Marsjanie mieliby kłopot z Polakami

Fot. MWMedia
Fot. MWMedia

SuperWywiad Z WOJCIECHEM SMARZOWSKIM, wybitnym reżyserem.

– Trzynaście lat temu nakręcił Pan „Wesele”. Film okazał się przebojem i momentalnie uczynił z Pana jednego z najważniejszych reżyserów w Polsce. Czy Pan bywał na podobnych weselach?
– No pewnie, tylko, że po oczepinach końcówka często się zacierała. Dlatego przed nakręceniem filmu musiałem obejrzeć sporo kaset VHS z wesel z całej Polski.

– Tamten film to jedna wielka prowokacja, ale też lustro, w którym odbijają się polskie charaktery. Powiedział Pan kiedyś: „Nie neguję, że Polacy są narodem wybranym, mnie tylko wkurza, że się nie myją”. Chyba nie ma Pan najlepszego zdania o swoich rodakach?
– Już w X wieku Ibrahim ibn Jakub nas „rozklepał” – napisał o Słowianach, że rządziliby światem, gdyby nie ich wrodzona skłonność do kłótni. Poza tym koncertowo umiemy zazdrościć. Sukces budzi podejrzliwość, jesteśmy w czołówce „hejtowania”, o każdej porze dnia i nocy potrafimy anonimowo zwyzywać bliźniego od żydków, pedałów i ch..ów. No może z wyłączeniem czasu, który spędzamy, modląc się na obowiązkowej niedzielnej mszy. Jesteśmy ksenofobami, za mało czytamy. Ja też. Za mało czytam.

– A za co ceni Pan Polaków, jeśli w ogóle ceni?
– A skąd przypuszczenie, że nie cenię? Każda nacja ma coś za uszami, nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi. Chyba… No dobra, cenię w Polakach zaradność. I to, że mamy honor, i swoją niezależność. Z Polakami Marsjanie mieliby kłopot. Nawet by się nie kapnęli, kiedy rozkręcilibyśmy im te ich czułki i blaszane statki. Tamto od razu na złom, a laser podwędzilibyśmy im tak po prostu, dla jaj. Nie mieliby czym do nas strzelać. Bo jesteśmy nie do opanowania. A po wszystkim byśmy ich wspaniale ugościli. Oczywiście pod warunkiem, że byliby katolikami.

– Urodził się Pan w Korczynie, wychował w Jedliczu. Korzenie są chyba ważne dla Pana, skoro akcje „Wesela” i „Domu Złego” ulokowane są w podkarpackich miejscowościach, a „Wołyń” kręcił pan w Kolbuszowej?
– Tak, to dla mnie ważne. Mieszkam na Mazowszu, brakuje mi przestrzeni. Może nawet tęsknię, no ale nie będę się przecież roztkliwiał w gazecie.

– Zostały Panu przyjaźnie z czasów szkolnych?
– Nie. Nie pielęgnuję ich, trochę dlatego, że życie pędzi, a trochę, ponieważ jestem tak skonstruowany, że myślę o tym co dzisiaj, i o tym co jutro. Nie oglądam się.

– Miał Pan kompleksy? Ludzie z prowincji często je mają.
– Miałem. Ale ci z miasta powiedzieli mi, że też mieli.

– Chciał Pan uciec do wielkiego świata? Kiedy zdał Pan sobie sprawę, że w Jedliczu możliwości są bardzo ograniczone?
– Od razu kiedy się urodziłem. No dobrze, może trochę później – kiedy zacząłem chodzić do kina Nafta. I Jedlicze tu nie ma nic do rzeczy.

– Podobno grywał pan w Jedliczu w piłkę nożną?
– Tak, w klubie Nafta…

– Drugim Sławomirem Peszką Pan jednak nie został.
– Byłem mało zdolny, do tego bez ambicji i bez kondycji.

– Każdy z nas ma swoich idoli. Kto był autorytetem dla młodego Wojtka Smarzowskiego, a kto jest nim obecnie?
– Nie chcę, żeby to jakoś fałszywie zabrzmiało, ale ja nie miałem idoli. Przynajmniej nie wśród filmowców. Pamiętam plakat Ritchiego Blackmore`a nad łóżkiem (gitarzysta Deep Purple – red.) albo dużo później postery z Tomem Waitsem czy Laurie Anderson. Albo koszulkę z Franzem Kafką. Były też ważne dla mnie autografy piłkarzy Henryka Kasperczaka i Antoniego Szymanowskiego na widokówkach z lat 70-tych… Jednak w filmie nie znalazłem autorytetu. Naprawdę. Podziwiam reżyserów, którzy mają swój świat, swój stempel i robią filmy, których ja nie umiałbym nakręcić. Trzymam te ich dzieła wysoko na paździerzowej półce, ale takiego swojego mentora nigdy nie potrzebowałem. Jak klasyczny Polak – zawsze działałem na przekór.

