
SuperWywiad z Agnieszką Barłowską-Giereś, psychologiem i terapeutą.
– Porozmawiajmy o zagrożeniach wynikających z nadmiernego korzystania przez dzieci i młodzież z Internetu, bo dane są zatrważające. Nastolatki spędzają w sieci średnio 5 godzin dziennie, 90 procent z nich ma konto na Facebooku. Powinniśmy bić na alarm?
– Samo korzystanie z Internetu i posiadanie konta na Facebooku nie jest problemem. Sęk w tym, w jaki sposób korzystamy z tego medium oraz ile czasu spędzamy przed komputerem albo z telefonem w dłoni.
– My, rodzice, przyłożyliśmy do tego rękę. Z badań fundacji Dbam o mój zasięg wynika, że średni wiek, w którym rodzice dają dziecku telefon z dostępem do Internetu, to 10 lat. Smartfon to także bardzo częsty prezent na pierwszą komunię.
– Jak dziecko jest grzeczne, to pozwalamy mu korzystać z komputera. Jak jest nieposłuszne, pozbawiamy go tej możliwości. To samo jest z drogimi prezentami, ale w tym wszystkim sami zaczynamy się gubić. Dajemy, zabieramy, dajemy, zabieramy i tak w kółko. Niestety, te przepychanki psują nam relacje z dziećmi.
– Wpadamy w pułapkę, nawet nie wiedząc kiedy. Gdy dziecko jest małe, chcąc mieć chwilę spokoju dla siebie, sadzamy je przed telewizorem albo dajemy tablet. Dziecko jednak rośnie i potrzebuje kolejnych bodźców.
– No i jest zdezorientowane. Pękamy z dumy przed dziadkami i znajomymi, gdy dziecko potrafi obsługiwać komputer albo napisać coś na smartfonie. Wychwalamy, jakie to nasze maleństwo zdolne i sprytne, by jakiś czas potem wycofać się z tego i ogłosić, że telefon komórkowy to największe zło. Dzieci nic z tego nie pojmują.
– Dawniej wszystko było prostsze?
– Rodzice, którzy trafiają do mojego gabinetu, narzekają na tempo życia. Świat się zmienił, pracujemy dłużej i pod większą presją. Jednocześnie mamy świadomość, że coś nam umyka, nieustannie myślimy o tym, co w domu, martwimy się o dzieci, często mamy wyrzuty sumienia, iż tak mało czasu im poświęcamy. To zresztą paradoks: dziś za pomocą telefonu można zapłacić rachunki i zrobić zakupy, ale oszczędność czasu jest pozorna. Czas jest bowiem na wagę złota!
– Co robić, gdy dziecko wykazuje oznaki uzależnienia od Internetu?
– Najgorszy jest kategoryczny zakaz, to nigdy nie zdaje egzaminu, żeby przywołać choćby słynną amerykańską prohibicję. Oczekiwanie, że Internet zniknie, jest nierealne. Poza tym, to nie byłoby dobre. Przecież właściwe korzystanie z tych mediów daje nam wielkie możliwości rozwoju. Problem nie leży w samej obecności Facebooka, Instagrama czy Snapchata. Żeby go rozwiązać, trzeba wyjść poza ten obszar aktywności dziecka i zająć się realizowaniem innych potrzeb. Czyli wspólnie spędzać czas i rozmawiać o tym, jak minął dzień. Pytajmy o to, co się dziecku udało zrobić, a czego nie, kogo spotkało itd. Jak będziemy się skupiać wyłącznie na Facebooku, polegniemy z kretesem. Więzi zostaną poluzowane, a może nawet zerwane.
– I taka rozmowa wystarczy, by oderwać dziecko od atrakcyjnego wirtualnego świata?
– To nie może być zestaw pytań w stylu: odrobiłeś zadanie, pozmywałeś naczynia? Nie chodzi też o to, by spędzać z dzieckiem sto procent czasu, bo tak się nie da, lecz być dla niego na sto procent choćby przez godzinę dziennie. Poświęćmy mu się wtedy całkowicie. Zostawmy nasze problemy, odłóżmy telefon, rozmowy służbowe i maile. Rozmawiajmy z dziećmi o sobie, opowiedzmy jak nam poszło w pracy. Wsłuchujmy się w potrzeby naszych dzieciaków, a po jakimś czasie one zaczną się nam zwierzać ze swoich rozterek. Dzieci realizują w internecie swoje potrzeby. Chcą być zauważone, docenione i akceptowane. Wrzucając od rana swoje zdjęcia na Instagram, przekazują światu wiadomość: zobaczcie, czym się zajmuję, jaka jestem wartościowa. Próbują pokazać swoją dobrą twarz i oczywiście domagają się pochwały w postaci lajków czy serduszek.
– A gdy tych jest za mało, popadają w depresję…
– Czasem jest to depresja, czasem załamanie albo zachowanie autodestrukcyjne. Dzieci w wieku nastoletnim reagują impulsywnie więc są narażone na poważne konsekwencje.
– Równie groźna jest zapewne fala hejtu ze strony rówieśników.
– To prawda. Ale zwróćmy uwagę na inną rzecz: ataki i niewybredne komentarze nie są w stanie sprawić, by dzieci wycofały się z aktywności w sieci. Brną w to dalej, bo potrzeba bycia zauważanym jest silniejsza od ryzyka znalezienia się w cieniu.
