
STALOWA WOLA. W małych Chwałowicach prezentowana jest wystawa, która wcześniej odwiedziła kilka znanych galerii świata.
Urodziła się kilkanaście kilometrów od Chwałowic, wsi na północnym skrawku Podkarpacia. Przeżyła wojnę dzięki dobrym ludziom i dziecięcemu sprytowi. Potem malowała obrazy dziecięcych wspomnień. Malowała igłą i nitką.
W Gminnym Centrum Kultury w Chwałowicach otwarta została wystawa „Obrazy przetrwania. Opowieści Esther Nisenthal Krinitz“. To opowieść niezwykła. Podobnie jak jej obrazy, które tworzyła dla swoich córek. Nigdy nie myślała o wystawach, a jej dzieła objechały już pół świata.
Miała 15 lat, kiedy Niemcy nakazali Żydom spakować się. Z ukrycia widziała konwój cieni, oddalający się w kierunku Kraśnika, gdzie był obóz przesiedleńczy. W ostatniej chwili wyrwała z niego młodszą siostrę. W drogę po śmierć poszli jej rodzice, starszy brat i dwie młodsze siostry. Ukrywały się u różnych ludzi, dorabiały gdzie się dało. Potem za frontem Esther poszła na zachód. Po wojnie wróciła do rodzinnego Mniszka. Nie znalazła nikogo z bliskich, zabrała więc siostrę i razem powędrowały do Niemiec. Przez Belgię wyemigrowała do Ameryki.
Gdy miała 50 lat, Esther Nisenthal Krinitz wzięła igłę do ręki. W technice patchworku stworzyła serię obrazów, z gatunku, który czasami nazywany jest naiwnym realizmem. Na pierwszy rzut to sielskie obrazy roztoczańskiej wsi, a w głębi jednak wypełnione przerażeniem z wojny. Powstawały dla potomnych Esther, bo nie wierzyła, że kiedykolwiek jeszcze Polskę zobaczy. Nad Wisłę dotarła najpierw wieść o nietypowej serii krajobrazów. Potem przyleciała z rodziną ich autorka. Rok po tej wizycie zmarła. Zostały obrazy, które teraz są w Chwałowicach.
jam


