
SuperWywiad z Leszkiem Kuchniakiem, rzeźbiarzem i malarzem.
Leszek Kuchniak urodził się w 1951 r. w Żarach koło Żagania, ale od wielu lat mieszka w Rzeszowie i uważa się za rzeszowianina przez zasiedzenie. Jest absolwentem Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu, potem ukończył studia na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni profesora Jerzego Badury, dodatkowo skończył jeszcze Studium Scenografii w tej samej uczelni. Od 1977 r. jest nauczycielem w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. Uprawia rzeźbę, malarstwo i rysunek. Wziął udział w ponad 120 wystawach zbiorowych i ponad 100 indywidualnych. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień. Jego prace znajdują się w licznych kolekcjach i galeriach w kraju i za granicą. W czwartek, 7 września, w Biurze Wystaw Artystycznych w Rzeszowie odbędzie się wernisaż jubileuszowej wystawy, zorganizowane z okazji 40 lat pracy twórczej tego artysty.
– Po co człowiekowi sztuka?
– Sztuka wiąże się z początkami ludzkości, przepiękne jej przejawy zostawili już nasi przodkowie z czasów kamienia łupanego w Grocie Lascaux. Być może właśnie dlatego jesteśmy ludźmi, że od początków naszego istnienia jako gatunku uprawialiśmy sztukę. Jej późniejszy rozwój, szczególnie od okresu renesansu stworzył podwaliny współczesnej cywilizacji przekazując wartości ponadczasowe. Sztuka jest bardzo potrzebna do życia, bo bez niej ludzie są ubodzy duchowo i intelektualnie. Jest to doskonalenie się w byciu człowiekiem, chlebem dla duszy. Za sztukę nie uważam tylko twórczość plastyczną, lecz też teatr, film, literaturę, poezję czy muzykę. Uważam, że historia sztuki powinna być w każdej szkole średniej, by młody człowiek miał możliwość nauczyć się ją rozumieć.
– A czym jest sztuka dla Pana?
– Dla mnie sztuka to jest moje życie, mój azyl. Gdy coś tworzę, to zamykam się w swojej pracowni i zapominam o świecie zewnętrznym, jest ucieczką, ale też formą wyzwolenia się z tego, co mnie otacza, którą świadomie pragnę podzielić się z odbiorcą. Kierując się realizmem magicznym opartym na oddziaływującą na mnie poezję i literaturę staram się być ilustratorem przeżyć.
– Od 40 lat uczy Pan przedmiotów artystycznych. To duże wyzwanie?
– Praca z uczniem jest ciężka, lecz może dawać dużo satysfakcji, szczególnie gdy widzę, jak utalentowany młody człowiek zaczyna odnosić sukcesy.
W naszym kraju licea plastyczne pełnią raczej rolę wychowania poprzez sztukę. Nie robią z uczniów artystów, a raczej świadomych odbiorców. Dostają oni podstawy i idąc dalej w życie są przekaźnikami wiedzy o sztuce. Mówią o niej innym i zarażają miłością do niej. Absolwent takiej szkoły może też stać się artystą, jednak nie tak po prostu. Musi mieć talent, co daje mu 50 procent szans. Pozostałe 50 procent to późniejsza ciężka praca. Jako nauczyciel staram się wyławiać taki talent i uświadomić mu, że to jeszcze nie wszystko, że jeszcze czeka go sporo wyrzeczeń.
Spotkanie z młodym, wrażliwym człowiekiem jest też dla mnie sporym doświadczeniem i przeżyciem. Czasem to od nich czerpię inspirację i przetwarzając ich pomysły wykorzystuję je w swojej twórczości. Mój profesor z akademii, Jerzy Bandura, mówił, że w sztuce wszystko już było, teraz jest to kwestia interpretacji, przeżycia, przetworzenia, dodania świadomego efektu.
– Jakie zagrożenia czyhają na młodego twórcę?
