– Umieliśmy się zabawić, a potem zagrać świetny mecz

Za cztery dni Adam Fedoruk skończy 50 lat. Karierę piłkarską rozpoczął w Olimpii Elbląg, skąd trafił do Stali Mielec. Potem była Legia Warszawa i dwukrotne mistrzostwo oraz Puchar Polski. Grał też m.in. w greckiej Kavali (z Leszkiem Piszem i Igorem Sypniewskim), Lechii/Polonii Gdańsk i w USA. W reprezentacji Polski: 18 meczów i 1 gol. Od 25 sierpnia jest trenerem Karpat Krosno. Wcześniej prowadził m.in. Miedź Legnica i Mławiankę Mława. Fot. Wit Hadło
Za cztery dni Adam Fedoruk skończy 50 lat. Karierę piłkarską rozpoczął w Olimpii Elbląg, skąd trafił do Stali Mielec. Potem była Legia Warszawa i dwukrotne mistrzostwo oraz Puchar Polski. Grał też m.in. w greckiej Kavali (z Leszkiem Piszem i Igorem Sypniewskim), Lechii/Polonii Gdańsk i w USA. W reprezentacji Polski: 18 meczów i 1 gol. Od 25 sierpnia jest trenerem Karpat Krosno. Wcześniej prowadził m.in. Miedź Legnica i Mławiankę Mława. Fot. Wit Hadło

Trener Karpat Adam Fedoruk o Legii dzisiejszej i tej sprzed 20 lat, bramce strzelonej w obecności Ferenca Puskasa i problemach krośnieńskiej drużyny.

– Albo drużyna Jacka Magiery zagra wielki mecz i napisze nową historię, albo wciąż będziemy wracać do Legii sprzed 20 lat – mówi Super Nowościom Adam Fedoruk, były zawodnik warszawskiego klubu, aktualnie trener III-ligowych Karpat Krosno. Mecz Ligi Mistrzów Legia – Sporting Lizbona dziś o godzinie 20.45. Transmisje w TVP 1 i Canal Plus.

– Wybiera się pan na mecz ze Sportingiem? Legia zaprosiła piłkarzy, którzy w połowie lat 90. po raz pierwszy wprowadzili warszawską drużynę do Ligi Mistrzów.
– Nie mogę się pojawić przy Łazienkowskiej. Mecz obejrzę w telewizji z nadzieją, że Legia wyciągnie wnioski z poprzednich spotkań. Mistrz Polski ma mnóstwo rzeczy do udowodnienia. Same występy w Lidze Mistrzów stanowią powód do dumy, lecz ze swojej postawy legioniści nie mogą być w pełni zadowoleni. Pytań jest mnóstwo, m.in. czy zawodnicy Jacka Magiery zachowają odpowiednią koncentrację. Z tym jest kiepsko. Legia była o krok od pokonania wielkiego Realu Madryt, prowadziła 3-2, ale dała sobie strzelić bramkę. Jeszcze krócej cieszyła się z wyniku 1-0 w Dortmundzie. Wygląda na to, że „Wojskowych” gubi euforia po zdobyciu bramki.

– Legia musi wygrać, gościom wystarczy remis. Jakiego meczu się pan spodziewa?
– Ano właśnie, bardzo ważna będzie strategia. Czy Legię stać, żeby ruszyć od razu na przeciwnika, strzelić gola, a potem pójść za ciosem i dołożyć kolejnego? Czy Legia będzie w stanie utrzymać się przy piłce przy pressingu ze strony Sportingu? Dla naszej drużyny to najważniejszy egzamin. Jeśli obecna Legia chce być porównywana do Legii, w której grałem, musi awansować do Ligi Europy. Udźwignąć presję.

– „Wierzę, że jestem najlepszym trenerem na świecie, ale żeby to udowodnić muszę wygrać Ligę Mistrzów” – czyje to słowa?
– Czyżby Jose Mourinho?

– Jorge Jesusa, opiekuna Sportingu, a wcześniej Benfiki Lizbona. Pewności siebie mu nie brakuje, jego piłkarzom również.
– Widocznie to cecha Portugalczyków. Choć wątpię, by Sporting prezentował taki poziom jak FC Porto, z którym Mourinho wygrywał Ligę Mistrzów. Dziś w Warszawie mogą się dziać niezwykłe rzeczy, ale obawiam się jednak o legijną obronę. 24 stracone bramki to bardzo dużo.

– Sporting przyleciał do Polski bez napastnika Joela Campbella i pomocnika Alana Ruiza. Szanse Legii rosną?
– Chyba nie. W tak klasowych zespołach różnice między zawodnikami są niewielkie. Ponadto z doświadczenia wiem, że tego typu losowe historie scalają drużynę. Sporting podoba mi się jako całość. Lizbończycy tracą też bardzo mało bramek i byli o włos od pokonania Realu. Dlatego powtarzam: albo Legia zagra wielki mecz i napisze nową historię, albo wciąż będziemy wracać do Legii sprzed 20 lat.

