
ARŁAMÓW. Basior przeżył i już wrócił do natury.
Takich „pułapek” jak ta studnia jest tu pewnie wiele. Stara, wyschnięta i głęboka. Jak wpadł do niej kilkuletni basior, nie wiadomo. Ale wiadomo, jak go z niej uwolniono. Nie było to łatwe, bo zwierzę, choć wycieńczone, było agresywne. Trzeba było je uśpić. Wszystko się powiodło i wilk trafił do przemyskiego Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Chronionych. Ale na krótko, bo rwał się z powrotem do natury.
Czwartek pod wieczór, okolice Arłamowa. Strażnicy graniczni z Wojtkowej patrolują przygraniczny teren. Nagle słyszą głośne skomlenie. Czyżby ktoś psa tu wywiózł i zostawił? Idą za dochodzącym głosem i natrafiają na starą studnię. W tutejszych lasach to nic nadzwyczajnego. Bo kiedyś były tu wioski, które opustoszały po akcji „Wisła”. Skomlenie dobiega ze studni. Funkcjonariusze spodziewają się zobaczyć w niej psa, ale widzą wilka! Widać, że zwierzę jest w kiepskim stanie, ale niepodobna próbować je wyciągnąć samodzielnie. Zwierzę dostaje usypiający strzał.
W akcji ratowania Rafiego, bo tak nazwano potem wilka, biorą udział weterynarze z ORZChr., strażnicy graniczni, strażacy i leśnicy. Basior trafia do przemyskiego ośrodka, gdzie aktualnie przebywa już jeden wilk. – Rafi był w ogólnie dość kiepskim stanie, bo wygłodzony i odwodniony -mówi R. Fedaczyński. – To jednak wyjątkowo silny osobnik. Szybko przyszedł do siebie po standardowym w takich przypadkach nawodnieniu organizmu i po prostu nakarmieniu – dodaje.
Lekarze zakładali, że wilk parę dni u nich odpocznie i nabierze sił, nim zwrócą go naturze. Ale Rafi zdecydował inaczej. Choć miał tu spokój i takie frykasy, jak świeże warzywa i łososia, zaczął nieprawdopodobnie „rozrabiać”, bo chciał zwyczajnie uciec! – Musieliśmy czym prędzej wywieźć go do lasu i wypuścić – zdradza weterynarz.
Monika Kamińska