– Na pytanie kim chcesz zostać?, wielu nastolatków odpowiada: youtuberem. Bo ktoś taki cieszy się prestiżem i ma pieniądze.
– Nie demonizowałabym tego, ja w wieku 11 lat chciałam zostać siostrą zakonną (śmiech). Młodzi ludzie nagrywają filmiki, bo chcą być poważani i słuchani, pragną mówić rzeczy ważne, mieć na coś wpływ. To dobre strony zjawiska, o którym rozmawiamy, bo wiążą się z kreatywnością i przedsiębiorczością dziecka.
– Część specjalistów dostrzegło, iż pierwszy raz w dziejach pokolenie dzieci tak bardzo różni się od pokolenia rodziców. Wychowani na podwórkach nie do końca rozumiemy czym jest wirtualny świat naszych pociech.
– Dlatego nie krytykujmy wszystkiego, nie moralizujmy, lecz spróbujmy zrozumieć fenomen internetu. Wejdźmy w świat naszego dziecka, a zrozumiemy, jakie ma oczekiwania, czym się interesuje, bo bardzo często nie mamy o tym pojęcia. Upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu: zyskamy szacunek u dziecka i będziemy mieć większy nadzór nad treściami, jakie ogląda. A przecież o to nam chodzi.
– Kontrola by się przydała, ale jak się zachować, gdy dziecko trafi w sieci na obrazy przemocy albo pornografię?
– Przestrzegałabym przed reakcją lękową. Jeśli zaczniemy krzyczeć: “O matko Boska!”, zrobimy z tego tabu, możemy sprawić, że dziecko zacznie głębiej szperać. Będziemy mieć do czynienia z klasycznym syndromem zakazanego owocu. A przecież dziecko ma ograniczone doświadczenie życiowe i nie ma pojęcia, z czym się zetknęło. Zalecam więc otwartą rozmowę aniżeli udawanie, że tematu nie było. Choć rozumiem, że dla wielu rodziców może to być trudne. Różnie zostaliśmy wychowani, a kwestie obyczajowe w tym wypadku mają znaczenie.
– Mówiliśmy o różnicy pokoleń, ale co to będzie, gdy dzisiejsi licealiści zostaną rodzicami? Po ulicach będą chodzić zombie – nieprzytomni ze zmęczenia ludzie z nosami przyklejonymi do smartfonów albo smartwatchy?
– Nie podzielam tej apokaliptycznej wizji (śmiech). Wierzę w ludzi, zresztą coraz więcej rodziców przychodzi do mnie i pyta, w jaki sposób zmierzyć się z problemem, są coraz bardziej świadomi zagrożeń. Rodzice chcą mieć lepszy kontakt z dzieckiem, zaczynają dostrzegać, że nadmierne korzystanie z technologii przekłada się na emocje: lęki, depresje, wycofanie, izolację społeczną, trudności w koncentracji, zaburzenia uwagi. Może też doprowadzić do rozpadu więzi rodzinnych, co już jest prawdziwą katastrofą.
– Jechałem autobusem razem z grupką czterech gimnazjalistów. Wpatrzeni w ekran smartfona, przez 20 minut nie odezwali się słowem do siebie, czasem tylko coś sobie pokazywali w telefonie. Takie zachowania są dziś normą, czyżby oznaczały, że nastolatkowie nie potrafią ze sobą rozmawiać?
– Mają z tym kłopot. Internet spłycił ich język. Przekaz jest obrazkowy, szalenie enigmatyczny. Nastolatkowie nie potrafią mówić o swoich emocjach, nie umieją ich wyrażać. Jak więc z nimi rozmawiać? Własnym językiem. Opowiadać im o swoich odczuciach, przeżyciach i – tu ważna uwaga – nie czyniąc młodym zarzutu. Nie wpadajmy w szał, jeśli dziecko natychmiast nie odpowie na pytanie: co u ciebie słychać?
– Spróbujmy się doszukać pozytywów. Rozwój technologii sprawił, że dostęp do wiedzy jest dziś dużo łatwiejszy i praktycznie nieograniczony. Internet to jednak wielkie okno na świat.
– Mamy XXI wiek i rozmawiamy o zagrożeniach związanych z internetem. Dwadzieścia lat temu za monstrum, które odbiera nam wolność, uważany był telewizor. Choć z perspektywy czasu widać, że miał wiele zalet. Co niedzielę wszyscy pędzili do domu na 18 i zasiadali przed “Dynastią”. Potem z zapałem rozprawiali o serialu, tworzyła się wspólnota. Czasy się jednak zmieniły i powinniśmy się do nich dostosować, bo przed internetem nie ma ucieczki. Na nowo musimy się nauczyć rozmawiać z sobą i okazywać emocje. Weselmy się, smućmy, płaczmy. Bądźmy autentyczni, inaczej to wszystko nie ma sensu.
– W Finlandii, której system edukacji szkolnej uchodzi za najlepszy, już nie uczą alfabetu pisanego. Dzieci poznają małe i wielkie litery drukowane i piszą na klawiaturze. Dobrze to czy źle?
– Wygląda na to, że Finowie oswoili wroga. Ale tak serio, wolałabym naukę pisma niż klawiaturę. To jak z tą prostą, ludzką potrzebą bycia razem. Im większa ekspansja technologii, tym mocniejsza tęsknota, by zwykłe rzeczy cieszyły tak jak kiedyś.
Rozmawiał TOMASZ SZELIGA



2 Responses to "Jak wyciągnąć dzieci z sieci"