Bardzo cenię i szanuję Antoniego Krauzego za to, że odważył się, mimo wielu przeciwności i nagonki, zrealizować „Smoleńsk”, jak sam twórca podkreśla, swój ostatni film. Sekundowałem jego wysiłkom, by doprowadził dzieło do końca, opisywałem jego zmagania z trudną producencką materią na łamach SN. Z prostej przyczyny: misją filmowca, jak każdego artysty, jest reagować na otaczający nas świat.
„Bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy” – pisał Zbigniew Herbert, i słowa te jak najbardziej odnoszą się do Antoniego Krauzego. Bo żyjemy w czasach, gdy, wbrew pozorom, rozum często zawodzi, a w przypadku katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku jak najbardziej.
Nie oznacza to jednak, że po obejrzeniu filmu mogę przemilczeć jego wartość artystyczną. Niestety, pod tym względem „Smoleńsk” wypada blado. Redbad Klijnstra, który zagrał w „Smoleńsku” redaktora manipulującego reporterką, napisał nawet na Twitterze „Wyszło jak wyszło, ale jednak szkoda, że tak wyszło”. Obraz mimo kilku znakomitych scen, tak, tak, to nie przejęzyczenie, pada pod względem aktorskim, rytmu narracji, konsekwencji w budowaniu psychologii głównej bohaterki i zakończenia. Krauzemu bardziej wyszedł fabularyzowany dokument niż fabuła.
Mimo wszystko „Smoleńska” nie zapakowałbym do szczelnie zaspawanej metalowej trumny i nie odesłał do Rosji. Bo ma jedną niepodważalną wartość: miejscami mrozi prawdą o tym, jak łatwo manipulować emocjami całego społeczeństwa i jak łatwo dzielić Polaków. Namawiam, wybierzcie się do kina, pozbądźcie się uprzedzeń, a docenicie trud reżysera rozpraszającego mroki naszej rzeczywistości. W jednej z ostatnich scen zagrany przez Lecha Łotockiego prezydent Kaczyński opowiada swoim współpracownikom o śmierci polskich oficerów w Katyniu, mówi, jak umierali w samotności. Musimy zrobić wszystko, by nigdy coś takiego nie powtórzyło się w naszej historii.
Redaktor Piotr Samolewicz



7 Responses to "„Smoleńsk” nie tylko „sekty smoleńskiej”"