W telewizji sporo jest seriali w założeniu mających przybliżyć pracę lekarzy w szpitalach, na izbach przyjęć, blokach operacyjnych czy w karetkach pogotowia. Ludzie, na co dzień narzekający na służbę zdrowia, czekający po kilka lat w kolejkach do specjalisty, odsyłani od Annasza do Kajfasza widzą na ekranie idealną placówkę zdrowia i idealny personel. Miejsce gdzie na nic się nie czeka, nie ma kłopotów ze sprzętem. Lekarze, pielęgniarki, a nawet salowe, ciągle się uśmiechają, są empatyczni, troskliwi i z wielką radością spieszą chorym z pomocą, nawet wtedy kiedy są już po dyżurze i wychodzą do domu. Każdemu od razu przychodzi na myśl, że jeżeli do szpitala, to do tego w Leśnej Górze, a jeżeli karetka pogotowia to koniecznie z dr Górą lub Badachem.
Przed nami jednak inna odsłona medycyny. Jesienią na ekrany ma wejść film autentyk, gdzie szpital to nie fikcja z popularnych seriali czy folderów prywatnych sieci medycznych. To zakład pracy, gdzie codziennie wylewa się krew, pot i łzy. Zwiastuny filmu już teraz przerażają „Leczenie grozi śmiercią”, „Każdy lekarzyk ma swój cmentarzyk”, ”Prawdziwy chirurg sika do umywalki”, „W zeszłym roku w Polsce 17 proc. pacjentów nie przeżyło operacji”, „Zbędnym słowem ust nie kalam, biorę torbę i spier…am”. Podobno przy tworzeniu scen do filmu pracowało kilkudziesięciu lekarzy, którzy próbowali przenieść na ekran rzeczywiście zaistniałe sytuacje ze swojego szpitala. Tym, którzy obejrzą film, a nie będą chcieli uwierzyć w jego surowy a może nawet przerysowany realizm proponuję udanie się na pierwszy lepszy szpitalny oddział ratunkowy, oczywiście jako anonimowi Kowalscy. Tam zobaczą, że jeżeli nie ma się znajomego medyka w szpitalu albo chociaż pielęgniarki, a nie jest się posłem, radnym, „kimś”, to nie będzie się traktowanym, jak należy. I to jest największe zło polskiej służby zdrowia, bo okazuje się, że jeśli jest się zwykłym pacjentem, to jest się nikim. I nikt nie traktuje nas jak pacjenta z przypadłością: ciśnieniem rozsadzającym głowę, bólem zawałowym, złamanym nosem czy nogą, ale przypadkiem: „tą z wyrostkiem” czy „tym z zawałem”. I faktem jest, że wiele osób umiera i na SOR-ach i w szpitalach nie tylko dlatego, że mieli pecha i zachorowali, ale dlatego, że byli nie odpowiednio wcześnie zauważeni, zdiagnozowani, słowem byli nienależycie „zaopiekowani”, oczywiście trudno to udowodnić, bo na wszystko z reguły są papiery, procedury, dokumenty, etc.
Redaktor Anna Moraniec



14 Responses to "Szpital z telewizji to fikcja, nie życie"