Chcecie się Państwo czegoś dowiedzieć o Polsce i Polakach? Ciśnijcie w kąt pilota od telewizora i wybierzcie się w podróż autobusem. Ja pojechałem do Warszawy na mecz Polska – Rumunia.
Ruszamy. Wszystkie miejsca zajęte, w połowie przez kibiców reprezentacji. Jeszcze nie wyjechaliśmy za rogatki miasta, a już leje się wódeczka i trwają głośne dyskusje. Kibice nie bardzo wiedzą, kto gra w rumuńskiej kadrze, kojarzą, że trenerem jest Niemiec. Martwią się, że Robert Lewandowski strzela gole tylko w Bayernie. Tej bzdury nikt nie prostuje, w najlepsze trwa zabawa w typowanie wyniku: 2-0, 4-0, 4-1. Klasyczni „Janusze”, „pikniki”, a może to właśnie najbliższy prawdzie obraz polskiego sympatyka drużyny narodowej?
W autokarze robi się jak na targowisku, ożywione dysputy prowadzą pozostali podróżni. Nie rozmawiają z sąsiadami, lecz przez telefony. Warunki nie są sprzyjające, trzeba krzyczeć, ale jakoś nikomu to nie przeszkadza. W godzinę usłyszałem z dziesięć intymnych historii: o śmierci brata, zdradzie, jakiej dopuściła się przyjaciółka, chorobie dziecka.
Warszawa, Aleje Jerozolimskie, serce stolicy. Doznaję swoistego deja vu i wracam wspomnieniami do lat 90., bo oto najbardziej obleganym punktem jest czerwona budka z zapiekankami, frytkami i coca-colą. No i jeszcze żebrzący Cyganie, kloszardzi rozłożeni na murkach przed Pałacem Kultury i Nauki oraz samozwańczy prorocy z pismem świętym, ogłaszający nadejście końca świata.
Ludzkie morze przystrojone w biało-czerwone barwy płynie w kierunku Stadionu Narodowego. Hymn Rumunii, większość osób gwiżdże, ale są i tacy, co klaszczą. Potem jest Mazurek Dąbrowskiego i ciarki na całym ciele. Młodszy kolega pyta, czy tak fantastyczna atmosfera panowała też w 1993 roku podczas pamiętnego meczu Polska – Anglia na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy trybuny były areną walk chuliganów, dziś jest bezpiecznie. Śpiewają matki z dziećmi, a przed meczem mężczyzna klęknął przed swoją narzeczoną i nałożył jej na palec zaręczynowy pierścionek. Wszystko pod okiem kamery, która pokazała obraz na gigantycznym ekranie pod dachem Narodowego. Oj tak, czasy się zmieniły i to bardzo. Żeby było weselej, dzwoni przyjaciel z Nowego Jorku. – Włącz kamerkę, chcę żeby dzieciak zobaczył co tam się u was dzieje. Spełniam prośbę, 10-letni Olivier w koszulce reprezentacji macha mi na powitanie…
Na stadionie setki flag z nazwami miejscowości: Gdynia, Ozorków, Mielec, Zebrzydowice, Żagań, Połczyn Zdrój, Biecz, Olsztyn. Nachodzi mnie refleksja, iż mecze reprezentacji to prawdopodobnie jedyne dziś miejsce, w którym Polacy się jednoczą i mówią tym samym językiem. Na co dzień jest inaczej. Należymy do dwóch wrogo do siebie nastawionych plemion, jeszcze chwila, a fosy nie da się zasypać. Już w drodze powrotnej dowiaduję się, że podczas kolejnej miesięcznicy smoleńskiej, kilka przecznic od zjednoczonego piłkarską reprezentacją Narodowego, doszło do incydentów. Policja zatrzymała tych, którzy kiedyś walczyli z komuną. Czy nakręconą przez polityków spiralę nienawiści da się zatrzymać?
Powrót do przyjemnych nie należy. Kibice fetują zwycięstwo, abstynentów wśród nich nie widać. Wjeżdżamy do Rzeszowa, w oczy rzucają się dwa wiszące obok siebie transparenty: jeden informuje o marszu w obronie życia i rodziny, na drugim jest hasło: zburzyć parlament, posadzić las.
Uff, jak dobrze, że przynajmniej „Lewy” zaczął strzelać bramki w reprezentacji…
Tomasz Szeliga, redaktor naczelny



8 Responses to "Sielanka tylko na stadionie"