
DĘBICA. Restauratorki chcą wprowadzić do menu wino i piwo. Problemem jest zbyt mała odległość do kościoła.
Właścicielki lokalu „Gospoda u Sióstr”, specjalizującego się w serwowaniu placków ziemniaczanych, starają się o koncesję na sprzedaż alkoholu. Problemem jest odległość od pobliskiego kościoła. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi i już dawno otarła się o absurd.
Restauracją media interesują się nie pierwszy raz. W 2013 roku opisywaliśmy, jak po kuchennych rewolucjach i zmianie nazwy z „Majaga” na „U Sióstr” właścicielki (dwie siostry) znalazły się na cenzurowanym. Nazwa nie spodobała się proboszczowi sąsiadującemu vis a vis kościoła pw. św. Jadwigi. Proboszcz Ryszard Piasecki zarzucił wtedy, że nowa nazwa to przekroczenie granicy szacunku wobec sióstr służebniczek, jego zdaniem, powszechnie kojarzonych w dębickim środowisku ze słowem „siostra”. Proboszcz argumentował, że zarówno nazwa, jak i wygląd i kolor szyldu nawiązują do sióstr służebniczek. Sprawa z czasem ucichła.
O restauracji zrobiło się głośno w 2015 roku. W lipcu właścicielki złożyły wniosek o przyznanie im koncesji na sprzedaż alkoholu. – Wnioskowałyśmy tylko o umożliwienie nam sprzedaży w restauracji piwa i wina, alkoholi wysokoprocentowych nie chcemy tu wprowadzać – mówi Małgorzata Strumska, która wraz z siostrą prowadzi lokal. – Nam chodzi tylko oto, żeby nasi klienci do naszych dań mogli zamówić piwo lub lampkę wina.
Niby niewiele chcą siostry, ale problemem po raz kolejny okazało się dla lokalu sąsiedztwo z kościołem. Zgodnie z uchwałą miejskich rajców, od kościołów, szkół, przedszkoli i do niedawna dworców, alkohol można sprzedawać w odległości nie mniejszej niż 100 metrów. Od kościoła do gospody najkrótszą drogą jest 40 metrów.
Pewnie sprawy by nie było, gdyby nie historia jednego przedsiębiorcy z Dębicy, który zbudował sklep w pobliżu dworca i aby uzyskać koncesję wydłużył drogę od dworca do sklepu, ustawiając donice wymuszające na pieszych przejście kilku metrów więcej. Koncesję uzyskał, a w końcu Rada Miejska w ogóle z listy punktów, przy których alkoholu sprzedawać nie wolno, zdjęła dworce, a spod sklepu donice zniknęły. Zainspirowane tym przykładem właścicielki restauracji postąpiły podobnie. Jako wejście do lokalu wyznaczyły drzwi po drugiej stornie budynku i dodatkowo wystawiły labirynt ze słupków wydłużający drogę od drzwi kościoła do drzwi lokalu.
Wtedy zaczął się spór z Miejską Komisją Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. – Ten labirynt ze słupków jest jedynie upozorowaniem dłuższej drogi, to sztuczne wydłużenie trasy, w dodatku prowadzi ona do drzwi z tyłu lokalu, które trudno uznać za główne – tłumaczy Roman Rogowski, wiceszef komisji.
– To właściciel, a nie urzędnik powinien decydować, które wejście do jego lokalu jest główne – ripostuje Małgorzata Strumska.
Właścicielki od decyzji odwoływały się już dwukrotnie skutecznie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego (SKO), które zlecało komisji powtórne rozpatrzenie sprawy. W tej chwili SKO rozpatruje trzecie odwołanie, decyzja powinna być znana w pierwszych dniach kwietnia. – Tym razem zarzuciliśmy komisji, że nie poinformowała naszego pełnomocnika o wydanym przez siebie postanowieniu w tej sprawie – tłumaczy Małgorzata Strumska. – Kwestionujemy też, że pomiar odbywał się z pominięciem zasad ruchu drogowego, tj. bez uwzględnienia przejścia dla pieszych.
– Przepisy o ruchu drogowym dopuszczają przejście przez ulicę przed skrzyżowaniem, nawet jeśli nie ma tam tzw. zebry, tak jest w tej sytuacji – tłumaczy Roman Rogowski.
Właścicielki zapowiadają, że o swoje będą walczyć do końca i jeśli wyczerpią możliwości odwołania do SKO, skierują sprawę do sądu administracyjnego. – Ja rozumiem sytuację właścicielek lokalu, jednak wiążą nas przepisy, nie możemy zrobić wyjątku, bo otworzyłoby to furtkę do działań przedsiębiorców, którzy tworzyliby sztuczne trasy i otwierali sklepy monopolowe czy puby pod szkołami i kościołami – tłumaczy Roman Rogowski.
Artur Getler



15 Responses to "Siostry walczą o koncesję na alkohol"