– A może jest film, do którego Pan wraca?
– Moi synowie rosną, więc tak się składa, że najważniejsze kiedyś dla mnie kino stopniowo im dzisiaj pokazuję. Niektóre wytrzymują próbę czasu, inne nie. Na przykład „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta wytrzymało, a „Taksówkarz” Martina Scorsese deko się zestarzał.

– Jakie filmy zrobiły ostatnio na Panu największe wrażenie?
– „Miłość” i „Biała wstążka” Michaela Hanekego, „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa, „Koń turyński” Belli Tarra, „Birdman” Alejandro Gonzaleza Inarritu, „Rozstanie” Asghara Farhadiego, „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego, „Mustang” Deniza Gamze Erguvena i… ze dwadzieścia innych! Pytanie z zaskoczenia, stąd taki chaos.

– Posiada Pan grupę zaufanych aktorów, którzy pojawiają się w niemal każdym Pana filmie. Oglądając takiego Lecha Dyblika zastanawiamy się, skąd go pan – u licha – wytrzasnął?! Twarz obok której nie da się przejść obojętnie…
– Chyba pierwszy raz pracowaliśmy razem w „Kuracji” (spektakl Teatru Telewizji z 2001 roku – red.). To świetny aktor i człowiek. Lubię to połączenie.

– Nasza redakcyjna koleżanka, wielbicielka dobrego kina, panicznie boi się pańskich filmów. Obrazy Smarzowskiego nawiedzają ją w nocnych koszmarach. Spotyka się Pan z podobnymi reakcjami?
– Zdarza się.

– „Róża”, a zwłaszcza „Wołyń” były naprawdę jak z najgorszego snu. Ludzie wychodzili z kina powoli, w kompletnej ciszy, całkowicie rozbici. Pan też odchorował ten film?
– Tak. Ale wciąż żyją ludzie, którzy pamiętają te wydarzenia. Co oni mają powiedzieć?

– Co się dzieje z „Wołyniem” na Ukrainie? Czy jest szansa, że będzie on tam pokazywany?
– Oczywiście, ale raczej w warunkach komputerowo-domowych. 29 marca wychodzi na DVD, a więc następnego dnia już będzie na ukraińskich serwerach.

– Kręcąc sceny do „Wołynia” miał Pan okazję zatrzymać się na dłużej w Rzeszowie. Jak Pan odebrał to miasto? Znalazł Pan w nim jakieś magiczne miejsca, do których chętnie by Pan powrócił?
– W Kolbuszowej pracowałem, a do Rzeszowa przyjeżdżałem się wyspać. Taka jest brutalna prawda. Ale urzekł mnie Rynek, ogródki, knajpa z czeskim piwem. Chciałbym kiedyś przyjechać na mecz siatkarzy Resovii, a jeżeli Nafta Jedlicze awansuje albo Stal spadnie, to na mecz piłki nożnej.

– Nie jest Pan ulubieńcem władzy, bo się do niej nie łasi, a w swoich obrazach nie lukruje Pan rzeczywistości. Po którym filmie spadło na Pana najwięcej krytyki?
– Za brak talentu po „Małżowinie”, a za sposób widzenia świata po „Weselu”. Potem już przestałem przejmować się krytyką.

– Jaki film teraz chodzi Panu po głowie?
– Zrobiłem „Wesele”, może pora nakręcić „Pogrzeb” (śmiech). No i chcę nakręcić serial o Słowianach, o początkach państwa polskiego.

– A z tą baśnią dla syna to była „ściema” czy jednak się Pan za nią zabierze? I co to miałoby być? Znając pańskie upodobania, raczej bracia Grimm niż Krasicki.
– No właśnie ten słowiański serial. Tylko tak sobie myślę, że kiedy uda mi się go skończyć, to moi synowie będą już dorośli.

 Rozmawiali: WIT HADŁO I TOMASZ SZELIGA

WOJCIECH SMARZOWSKI, chyba najciekawszy współczesny reżyser polskiego kina, w styczniu skończył 54 lata. Urodził się w Korczynie koło Krosna, wychował w Jedliczu, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej i liceum. Reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta. Realizował też filmy dokumentalne, reklamowe, a nawet seriale (reżyserował „Na wspólnej” i „BrzydUla”) i teledyski (Fryderyk`98 za wideoklip do piosenki „To nie był film” Myslovitz). Absolwent wydziału operatorskiego PWSFTviT w Łodzi, student filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do swoich kolejnych projektów chętnie angażuje tych samych aktorów. U Smarzowskiego najczęściej grali: Marian Dziędziel, Arkadiusz Jakubik, Robert Wabich, Lech Dyblik, Eryk Lubos, Bartłomiej Topa, Jerzy Rogalski i Jacek Braciak.

2 Responses to "Marsjanie mieliby kłopot z Polakami"

Leave a Reply

Your email address will not be published.