Seks, czerwone wino i mniej obżarstwa

Prof. dr hab. JERZY VETULANI to psychofarmakolog, neurobiolog i biochemik. Członek Polskiej Akademii Nauk i wielu innych zacnych towarzystw naukowych. Autor kilkuset prac badawczych o międzynarodowym zasięgu i wielki popularyzator nauki. Prowadzi bloga „Piękno neurobiologii”, pisze książki, m.in. „A w konopiach strach”. Od lat opowiada się za legalizacją marihuany w celach medycznych i rekreacyjnych. Mimo 81 lat na karku, chętnie korzysta z mediów społecznościowych. Jest aktywny na Facebooku i Twitterze. Współzałożyciel Piwnicy pod Baranami. Fot. Paweł Bialic
Prof. dr hab. JERZY VETULANI to psychofarmakolog, neurobiolog i biochemik. Członek Polskiej Akademii Nauk i wielu innych zacnych towarzystw naukowych. Autor kilkuset prac badawczych o międzynarodowym zasięgu i wielki popularyzator nauki. Prowadzi bloga „Piękno neurobiologii”, pisze książki, m.in. „A w konopiach strach”. Od lat opowiada się za legalizacją marihuany w celach medycznych i rekreacyjnych. Mimo 81 lat na karku, chętnie korzysta z mediów społecznościowych. Jest aktywny na Facebooku i Twitterze. Współzałożyciel Piwnicy pod Baranami. Fot. Paweł Bialic

SuperWywiad z profesorem JERZYM VETULANIM, wybitnym neurobiologiem, jednym z najczęściej cytowanych polskich naukowców.

– Panie Profesorze, okazuje się, że ma Pan podkarpackie korzenie. Pański dziadek Roman był niezwykle szanowanym obywatelem Sanoka, w tamtejszym gimnazjum nauczał greki i łaciny oraz jako pierwszy wprowadził do szkoły wychowanie fizyczne.
– To prawda, mam podkarpackie korzenie. Zacznę jednak od tego, że moja rodzina nie jest rdzennie polska. Ród Vetulanich pochodzi z północnych Włoch i wywodzi się od Etrusków. Na ziemiach polskich pojawiliśmy się jakieś dwa i pół wieku temu, w czasach saskich. Metryka wskazuje, iż w 1752 roku w Chochołowie przyszedł na świat niejaki Jacobus Vetulani, z pater alienus, czyli z ojca cudzoziemca. Jacobus był wnukiem Toskańczyka, który w Tatrach szukał skarbów – srebra, antymonu. Poszedł w ślady przodków i został nadsztygarem w kopalni soli w Bochni. Cała moja rodzina była małopolska aż wreszcie dziadek Roman został nauczycielem gimnazjalnym i przeniósł się do Sanoka. Nie tylko uczył języków, ale i organizował ćwiczenia w drużynach „Sokoła”. Należał do tych światłych pedagogów, którzy przygotowywali polską młodzież do walki o niepodległość.

Z kolei pana ojciec Adam, urodzony w Sanoku, już w wieku 27 lat został profesorem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednym z jego uczniów i przyjaciół był Karol Wojtyła.
– Dziadek zmarł na serce, zostawiając babkę z sześciorgiem dzieci. Rodzina znalazła się w bardzo ciężkim położeniu. Mam zdjęcie ojca, który szedł do pierwszej komunii. Ma na sobie białe ubranko uszyte z bielizny, na nogach czarne, wysokie buty swojej mamy. To właśnie bieda zmusiła ojca do wstąpienia na ochotnika do armii austriackiej – miał wtedy ledwie 16 lat. Po I wojnie światowej walczył już w Wojsku Polskim, zasłużył się w wojnie z bolszewikami. O jego braciach też było głośno. Zygmunt został konsulem generalnym w Brazylii, Kazimierz był matematykiem słynnej Politechniki Lwowskiej i razem z innymi profesorami został rozstrzelany w 1941 roku przez Niemców na Wzgórzach Wuleckich. Tadeusz z kolei był wielkiej klasy zootechnikiem w Wilnie i Poznaniu, to on odpowiada za stworzenie „konika polskiego”. Mój ojciec natomiast był specjalistą od prawa kościelnego, a potem historykiem prawa.

