Gdy Anita umierała, koledzy podpalili auto i uciekli

W miejscu tragedii płoną dziś znicze. W poniedziałek w nocy płonął tu samochód. Sądząc po opalonych pniach drzew, jęzory ognia sięgały kilku metrów. Fot. Jerzy Mielniczuk
W miejscu tragedii płoną dziś znicze. W poniedziałek w nocy płonął tu samochód. Sądząc po opalonych pniach drzew, jęzory ognia sięgały kilku metrów. Fot. Jerzy Mielniczuk

NISKO. Najpierw wspólnie się bawili, a gdy później nastolatka umierała, koledzy uciekli. Pozostawili koleżankę w objęciach śmierci.

To miało być krótkie koleżeńskie spotkanie. Nikt nie przypuszczał, że dla Anity są to ostatnie chwile. Polał się alkohol. Podniecony nim Patryk zaproponował odwiezienie kolegi do domu. W sumie nie miał daleko i gdyby z Łążka pojechali prosto do Szwedów, zapewne rodzice by się nawet nie zorientowali, że w garażu nie ma volkswagena. Postanowili jednak gdzieś jeszcze „wskoczyć”. Pechowo do auta wsiadła Anita. Również pechowo usiadła na tylnej kanapie trzydrzwiowego golfa.

Wypadki toczyły się w poniedziałkowy wieczór. Zaczęło się w Łążku Garncarskim (woj. lubelskie), z którego pochodzą Anita i Patryk. Dotarł do nich kolega ze Szwedów, już na Podkarpaciu. Obie wsie sąsiadują przez graniczną rzeczkę Bukowa.

Oni cudem przeżyli, ona umierała przy płonącym samochodzie
Ok. godz. 21 Patryk wziął samochód rodziców i zaproponował odwiezienie kolegi. Nie ma prawa jazdy, ale w wieku 18 lat już każdy potrafi kierować. Wkrótce okaże się, że umieć kierować, a umieć jeździć, to dwa różne pojęcia. Dwóch osiemnastolatków usiadło na przednich fotelach, a o rok starsza Anita z tyłu za nimi. Z Łążka wyjechali na krajową „19”, ale nie zjechali zaraz w kierunku Szwedów. Pojechali trochę dalej i w Katach skręcili w kierunku Jarocina. Było chwilę po deszczu i asfalt musiał być śliski. W Smutkach, przysiółku Jarocina, auto „zatańczyło” na drodze. Kierujący musiał za szybko wjechać w zakręt, a gdy skontrował kierownicę, samochód wpadł w bezwładną rotację. Jadący przed sobą mieli betonowy słup lampy oświetleniowej. Vw odbił się od tego słupa, prawie przeskoczył drogę i przodem zarył pod drzewami w rowie po drugiej stronie.

Już ta sytuacja jest trudna do wyobrażenia, ale to co się później stało, jest wręcz nieprawdopodobne. Dwaj osiemnastolatkowie jadący na przednich siedzeniach z wypadku wyszli bez szwanku. Oznak życia nie dawała natomiast dziewczyna siedząca na tylnym fotelu. Prawdopodobnie koledzy wyciągnęli ją z samochodu i położyli na trawie obok.

– Leżała ze dwa, trzy metry po prawej stronie auta. Sama na pewno nie mogła wyjść, ani też nie wypadła w czasie uderzenia – mówi mężczyzna, który był na miejscu wypadku. Gdy Anita umierała, jej koledzy podpalili auto i uciekli. To był pomysł kolegi ze Szwedów. W ten sposób chcieli zatrzeć ślady i uniknąć odpowiedzialności. To pomysłodawca przystawił zapalniczkę do wlewu paliwa. Płomienie buchnęły na kilka metrów. Wkrótce ktoś zawiadomił straż i policję. Po kilku minutach pierwsi mundurowi byli na miejscu wypadku. Ratownicy podjęli reanimację Anity, ale w jej trakcie dziewczyna zmarła.

Zatrzymania w godzinę po wypadku
Policjanci przeszukując miejsce wypadku znaleźli telefon zmarłej pasażerki golfa. Wystarczyło sprawdzić ostatnie połączenia, by trafić na dwóch pozostałych członków załogi feralnego rajdu. Po godzinie byli już w rękach policji. Obaj osiemnastolatkowie byli pijani. Mieli po ok. 1 prom. alkoholu w organizmie. To może niedużo, ale wystarczyło, by zabić Anitę. We wtorek uciekinierzy jeszcze trzeźwieli. Przesłuchania zostały zaplanowane na wieczór. Obaj będą mieli postawione zarzuty nieudzielenia pomocy ofierze wypadku i zacierania śladów. Patryk dodatkowo usłyszy najpoważniejszy zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. To, że kierował autem pod wpływem alkoholu, poważnie go obciąży.

Jerzy Mielniczuk

3 Responses to "Gdy Anita umierała, koledzy podpalili auto i uciekli"

Leave a Reply

Your email address will not be published.