
LIGA MISTRZÓW. Dwie dekady temu Legia była wizytówką polskiego futbolu, a jej najważniejszymi postaciami dębiczanin Leszek Pisz i przemyślanin Jerzy Podbrożny.
Legia wraca na salony. W środę w Warszawie w pierwszym meczu Ligi Mistrzów zmierzy się z Borussią Dortmund. Kibice niepokoją się, bo zespół ze stolicy na boisku niemiłosiernie fałszuje. Inaczej niż 20 lat temu, gdy Legia zmontowała pakę, co się zowie i walczyła o półfinał LM. Ci piłkarze mieli też ułańską fantazję!
W połowie lat 90. XX wieku w Lidze Mistrzów występowali sami mistrzowie swoich krajów – ledwie 16 drużyn. Rozgrywki nie były jeszcze tak elitarne, a pieniądze – choć duże – przy dzisiejszych to jednak grosze. W pamiętnym dla Legii sezonie 1995/96 do podziału było 141 mln franków (waluta euro jeszcze nie istniała), teraz pula nagród wyniesie 1,46 mld franków! Choć sponsorowanym przez Janusza Romanowskiego „Wojskowym” krzywda się nie działa. Piłkarze wynegocjowali doskonałe warunki: dostawali od klubu połowę tego, co wpływało z UEFA. Po latach jeden z zawodników przyznał, że z ich strony był to rozbój w biały dzień…
Pili w Garażu
Legioniści umieli grać w piłkę i korzystać z uroków życia. Napisano na ten temat setki artykułów, powstały książki i filmy dokumentalne. – Najważniejszy był Garaż – knajpa, gdzie spotykaliśmy się po każdym treningu i meczu. Żony i dzieci cierpliwie czekały w domach. Ludzie gadali o podziałach w szatni, ale do Garażu chodzili wszyscy, nawet Maciek Szczęsny i Jacek Bednarz. I wcale nie było mi z nimi nie po drodze – opowiadał mi kiedyś rodowity dębiczanin Leszek Pisz, boiskowy przywódca Legii, nazywany też czasem „Generałem”. – Dyrygował nami. Wiedział, kiedy zwolnić akcję, zrobić kółeczko z piłką, a kiedy przyspieszyć. Do dziś w polskiej lidze nie pojawił się tak kreatywny środkowy pomocnik – zachwyca się Leszkiem Jerzy Podbrożny, wychowanek Polnej Przemyśl, a potem napastnik m.in. Resovii i Igloopolu Dębica. Ta dwójka miała ogromny wpływ na grę Legii w okresie jej największych sukcesów w latach 90., ale w składzie warszawskiej ekipy było też kilku innych piłkarzy związanych z podkarpackimi klubami. Cezary Kucharski do wielkiej kariery startował z Siarki Tarnobrzeg, Adama Fedoruka Legia kupiła ze Stali Mielec, gdzie grał pierwsze skrzypce, a obrońcę Jacka Zielińskiego – z Igloopolu.
To raz jeszcze o Garażu, który faktycznie wyglądał jak nieco większy garaż, ale miał świetną lokalizację. Wspomina Jacek Bednarz. – Gdy zajrzałem tam pierwszy raz, byłem zszokowany, że sportowcy mogą w ten sposób spędzać czas. Wielu kolegów przyjmowało spore ilości alkoholu.
„Piszczyk” huśtał samolotem
O Garażu wiedział trener Paweł Janas i kierownictwo klubu. Tolerowano jednak rozrywkowy tryb życia piłkarzy, bo ten nie przeszkadzał w osiąganiu świetnych wyników. – Pan Lucjan Brychczy ma powiedzenie, że są takie zestawy ludzkie, które by i jego babcia poprowadziła. To był właśnie taki zestaw – podkreślał Bogusław Łobacz, ówczesny kierownik drużyny. Pomocnik Grzegorz Lewandowski: – W dwa lata przegraliśmy może dwa ważne mecze. Przewija mi się taki obrazek – trener Janas coś tam rysuje w szatni, tłumaczy, a Leszek Pisz do niego: to trener teraz pójdzie na kawkę, przyjdzie w przerwie i się dowie, jaki wynik.