– Cudem uniknął śmierci z rąk hitlerowców…
– Jeszcze przed wojną napisał dwie książki, które znalazły się na czarnej liście Hitlera, bo godziły w interesy niemieckie: „Lenno pruskie” i „Polskie wpływy polityczne w Prusach Książęcych”. Już 9 września 1939 roku, zaledwie trzy dni po wkroczeniu Niemców do Krakowa, gestapowcy zjawili się w naszym domu i szukali ojca. Był przeznaczony do rozwałki wcześniej niż profesorowie UJ. Gdy wspominam ojca, myślę, że uczciwość popłaca. On nie chciał być malowanym oficerem. Przeszedł szlak bojowy – przedarł się z Rumunii do Francji, tam walczył ofiarnie w polskiej Dywizji Strzelców Pieszych i otrzymał Krzyż Wojenny. Następnie został internowany w Szwajcarii, gdzie organizował wielkie obozy uniwersyteckie dla polskich żołnierzy. To było bardzo ważne! Po ojcu odziedziczyłem chęć do organizacji nauki i szerzenia wiedzy.

– W ogóle ciężko sobie wyobrazić, że obiera pan inną drogę. Pana matka Irena była doktorem biologii.
– I córką generała Franciszka Ksawerego Latinika, który razem z generałem Tadeuszem Rozwadowskim doprowadził w 1915 roku do przełamania frontu rosyjskiego w słynnej, wyniszczającej bitwie gorlickiej. W ten sposób mój dziadek prawdopodobnie przyczynił się do zwycięstwa komunizmu w Rosji. Klęska Moskali była tak wielka, że doprowadziła do rewolucji, ofensywy Armii Czerwonej i w konsekwencji upadku caratu. W mojej rodzinie istniały głębokie podziały polityczne. Jedni popierali Piłsudskiego, drudzy Dmowskiego, ojciec był z kolei wiciowcem, miał poglądy lewicowe. Jednak mimo różnic wszyscy się szanowali i kochali.

Ale wracając do mojej mamy. Jako córka generała, szczęśliwie odebrała w domu staranne wykształcenie. Dbały o to fraulein i mademoiselle, więc mama mówiła po niemiecku i francusku. Znajomość języków okazała się zbawienna, bo po wybuchu wojny mama zaczęła pracować jako tłumaczka w świetnym miejscu: Monopolu Spirytusowym. To oznaczało, że część wynagrodzenia otrzymywała w deputatach, czyli alkoholu, który w tamtych czasach zawsze można było spieniężyć. Można więc powiedzieć, że moja mama z doktora biologii stała się meliniarą (śmiech). Od dziecka lubiłem książeczki popularnonaukowe i ganiałem z czerpakiem i siatką za przeróżnymi owadami. Mama bardzo mnie w tej pasji wspierała. Te doświadczenia zostawiły ślad. Na starość, gdy z uwagi na gorszy wzrok i utratę precyzji, przestałem brać udział w eksperymentach, moim konikiem stała się popularyzacja nauki. Chyba nieźle się w tym sprawdzam.

– Panie Profesorze…
– Przepraszam, jeszcze tylko słówko o Podkarpaciu, pozwoli pan?

– Jasne.
– Przypomniałem sobie bowiem, że jedną z pierwszych moich książeczek była ta o Grzesiu z Sanoka, miejscowym biskupie. A jak miałem 10 – 11 lat, mieszkałem przez pewien czas we wsi Trześniów koło Haczowa. Byłem wychudzonym dzieckiem, ale u gospodarzy nie brakowało mi niczego. Cóż to były za czasy! Teraz gdy jadę z Krakowa na Podkarpacie, mówię, że wybieram się na Bliski Wschód (śmiech).

– Chciałem spytać o pana grubą skórę. W jednym z wywiadów zdradził pan, że razem z wnukiem gromadzicie kolekcję „hejtów” pod pana adresem, bo może kiedyś, dla zabawy, je pan opublikuje. Z kolei na swoim profilu na Facebooku, w centralnym miejscu, umieścił pan wpis Cezarego Gmyza, korespondenta TVP w Berlinie. „Z całym szacunkiem dla tytułu profesorskiego. Vetulani to jednak wyjątkowy debil”. Jak to możliwe, że ma pan do siebie tak wielki dystans?
– Jak idę przez wieś i pies na mnie szczeka, to się nie obrażam. Ja lubię ludzi, a ludzie to widzą i z reguły uczucie odwzajemniają. W takim klimacie mogę rozmawiać o wszystkim. Na przykład jestem strasznie zadowolony z mojej ostatniej książki, rozmów z księdzem Grzegorzem Strzelczykiem. Prawdziwy teolog dyskutował z prawdziwym neurobiologiem-ateistą, a książka w jednym dniu dostała pozytywne recenzje w „Gościu Niedzielnym” i „Gazecie Wyborczej”. Może jestem zarozumiały, ale wydaje mi się, że mój honor nie ucierpi, jeśli ktoś mi coś przykrego powie bądź wytknie błąd. Najmocniej przepraszam, iż Demokryta pomyliłem z Demostenesem (śmiech).

