Mordują zwierzęta za nędzne grosze

- Znajdujemy wnyki, druty, klatki oraz inne „przyrządy”, które mają schwytać zwierzynę - mówi Tadeusz Jabłoński, prezes Okręgowej Rady Łowieckiej w Tarnobrzegu i szef Koła Łowieckiego „Nadwiślańskie” w Tarnobrzegu. Fot. Bogdan Myśliwiec
– Znajdujemy wnyki, druty, klatki oraz inne „przyrządy”, które mają schwytać zwierzynę – mówi Tadeusz Jabłoński, prezes Okręgowej Rady Łowieckiej w Tarnobrzegu i szef Koła Łowieckiego „Nadwiślańskie” w Tarnobrzegu. Fot. Bogdan Myśliwiec

TARNOBRZEG. Szczują, mordują i odcinają łby. Kłusownicy przemierzają lasy w poszukiwaniu mięsa, które sprzedają za półdarmo. Kar się nie boją.

W podkarpackich lasach niemal każdej nocy rozgrywa się dramat dzikich zwierząt mordowanych przez kłusowników. Uzbrojeni zabójcy nie przebierają w narzędziach. Schwytane we wnyki zwierzęta konają przez wiele godzin. Dowody zbrodni to m.in. porzucone łby i setki wnyków.

Myśliwi ujawniają przypadki kłusownictwa niemal za każdym razem, gdy wchodzą do lasu.

– Znajdujemy wnyki, druty, klatki oraz inne „przyrządy”, które mają schwytać zwierzynę – mówi Tadeusz Jabłoński, prezes Okręgowej Rady Łowieckiej w Tarnobrzegu i szef Koła Łowieckiego „Nadwiślańskie” w Tarnobrzegu.

Łowczy natykają się na martwe zwierzęta, znajdują łby byków w rowach, resztki dzików, jeleni. Konające we wnykach zwierzęta cierpią nieraz wiele godzin. Kłusowników to nie obchodzi, zależy im wyłącznie na zarobku.

A zarobić na dziczyźnie można przez cały rok. Jak podają łowczy, na całym Podkarpaciu rocznie ujawnia się nawet 5 tysięcy przypadków kłusowania. Liczba zastraszająca. To, co jednak bulwersuje jeszcze bardziej, to fakt, że w zaledwie 74 przypadkach kłusownikom udało się za założyć sprawy karne.

– Tylko tej zimy myśliwi zdjęli w zalesionych okolicach Tarnobrzega ponad 200 wnyków. Przestępcy znający dobrze zwyczaje zwierzyny zastawiają pułapki na tzw. przesmykach, czyli ścieżkach, którymi regularnie przemykają sarny, jelenie i dziki, ale nie tylko tam. Wnyki i inne zasadzki można znaleźć nawet przy paśnikach. Na bażanty i kuropatwy też mają sposób. Miejsce wysypywania ziarna obstawiają wnykami – mówi Tadeusz Jabłoński,

Tarnobrzescy myśliwy nieraz złapali na gorącym uczynku kłusowników.

– Pamiętam takich, którzy mieli przy sobie własnej konstrukcji piki z przyspawanymi bagnetami od karabinów – mówi inny łowczy. – Polowali na dzika. Natrafiliśmy na nich, bo usłyszeliśmy psy, którymi szczuli zwierzę. Wywiązała się szamotanina, ale porzucili pikę z bagnetem, rowery i uciekli. To znane osoby, miejscowe. Zabite zwierzę porcjują i sprzedają za grosze.

Jak mówią policjanci, kłusownictwo to „rodzinna tradycja”. Przestępczy proceder zazwyczaj przekazywany jest z ojca na syna. Co gorsze, w pewnym kręgach wcale nie jest piętnowany. A powinien, bo kłusownicy nie przestrzegają żadnych zasad, zabijają nawet cielne i ciężarne sarny.

Osobny problem to kłusowanie z psami, które wiedzione instynktem zagryzają sarny i zające. – Myśliwemu nie wolno zastrzelić polującego psa. Musimy złapać psa i właściciela, a to jest zabawa w kotka i myszkę – mówi łowczy Jabłoński. – Kłusownika ciężko złapać na gorącym uczynku, a jeszcze ciężej coś mu udowodnić. Jeśli sąd nie umorzy sprawy z powodu „niskiej szkodliwości społecznej czynu”, wymierza zazwyczaj śmieszne kary. Bywa, że w wysokości 100 zł.

Małgorzata Rokoszewska

4 Responses to "Mordują zwierzęta za nędzne grosze"

Leave a Reply

Your email address will not be published.