze mną zostanie, a potem się jej pozbędę. Może do kolejnego wylotu do Argentyny? – kończy Dawid Stachyra.

Marcin Jeżowski

Leave a Reply

Your email address will not be published.