– Mówi Pan, że nie chce być wzorem dla nikogo.
– Oczywiście, bo jak każdy człowiek, mam wady i zalety. Piszemy właśnie z Marysią Mazurek nową książkę o seksie. Marysia zmusza mnie do opisywania rzeczy z mojego dzieciństwa i sądzę, że ta książką znów wzbudzi zainteresowanie. Wie pan, fałszywa skromność też nie jest dobra. Ja nie przeczę, że nie jestem inteligentny, co nie oznacza, iż jestem inteligentniejszy od każdego. Stosuję się więc w życiu do takiej oto dewizy: głupi zawsze może się czegoś nauczyć od mądrzejszego, a mądry od każdego. Ojciec zawsze mawiał: Jurek, jak jesteś na wsi, rozmawiaj z ludźmi i słuchaj starszych. Ba! Wiele możemy się nauczyć, rozmawiając z dziećmi.

– Za młodu był Pan buntowniczy.
– Znana jest historia, gdy w wieku 12 lat, na złość rodzicom, zapisałem się do Związku Młodzieży Polskiej (organizacja wzorowana na radzieckim Komsomole – red.). Ale ta moja porywczość i awanturniczość została doceniona w USA. Po dwóch miesiącach pobytu w Stanach, otrzymałem pismo z uniwersytetu, że zostałem promowany na stanowisko profesorskie ze względu na moje agresywne zachowanie na seminariach. Bo jak ktoś opowiadał głupstwa, to prostowałem. Nienawidziłem niechlujstwa i niedoróbek. To była szkoła moich rodziców.

– Panie Profesorze, większość z nas boi się starości. Miałby pan dla nas jakieś dobre rady?
– Zalecam, żeby się aż tak strasznie nie obawiać. Za wszelką cenę staramy się zabezpieczyć przyszłość naszych dzieci czy wnuków, ale chyba niepotrzebnie, bo i tak tego nie będziemy oglądać. Boimy się o swoją sytuację finansową i to, przyznaję, jest problem. Niestety, w Polsce większość ludzi dostrzega tylko jedną szansę na bezpieczną i godną starość, a mianowicie wygraną w totolotka. Uśmiechnąłem się, lecz to jest doprawdy żałosne i smutne. Emerytury są, jakie są, a i tak nie ma już pewności, że się te pieniądze dostanie. Dlatego tak ważne jest zachowanie dobrych więzów rodzinnych. To wymaga wysiłku, bo zwykle starzy chcieliby dominować nad młodymi. Natomiast każdy z nas odpowiada za własną starość jeśli chodzi o stronę fizyczną.

– Co to oznacza w praktyce?
– Zalecam trzydzieści minut wysiłku fizycznego dziennie. To nie muszą być od razu skomplikowane ćwiczenia, wystarczy, że pójdziemy pieszo do pracy. No i oczywiście seks, czerwone wino i nieprzejadanie się (śmiech).

– Jest pan zwolennikiem depenalizacji i legalizacji marihuany. Rozumiem, że gdybyśmy się znaleźli teraz w bardziej komfortowych okolicznościach, Pan Profesor chętnie zapaliłby skręta?
– Nie używam tego jako metody relaksacji, ale… oczywiście, że bym zapalił! Marihuana rozluźnia i pomaga mi zasnąć. Jednak nie wolno przesadzić. Gdy piszę książkę, nie mogę się najarać, ponieważ zapominam. Kiedyś gawędziłem przy ciasteczkach konopnych, aż nagle zjawia się telewizja. Proszą o kilka zdań komentarza, włączają kamerę, a ja rozpaczliwie szukam w pamięci mądrych wyrażeń. To najgorszy wywiad w moim życiu – rozpaczałem. Lecz później to nagranie stało się hitem YouTube`a. Wystąpienie okazało się szalenie błyskotliwe, więc na koniec taka rada: nie oceniajmy siebie zbyt surowo.

Rozmawiał Tomasz Czarnota

2 Responses to "Seks, czerwone wino i mniej obżarstwa"