Legia awansowała do Ligi Mistrzów po wyeliminowaniu IFK Goeteborg, a w drodze powrotnej rozkręciła niewiarygodną imprezę. – Wracaliśmy samolotem, to był ruski Jak. Byłem kapitanem drużyny, zatem pilot, bez wątpienia nasz sympatyk, pozwolił mi usiąść za sterami. Zablokował funkcję góra-dół, ale kołysać maszyną mogłem. Urządziłem chłopakom huśtawkę, aż niektórzy pospadali na podłogę! Marek Jóźwiak krzyczał: powstrzymajcie tego szaleńca, zanim stanie się coś złego! Bali się, że nie wytrzymają i pobrudzą pokład – śmieje się Pisz.
Cezary Kucharski. – Do samolotu tylko piloci weszli trzeźwi.
Radosław Michalski: – Ciężko było dolecieć, bo w połowie drogi toaleta przestała odbierać i siedzieliśmy jak na szpilkach.
Futra i złote łańcuchy
Legia trafiła do grupy z Blackburn, Spartakiem Moskwa i Rosenborgiem Trondheim. Nie wszystkie mecze jej wyszły, ale do ćwierćfinału się przedostała. Na początku był jednak kłopot ze… stadionem. Wybitny dziennikarz Stefan Szczepłek opowiadał, jak oprowadzał po Łazienkowskiej ludzi z UEFA. – Byłem dumny z historii tego stadionu, goście grzecznie kiwali głowami, mówili: no, ładny oldtimer, ale zaczęli sprawdzać, gdzie najbliżej Warszawy znajduje się obiekt spełniający wymogi. I wyszło im, że w Berlinie – uśmiecha się Szczepłek.
Polacy przeżyli szok, gdy polecieli do Anglii. – Z treningu nie chcieliśmy zejść. Tak doskonałej płyty boiska jeszcze nie widzieliśmy. Trawa jak na Wimbledonie – wspomina Podbrożny. – A szatnie na stadionie w Blackburn wielkie jak salony w apartamentowcu – dopowiada Lewandowski.
Polska dopiero budziła się do życia po 45 latach PRL-u, ale i tak na Wschodzie było gorzej. W Moskwie piłkarzom Legii pokazywano wybudowany właśnie pierwszy w Rosji McDonalds, a potem perfidnie ich „przekręcono”. Węgierski sędzia prowadził mecz skandalicznie. – Futra chodziły… Wiemy o co chodzi, kilka afer w UEFA przecież było – puszcza oko Radosław Michalski. Gdy ogląda się skróty z tamtego spotkania, w oczy rzuca się m.in. strój bramkarza Stanisława Czerczesowa, który po latach został trenerem Legii i doprowadził ją do mistrzostwa Polski. Na szyi Rosjanina błyszczy gruby złoty łańcuch…
Żony meldowały trenerowi
W ćwierćfinale Legia nie sprostała mocnemu wówczas Panathinaikosowi Ateny, choć piłkarze i trener Janas do dziś żałują straconej szansy. Katem mistrzów Polski okazał się Krzysztof Warzycha, w bramce „Koniczynek” stał Józef Wandzik. Warszawianie przez kilkadziesiąt minut grali w dziesiątkę. Czerwoną kartkę otrzymał Marcin Jałocha, w latach 2011 – 12 szkoleniowiec II-ligowej Resovii.
Wspominając Legię z połowy lat 90. trzeba się zatrzymać na chwilę przy osobie Janasa. Trenera, który dał się lubić i… palił jak smok.
Radosław Michalski: – Miał „setki” marlboro. Pewnego razu mówi do mnie: chodź tu, zapalimy sobie. Wypaliliśmy jednego, drugiego. W końcu mówię: trenerze, ależ te malborasy długo się palą. A on – i o to właśnie chodzi!
Janas nie starał się walczyć z balującymi zawodnikami. Robiły to za niego żony i partnerki piłkarzy. – Zaprosiłem je do klubu i pokazałem regulamin. Mówię: to są premie za mecze ligowe, to za pucharowe. Od was, drogie panie, zależeć będzie, czy te pieniądze zasilą domowy budżet. Od tamtego czasu kobiety meldowały mi, gdy ukochany gdzieś się zawieruszył – śmieje się „Janosik”.
Przy pisaniu tekstu korzystałem z wypowiedzi bohaterów programu TVP Sport „Legia Mistrzów. 20 lat minęło…”
Tomasz Szeliga


