
Kiedyś prowadził hulaszczy tryb życia rockandrollowca. Śmiał się z babć odmawiających różaniec. Dziś lider zespołu T.Love (53 l.) sam się na nim modli. Nie wstydzi się swojej wiary i przekonań. Choć, jak twierdzi, nie jest ideałem i nierzadko upada, zawsze wraca do Boga.
W ramach Diecezjalnych Dni Młodych w Rzeszowie Muniek dał koncert w Parku Papieskim, a dzień później, 19 sierpnia, spotkał się z młodzieżą w katedrze, by opowiedzieć o swoim nawróceniu w Medjugorie i drodze do Boga.
– Nie boisz się, że przylgnie do ciebie łatka nawiedzonego katolika?
– Już przylgnęła (śmiech). W niektórych środowiskach tak jestem postrzegany, ale to mi nie przeszkadza. Ja robię różne rzeczy. T.Love nie jest zespołem, który gra rock chrześcijański. Mamy w swoich piosenkach rzeczy, które są ważne. Jak ktoś uważnie nas słucha i obserwuje, no to oceni to sprawiedliwie, a jeśli ktoś patrzy stereotypowo, to po prostu zawsze będzie miał jakąś agresję. Szczególnie agresywni bywają ludzie, kiedy nie pasuje im coś do układanki. Bo rockandrollowy człowiek nie może wierzyć w Boga. To jest kompletna bzdura! Tyle Boga jest w piosenkach Boba Dylana, Bruse’a Springsteena, Nicka Caev’a, Leonarda Cohena. Inna sprawa to chodzenie na mszę, praktykowanie, no ale w ogóle obecność Boga, to jest to, co znajdujemy w najważniejszych utworach ważnych artystów w historii rocka, więc nic dziwnego, że i w T.Love takie teksty są. A jeżeli mnie ktoś zaprasza na spotkanie z ludźmi, to nie odmawiam. Ja nie jestem neofitą. Nie nawracam. Nie mówię: macie wierzyć. Pyta mnie ktoś: jesteś wierzący? To mam powiedzieć, że nie? Mam kłamać? Czy to znaczy, że jestem nawiedzony? Uważam, że jest bardzo dużo złego w tym takim stereotypie. Z drugiej strony dużo złego jest też w wąskim pojmowaniu katolicyzmu w sposób skrajny np. w pomysłach, żeby Chrystus był królem Polski. Ja już mam za sobą większe wypowiedzi o wierze i wiadomo, że było dużo hejtu. Przecież to jest bardzo dobry powód, żeby kogoś zjechać, skrytykować, śmiać się z tego. Ja patrzę na to po prostu z dystansem.
– Bóg jest twoim kumplem?
– Nie wiem. Nasz umysł nie jest w stanie objąć Boga… Ja nie jestem ideałem, często odpływam. Mam bardzo dużo momentów niewiary, kryzysów, jak każdy człowiek. Nie odpłynąłem nigdy tak na stałe. Wydaje mi się, że na pewno Bóg każdego z nas kocha.
– W 2012 r. wydaliście płytę „Old is Gold” z bardzo mocnymi tekstami, szczególnie w „Lucy Phere” i „Modlitwie”. To opowieść o twoim życiu? A może wołanie o pomoc?
– Ten album na pewno był pisany w trudnym momencie. Przeszedłem wtedy bardzo ciężki czas. Teraz depresja to modny temat, ale to zły czas. Miałem stany depresyjne, nawet myśli samobójcze. Na pewno ta strona duchowa bardzo mi pomogła i „Old is Gold” jest rozmową z samym sobą w tamtym czasie. Z pewnością miało to oczyszczające walory, coś w rodzaju takiego własnego katharsis. Nikt z dziennikarzy nigdy mi nie zadał takiego pytania. Może masz rację, i to było wołanie o pomoc? Z pewnością pisząc te teksty, wypruwałem wtedy trzewia.

– Czego ci brakowało? Miałeś przecież wszystko: pieniądze, fanów, byłeś królem życia.
– Jak się patrzy na biografie naprawdę dużych zawodników, chociażby Curta Cobaina, Elvisa Presleya, można zauważyć to samo. Ja siebie do nich nie porównuję, bo jednak Polska to jest mały rynek, ale na pewno dużo osiągnęliśmy. Byłem i jestem traktowany jak gwiazda. Nie lubię tego, ale to już jest fakt. Widać jednak czegoś mi brakowało. Miałem napady smutku, jakiegoś takiego egzystencjalnego bólu, samooskarżania siebie, ale też braku takiej zdrowej miłości wobec siebie…
– Samotność?
– Taka ogólna, ludzka – na pewno, choć była ze mną moja żona, moje dzieci. Wydaje mi się, że to był to moment dosyć ważny w odkryciu czy pogłębieniu tej drogi, na której jestem od lat. Oczywiście z moimi błędami wpisanymi w drogę chrześcijanina. To był moment poznania prawdy o sobie. Od tego czasu zaczęło się pewnego rodzaju porządkowanie życia, które cały czas jeszcze trwa.
– Na ostatniej płycie opisujecie obecną rzeczywistość. Teksty „Bum Kassandra” czy „Marsz” nie są optymistyczne. Czy uważasz, że Polska jest aż tak podzielona?
– Niestety, jest. Może za dużo oglądałem wiadomości, w momencie kiedy pisałem teksty do tych piosenek. Chcieliśmy napisać album inny niż poprzedni. „Old is Gold” był albumem duchowym, w sensie pytania o rzeczy istotne w sferze ducha, a tutaj chodziło o coś innego.
T.Love zawsze był zespołem publicystycznie czy społecznie nastawionym na to, co tu i teraz.
Ja jestem takim barometrem nastroju, jak rozmawiam z ludźmi. Bardzo dużo gadam z przyjaciółmi, kolegami na próbie. Kiedy jestem w knajpie, czy pubie, zawsze coś słyszę. Dużo niepokoju jest w społeczeństwie. Taki ogólny, no bo wiadomo, non stop coś wybucha, Europa jest tak niebezpieczna, jak nigdy nie była, w Polsce są duże podziały poprzez politykę.
Może te teksty są przesadzone, ale lepiej przesadzić, bo to jest takie wołanie o pojednanie, a nie wsadzanie kija w mrowisko.
– Z jednej strony mamy ostatni album, a z drugiej stare kawałki: „Jest super” czy „To wychowanie”, które spokojnie możemy odnieść do obecnej sytuacji w Polsce. Nie martwi cię to?
– Martwi i to bardzo…
– W tym roku zespół T.Love obchodzi 35-lecie istnienia. Ty niedługo (5 listopada) będziesz miał urodziny. Czego ci życzyć?
– Zdrowia, żebym miał też pomysły na jakieś fajne rzeczy… i spokoju (śmiech). Bo zawieszamy się od stycznia. Nie mówię, że kończymy działalność. Zawieszamy się, więc to jest rzecz otwarta. Podjąłem tę decyzję, żeby zdystansować się do wszystkiego, do 35 lat bycia w biegu.
Rozmawiała Wioletta Kruk



5 Responses to "Muniek Staszczyk o wierze i depresji"