
NEHRYBKA, PRZEMYŚL. 66-latek chce tylko, by był spokój.
Tadeusz Klajn mieszka w Nehrybce pod Przemyślem „od zawsze”. W tej opuszczonej przez Ukraińców wiosce osiedlili się jego rodzice, repatrianci zza wschodniej granicy, wówczas z ZSRR. Przez wiele lat żył sobie tu spokojnie, do czasu, aż na wniosek jego sąsiadów wiele lat temu ówczesny wojewoda uchylił decyzję scaleniową sprzed 40 lat! Teraz pan Klajn ma niby oddać sąsiadce 2 ary ziemi. Problem polega na tym, że chodzi o ziemię stanowiąca dojazd do jego posesji.
Przez 10 lat zmagań z urzędami Tadeusz Klajn, dziś pan zbliżający się do 70. zgromadził tony pism, za to stracił dużo nerwów. Teraz już beznamiętnie opowiada o całej sprawie. – Po wojnie rodzice jako repatrianci objęli gospodarstwo w Nehrybce. Stało to wszystko puste, każdy gdzie chciał zamieszkał, ziemię uprawiał – opowiada. – Z sąsiadami spokojnie było, zgodnie – podkreśla. W roku 70. zeszłego wieku ludowe państwo postanowiło „ucywilizować” sprawę gospodarstw repatriantów i przeprowadzić scalenie działek siedliskowych w całej wsi. – I tak się stało! Przyjechał geodeta, pomierzył fizycznie, polecił wkopać graniczniki – wspomina pan Klajn. – Decyzja scaleniowa była zbiorowa, dla całej wsi – pokazuje stosowny dokument. – Komu coś nie pasowało, mógł się od decyzji dotyczących jego działek odwołać – przypomina. Najbliższy sąsiad pana Klajna się jednak nie odwoływał, ani nikt z jego spadkobierców, przez 30 lat. Za to 10 lat temu osoba, która po tym sąsiedzie odziedziczyła działkę, wniosła do wojewody o zmianę granic. – Motywowała to tym, że nie było pisemnej zgody zmarłego już sąsiada na granice wytyczone w 1970 roku – wyjaśnia pan Klajn.
Oświadczenie tajne, informacja – nie
Ówczesny wojewoda najpierw wniosek odrzucił, ale potem zmienił zdanie. – I tak się zaczęły moje zmagania – wzdycha mieszkaniec Nehrybki. Od początku miał on przekonanie, że podczas scalenia nie było wymagania pisemnych zgód poszczególnych właścicieli działek siedliskowych. W dokumencie scaleniowym informacje o wyrażeniu takich zgód, najpewniej ustnie umieścił wykonujący scalenie geodeta. – Zwróciłem się do Starostwa Powiatowego w Przemyślu o wydanie mi na potrzeby tej sprawy oświadczenia czy pisemne zgody na scalenie były wówczas konieczne – opowiada nehrybczanin. – Odpowiedziano mi, że to jest sprawa tajna i można takie oświadczenie wydawać tylko urzędom – kontynuuje. – Prosiłem starostę i urzędników z Delegatury UW w Przemyślu, by odnaleźli geodetę, który tamto scalenie wykonywał, ale nikt się nie kwapił – wzdycha. Jednak los sprawił, że Tadeusz Klajn sam przypadkowo odnalazł tamtego geodetę. Napisał on oświadczenie, że pisemne zgody na scalenie nie były wówczas wymagane i nikt w wiosce nie wyrażał ich na piśmie, a sąsiad Klajnów nie zgłaszał sprzeciwu wobec scalenia ani tej swej działki siedliskowej, ani innej posiadanej w tej samej wsi. Nehrybczanin poprosił także o pomoc posła z Przemyśla, Wojciecha Bakuna (Kukiz’15), który zwrócił się do starostwa o udzielenie informacji w sprawie formy zgód podczas scalenia. – I pan poseł dostał pismo, że przepisy wówczas nie wskazywały, w jaki sposób właściciel działki miał wyrażać zgodę na scalenie – pokazuje kolejny dokument pan Klajn. – Czemu pan poseł otrzymał to, a ja nie? Bo ja to nazwałem oświadczeniem, a miałem prosić o informację! Nikt z urzędników mi tego nie powiedział – wzdycha z żalem.
Cała decyzja nieważna?
Nikt z urzędników nie umie też odpowiedzieć Klajnowi, czy skoro decyzja wobec działki jego dawnego sąsiada jest nieważna, to czy nieważna jest cała zbiorowa decyzja dotycząca wszystkich działek siedliskowych w wiosce.
– Przez 40 lat płacimy podatki od gruntu wynikającego z tamtego scalenia – podkreśla T. Klajn. – Nie jestem jakiś pazerny, ale sporne dwa ary, o które chodzi, to dojazd do mej posesji – wyjaśnia. – Nawet gdyby wówczas był tam błąd, to ziemia jest już moja przez zasiedzenie, a poza tym przekazałem już gospodarstwo córce – podnosi.
Argumenty starszego człowieka nie trafiają jednak do urzędników. – Każdy mi mówi, że sprawa dawna, żebym dał spokój. Ale nie mogę, bo zostanę bez dojazdu do domu – zauważa T. Klajn.
Monika Kamińska