– W Sportingu wszyscy są świetnie wyszkoleni technicznie. Młodzi również, bo tamtejsza akademia należy do najlepszych na świecie. Stamtąd wyszli Luis Figo i Cristiano Ronaldo.
– Sporting potrafi szkolić i – to trzeba podkreślić – wychowywać wielkie indywidualności. Czytałem ostatnio biografię Cristiano Ronaldo, który wspomina, że na początku był płacz, ponieważ w szkółce doskwierała mu samotność. Ten sam zawodnik jest jednak przekonany, iż właśnie te okoliczności ukształtowały jego charakter. Bez wątpienia w Sportingu wiedzą, jak przygotowywać hardych, mocnych psychicznie zawodników.

– Portugalczycy panicznie boją się zimy w Warszawie. Gdy oni lamentują z powodu 5 stopni na minusie, przypomina mi się wasz mecz z Panathinaikosem Ateny…
– Oj, wiele się od tego czasu zmieniło. Zimy w Polsce nie są tak ostre, murawy dużo lepiej przygotowane (śmiech). Opowieści Sportingu o zimie traktuję jak zasłonę dymną. Choć oczywiście mogą się czuć mniej komfortowo niż u siebie, gdzie grają przy 14 stopniach ciepła.

– Którego z legionistów wziąłby pan do drużyny z połowy lat 90.?
– Kurczę, zaskoczył mnie pan…

– Miroslava Radovica?
– Technikę ma, ale nie zamieniłbym go na Leszka Pisza, który był wielkim liderem, swoją postawą wpływał na każdego zawodnika. Ale tak chwalony Vadis Odjidja stworzyłby w środku pola idealny duet z Radkiem Michalskim. Belg jest silny, potrafi się utrzymać przy piłce. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz: tamta Legia budowana była w oparciu o mentalność, ludzkie charaktery. Umieliśmy się zabawić, a potem zagrać świetny mecz.

– Pan się wiele w Lidze Mistrzów nie nagrał. To z uwagi na konkurencję?
– Też. Pamiętajmy jednak, że przed Ligą Mistrzów doznałem poważnej kontuzji kolana, musiałem się poddać operacji wiązadła krzyżowego. Robiłem co mogłem, by być w drużynie. Uczestniczyłem w tym wszystkim, to są fantastyczne wspomnienia.

– 18 razy wystąpił pan w reprezentacji Polski. Dużo to czy mało?
– Chciałoby się więcej, ale i tutaj konkurencja była olbrzymia. Mnie, chłopakowi z polskiej ligi, ciężko było „wygryźć” ze składu Darka Wdowczyka, który wtedy grał w Celtiku Glasgow, Jacka Ziobra z Montpellier czy Romka Koseckiego z „Galaty”.

– Za to strzelił pan bramkę Węgrom w Krakowie w obecności samego Ferenca Puskasa!
– To był piękny gol. Już po tym towarzyskim meczu dowiedziałem się, że na trybunach stadionu Hutnika siedział as słynnej „Złotej Jedenastki”. Trochę częściej wtedy grałem, bo w kadrze następowała zmiana pokoleniowa. To były czasy trenera Henryka Apostela.

– Pofatygował się pan w tym sezonie choć raz na mecz swojej ukochanej Stali Mielec?
– Nie miałem okazji, wiadomo – obowiązki w Karpatach. Ale na pewno odwiedzę Mielec i klub, w którym dojrzałem jako piłkarz. Pragnę zobaczyć jak odbudowuje się potęga, bo wciąż mam przed oczyma jupitery, efektowny stadion i 10 tysięcy ludzi na trybunach.

– Porozmawiajmy o Karpatach. Zapewne spotkał się pan z prezesem Markiem Penarem. Jest zadowolony z pana pracy?
– Każdy kto zatrudnia trenera wyobraża sobie, że zaraz będzie wynik. To jak z transferami – kupimy czterech zawodników i zaczniemy wygrywać. Tylko że to nie takie proste. Jak przychodziłem do Karpat, opowiadano mi, jaki to wspaniały zespół przejmę. Rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana. Prezes Penar osiągnął sukces w biznesie, teraz chce drugiego – w futbolu. Lecz tu rządzą nieco inne prawa. „Moja” Legia zanim awansowała do Ligi Mistrzów, budowana była trzy lata. Wierzę, że runda rewanżowa będzie lepsza, lecz musimy się wzmocnić dwoma, trzema piłkarzami. Szukam ludzi o mocnych charakterach, odpornych na stres, dających impuls innym.

– Gdyby wskazać rozczarowanie rundy, to zajmiecie poczesne miejsce, zaraz obok Motoru Lublin.
– My wszyscy tak do końca nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zmieniła się trzecia liga po reformie. Graliśmy nierówno. W meczach z czołówką umieliśmy się wspiąć na wyższy poziom, by potem przegrać ze Spartakusem Daleszyce. Bardzo zabolała mnie też porażka na zakończenie rundy u siebie z Podlasiem Biała Podlaska. Jednym słowem: jest nad czym pracować!

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Leave a Reply

Your email address will not be published.