To esbek zabił mi brata!

W miejscu, gdzie znaleziono zwłoki Zbigniewa Tokarczyka, rok temu stanął obelisk. Napis na nim nie pozostawia wątpliwości. Nikt w mieście nie wierzy, że umarł w samotności. Fot. Jerzy Mielniczuk
W miejscu, gdzie znaleziono zwłoki Zbigniewa Tokarczyka, rok temu stanął obelisk. Napis na nim nie pozostawia wątpliwości. Nikt w mieście nie wierzy, że umarł w samotności. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Brat działacza podziemia ma dowody, że do śmierci przyczynili się esbecy. Musi się jednak znaleźć choćby jeden świadek. W odnalezieniu go ma pomóc nagroda pieniężna. To pierwsza w kraju próba takich poszukiwań.

Jerzy Tokarczyk podjął już chyba ostatnią próbę wyjaśnienia tragicznej śmierci swojego brata. Zbigniew zmarł w nocy z 23 na 24 lutego 1984 r., czyli 33 lata temu. Jednak dopiero teraz wychodzą na światło dzienne fakty, które wskazują, że przed śmiercią mógł być pobity przez funkcjonariuszy SB. Przez IPN został wytypowany domniemany sprawca. Brakuje jednak świadka. Tego ma skusić nagroda, o ufundowanie której Jerzy Tokarczyk zwrócił się do stalowowolskiego magistratu.

To była jedna z głośniejszych śmierci w Polsce stanu wojennego. 31-latek został znaleziony martwy kilka metrów od swojego bloku. Śledztwo zostało maksymalnie spartaczone. Dziś wiadomo, że celowo. Z tego m.in. powodu podejmowane dochodzenia już w wolnej Polsce kończyły się umorzeniami. Znalazło się jednak małe światełko w tunelu komunistycznego kłamstwa.

Nawet Rokita nie pomógł
Zbigniew Tokarczyk był solidarnościowcem i członkiem KPN zarazem. Nie dał się zgnieść internowaniem i dlatego na wolności spadły na niego razy bezpieki. Czym innym są jednak zatrzymania i przesłuchania, a inną wagę ma śmierć. Nie wiadomo, czy ta została zadana celowo, czy był to „wypadek przy pracy” esbeków. Na miejscu znalezienia zwłok nie zabezpieczono żadnych śladów. Aż trudno sobie wyobrazić, ale ślady pobicia na ciele zmarłego odkryte zostały dopiero podczas sekcji zwłok. Próbki pobrane do badań histopatologicznych normalnie zgniły, choć to była zima. Śmiercią pracownika Elektrowni Stalowa Wola zajmowała się tzw. Komisja Rokity, która próbowała wyjaśnić najbardziej tajemnicze zgony z czasów komuny. Nie wyjaśniła nic. Z tym samym skutkiem do sprawy wracało kilka prokuratur. Dopiero ostatnie badania IPN rzuciły jakieś światło na śmierć sprzed 33 lat.

– IPN ustalił sprawcę śmierci mojego brata – twierdzi Jerzy Tokarczyk. – To Mirosław J. (Tokarczyk podaje pełne nazwisko), były zastępca naczelnika SB w Stalowej Woli. On nadal mieszka w Stalowej Woli, przy al. Jana Pawła II.

Zainteresowanie esbeka Mirosława J. działalnością Zbigniewa Tokarczyka przekraczało zawodowe, nawet jak na SB, normy. Ponadto znał on karate, a zasinienia znalezione na zwłokach idealnie odpowiadają ciosom zadawanym przez trenujących sztuki walki. J. po 1990 r. był przesłuchiwany i oczywiście do niczego się nie przyznał. Ślad prowadzący do niego jest nader tajemniczy. Otóż ktoś anonimowo powiadomił KW Policji w Rzeszowie, która wykonywała czynności śledcze, że to właśnie J. pobił, albo wręcz zabił Tokarczyka. Tym anonimem był ktoś z SB lub milicji, bowiem podał wiele szczegółów. Niestety, nie udało się go namierzyć i rodzina zmarłego liczy, że pomoże tu nagroda pieniężna.

Komisja się pochyli
Jerzy Tokarczyk zwrócił się do włodarzy Stalowej Woli o wyasygnowanie okrągłej kwoty na nagrodę dla świadka, gdyż jego rodziny na to nie stać. Jego pismo wywołało niemałą konsternację w magistracie. To sprawa bardzo świeża i nie zapadły jeszcze żadne decyzje. – Przyszło takie pismo do Urzędu Miasta – potwierdza prezydent Lucjusz Nadbereżny. Na razie tylko tyle. List brata zmarłego będzie analizowany przez jedną z samorządowych komisji. Na razie nie wiadomo jeszcze którą.

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.