W wołyńskim jądrze ciemności

Młoda Michalina Łabacz w roli głównej to prawdziwe aktorskie odkrycie. Fot. Materiały dystrybutora
Młoda Michalina Łabacz w roli głównej to prawdziwe aktorskie odkrycie. Fot. Materiały dystrybutora

Po seansie filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”.

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego ogląda się w przerażeniu, że człowiek jest zdolny do takich okrucieństw, jakich dopuścili się ukraińscy chłopi wobec swoich polskich sąsiadów. Na szczęście reżyser nie posiłkuje się popularnymi w kinie gatunków rozwiązaniami, nie banalizuje ani nie ubarwia zła, ale traktuje poważnie. Myślę, że tak opowiedziana historia zostanie serio potraktowana w Europie, a być może i na Ukrainie. W każdym razie odbiorowi filmu nie towarzyszy dobre samopoczucie widza bez różnicy na narodowość.

Początkowe sceny wiejskiego wesela, zaślubin, zabaw z obijaniem twarzy pokazują dwie nacje w miłosno-nienawistnym uścisku. Leje się gorzałka, gra muzyka, pary wirują w tańcu. Anioł i diabeł splatają własne opowieści: o miłości, namiętności, chciwości, zazdrości, żądzy zemsty, o wybaczeniu. Zosia przymuszona przez rodziców wychodzi za bogatego wdowca Macieja Skibę, zostaje dosłownie wymieniona za morgi ziemi, ale kocha innego, ukraińskiego chłopaka Petro. Wydarzenie to determinuje następne, fatalna miłość prowokuje zło. Uczucie Zosi do Petra nie gaśnie, jego owocem będzie dziecko, które zaakceptuje Skiba. Najpierw ginie Petro z rąk NKWD za to, że uratował Zosię przed wywózkę na Sybir, później Maciej z rąk ukraińskich nacjonalistów. Atmosfera gęstnieje od wypadków, wokół Zosi świat zmienia się w sen szaleńca. Dziewczyna z dzieckiem ucieka przed rzezią, przemierza kraj spustoszony przez dzikie bandy. Pomagają jej esesmani. W końcu dociera do granicznej rzeki, ale już jako duch wieziony przez innego ducha – Petra. Sen o pojednaniu spełnia się na oczach widzów.

Wołyński epos
Reżyserowi należą się słowa uznania za to, że nadał swej opowieści o wołyńskim ludobójstwie, jakie rozegrało się w latach 1943 – 44, charakter eposu z wieloma wątkami i postaciami, z szeroką historyczną panoramą. Mamy zatem prawdziwe ludzkie namiętności bez względu na wyznanie i narodowość, ludzkie podłości, ale i okruchy szlachetności. Mamy prawdziwie pokazane takie zdarzenia, jak rytuał grzebania w ziemi polskich kajdan i godła przez Ukraińców. Są też sceny grabieży dworu, nocnych wieców z płonącymi pochodniami, podczas których ukraińscy chłopi są podżegani przez agitatorów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów do rzezi, jest też kwestionowana przez stronę ukraińską scena święcenia narzędzi zbrodni – siekier, cepów, noży, wideł – przez księdza grekokatolickiego. Wreszcie atak na katolicki kościół. Reżyserowi udało się uzyskać efekt prawdziwości. Tak właśnie było.

Kilka dziur
Smarzowskiemu można postawić kilka zarzutów. Jeden, lżejszej natury, że akcja ma kilka dziur. Z powodu najwyraźniej śpiesznego montażu niektóre sekwencje się rwą w najmniej oczekiwanym miejscu. Drugi zarzut jest poważniejszy, że pokazał aż tak wiele… Czy reżyser mógł się ograniczyć tylko do jednej sceny okrucieństwa, np. ataku na kościół? Oczywiście, że tak, ale myślę, że wtedy nie pokazałby rozmiaru mordów, szaleństwa ludzi, tego, jak rzeź rozlewała się po wsiach i przysiółkach. A wreszcie, nie udałoby mu się pokazać, jak zbrodnia zmieniała świadomość ludzi, jak wkraczali w jądro ciemności.

Czy już to kiedyś widzieliśmy na ekranie? Owszem. W radzieckim filmie „Idź i patrz” Elima Klimowa. W tamtym filmie niemym świadkiem niemieckich zbrodni był wiejski białoruski chłopak, w tym staje się Zosia, która podczas wędrówki po wołyńskich bezdrożach zmienia się w istotę z pogranicza różnych światów. To w jej imieniu i innych pomordowanych – Polaków, Ukraińców i Żydów – powstał ten film.

Piotr Samolewicz

6 Responses to "W wołyńskim jądrze ciemności"

Leave a Reply

Your email address will not be published.