
KOSZYKÓWKA. Rozmowa z Łukaszem Lewkowiczem, trenerem walczącej o II ligę drużyny SSK Rzeszów.
6 – 8 maja w Krakowie SSK Rzeszów zagra w finałowym turnieju przeciwko miejscowej Politechnice, Bombardierowi Szczecin i Żubrom Białystok. Do II ligi awansują dwie najlepsze drużyny.
– Zbliża się długi weekend, ale w SSK o labie chyba się nie myśli?
– Liczyłem, że awansujemy do finału, dlatego zawodnicy dostaną w majowy weekend wolne (śmiech). Przyda im się odpoczynek. Do Krakowa chcemy pojechać na „świeżości”.
– Drugi rok z rzędu szturmujecie bramy II ligi. Dlaczego teraz miałoby się udać?
– W poprzednim sezonie przygodę zakończyliśmy na półfinale, teraz poszliśmy o krok dalej. Jesteśmy bogatsi o tamte doświadczenia, poza tym zmieniliśmy skład. Postawiliśmy na zawodników o innej charakterystyce. Dużo większy nacisk położyliśmy na defensywę, która była kluczem do triumfu w turnieju półfinałowym w Opolu.
– Ano właśnie, kto tworzy dzisiejszy SSK Rzeszów?
– W dużej mierze są to zawodnicy z mojego pokolenia, grający wcześniej w różnych zespołach. Część zakładała ze mną klub w Błażowej. Trzon SSK tworzą natomiast koszykarze związani z Politechniką Rzeszowską. Mamy też kilku ciekawych studentów. Dążymy do tego, by odmładzać skład.
– W Opolu błyszczeli Krzysztof Banyś, który zdobywał średnio 25 punktów w meczu i rozgrywający Maciej Żmudka, który uzbierał 18 asyst. To naturalni liderzy?
– Krzysiek zagrał bardzo dobrze, ale nieustannie powtarzam, że na strzelca pracuje cały zespół. Żeby facet w ataku dostał piłkę, najpierw trzeba ją odebrać. Defensywa jest najważniejsza. Takie są teraz w koszykówce tendencje. Nie jest to może efektowne, lecz skuteczne. SSK to zbilansowana drużyna, atmosfera w szatni też jest taka, jak być powinna.
– Rozpoznawalność klubu rośnie?
– Powoli, ale rośnie. Na pewno zyskaliśmy na przenosinach z Błażowej do Rzeszowa. Zauważyłem zresztą, że wraca moda na basket. W kosza grają dziś pociechy tych, którzy fascynowali się NBA. Na naszych meczach bywało 250 osób. To sporo jak na amatorską trzecią ligę.
– Sukces – tego potrzebujecie. Żeby było głośniej, trzeba się wydostać z prowincjonalnej ligi.
– Dokładnie. Trzecia liga jest mało atrakcyjna i dla kibiców, i dla sponsorów.
– Bardzo często wielu trenerów albo prezesów przekonuje mnie, że sponsorzy już stoją w przedpokoju. Czekają tylko aż zespół wejdzie na wyższy poziom i wtedy sypną groszem. U was jest podobnie?
– Nie do końca. Owszem, otrzymujemy sygnały, że po awansie może być łatwiej o darczyńców, ale prawda jest taka, iż panuje kryzys i ciężko namówić kogoś do współpracy. Niemniej rozmowy, jakie przeprowadza nasz prezes Kacper Wojtan, są obiecujące. Od początku roku pracujemy nad budżetem. Na drugą ligę trzeba mieć minimum 200 tysięcy zł. Takie wymagania stawia przed klubami Polski Związek Koszykówki.
– Walczące w barażach o futsalową ekstraklasę Heiro Rzeszów narzeka, że dostało z miasta tyle samo pieniędzy, co wiejska drużyna z A klasy. Że to mniej niż w 2015 roku. SSK ma te same problemy?
– Nie chcę narzekać, bo liczymy, że po awansie miasto nam pomoże. Ale na razie miodu nie ma. Otrzymaliśmy dotacje roczną w wysokości 6400 zł. Pieniądze starczyły na wyprawę do Opola. Tradycyjnie zżerają nas koszty wynajmu hali ROSiR, ale najbardziej boli, że ani złotówki nie dostajemy na szkolenie najmłodszych. A przecież ćwiczy u nas dwudziestka dzieciaków, chcemy pójść dalej, zagrać w lidze młodzików i minikoszykówki. Rodzice za wszystko nie zapłacą.
– Porozmawiajmy o tym, co was czeka za kilkanaście dni. Gracie w Krakowie z Politechniką, Bombardierem Szczecin i Żubrami Białystok. To ponoć grupa śmierci.
– Wszystkie drużyny są w naszym zasięgu, ale nie ma co ukrywać: mogliśmy mieć więcej szczęścia w losowaniu (śmiech). Żubry to doświadczenie. Zespół oparty jest na byłych zawodnikach ekstraklasy i pierwszej ligi. To są dziś 40-latkowie, ale jednak sporo umiejący. Politechnika gra u siebie, a wiadomo, że gospodarzom i ściany pomagają. Bombardier to jedna z najmocniejszych drużyn, które w półfinałach zajęły drugie miejsce.
– W Opolu dobrze broniliście, ale słabo rzucaliście za trzy…
– I właśnie dlatego już od pierwszego treningu po przyjeździe położyliśmy nacisk na ten element. W Krakowie będzie lepiej.
– Denerwuje się pan?
– Dreszczyk emocji jest, ale wierzę, że moi zawodnicy dadzą sobie radę. Wszystko w ich rękach, nogach, a zwłaszcza głowach. Posiadają aspiracje i „papiery”, by grać wyżej. Muszą to jednak udowodnić na boisku.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