– Zaczynałem od uczenia liternictwa, potem grafiki i poprzez malarstwo doszedłem do rzeźby. Mam duże doświadczenie w pracy z młodym człowiekiem, wiem czego od niego wymagać i przed czym przestrzegać. Przede wszystkim przed szeroko rozumianą drogą na skróty. Dziś po szkole młody malarz szybko chce zaistnieć i maluje abstrakcje – a sztuka wymaga konsekwencji i ciągłego doskonalenia się. Kiedyś wielcy mistrzowie dochodzili do abstrakcji w sposób świadomy po wielu latach pracy. Poza tym postawa buntu w sztuce… Buntownik też jest potrzebny, ale trzeba wiedzieć, przeciwko czemu się buntować, robić to w sposób świadomy i samemu coś umieć, a nie być dyletantem. Rysowanie, szkicowanie jest podstawową formą kontaktową miedzy wszystkimi dziedzinami plastyki i uczeń musi umieć rysować to, co myśli. W ostatnich latach weszły też do szkół plastycznych komputery. Uważam, że jest to zabijanie twórczej osobowości. Ich programy dają gotowce, schematy, kalki kompozycyjne. W wielu krajach, np. w Japonii już się z tego wycofano, wracając do tradycyjnej ręcznej roboty. U nas, niestety, fascynacja komputerem jeszcze trwa.
– A jakie były początki Pana twórczości?
– Mój ojciec jako wojskowy mieszkał z mamą tam, gdzie go przydzielono. Ja natomiast mając pół roku wylądowałem w podrzeszowskiej Lubeni, gdzie byłem wychowywany przez dziadków ze strony mamy. Zetknąłem się wtedy z kulturą i sztuką ludową, i zamiłowanie do niej zostało mi już na zawsze. Gdy chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 10 w Rzeszowie, prof. Kulpiński zainteresował mnie plastyką i namówił, bym poszedł do szkoły plastycznej. Znalazłem taką najlepszą wtedy placówkę w regionie w Jarosławiu, gdzie pod kierunkiem uczących tam artystów, m.in. prof. Śliwińskiego i Tobiasza kontynuowałem naukę. Co prawda radzili mi oni: „nie idź na akademię, bo cię tam zepsują”, ale uważałem, że nie mają racji, bo wyższa uczelnia pomaga się przebić. I na studia wybrałem krakowską Akademię Sztuk Pięknych, która w latach 70. miała wielką autonomię i jak na czasy PRL dużo się w niej działo. Nie wchodziłem wtedy w politykę, tylko żyłem sztuką, szczególnie w pracowni prof. Jerzego Bandury. Był to wybitny rzeźbiarz, twórca m.in. Pomnika Grunwaldzkiego, który również był świetnym pedagogiem i dawał mi możliwość robienia własnych rzeźb poza programem uczelni.
– Czy poza prof. Badurą miał Pan jeszcze swoich mistrzów?
– Zaraz po ukończeniu uczelni znany rzeźbiarz Marian Kruczek powiedział mi, że jeśli chcę być twórcą, powinienem zapomnieć, że byłem na akademii. I starałem się to zrobić, wiele rysowałem, najczęściej pracochłonne duże formaty. Potem, gdzieś pod koniec lat 70. zafascynowałem się Zdzisławem Beksińskim, jeździłem do niego do Sanoka, odwiedzałem go w domu i długo rozmawialiśmy. Nie oglądał moich prac, zresztą sobie tego nie życzył, sam nie chodził na żadne wystawy i nie interesował się, kto co robił. Był hermetycznie zamknięty w swoim świecie, który rozwijał i prezentował tylko siebie. Już wkrótce wiedziałem, że dla mnie to zła droga, że jak będę pod jego wpływem, to zostanę tylko epigonem, podróbką. Uznałem, że trzeba stwarzać samego siebie, a nie być zapatrzonym w mistrza. A poza tym ten mroczny, fantastyczny świat Beksińskiego nie był moim światem. Dużo bliższy był mi, odwołujący się do kultury ludowej, Franciszek Frączek „Słońcesław z Żołyni”, bardzo ciepły i dobry człowiek, z którym kontakty wspominam bardzo miło. Przez 8 lat należałem do stworzonej przez niego grupy „Ziemia”.
– Tworzył Pan też scenografię do sztuk teatralnych. Jak Pan to wspomina?
– Najbardziej podobała mi się moja scenografia do sztuki „Kolędziołki” wg Tytusa Czyżewskiego reżyserowana przez Henryka Rozena w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie za czasów dyrektora Zbigniewa Rybki. Była bardzo plastyczna z latającymi i poruszającymi się elementami. Niestety, teraz już nie robi się takich bogatych scenografii, wszystko zubożało.
– Co zobaczymy na Pana wystawie jubileuszowej, która zostanie otwarta 7 września?
– Będzie prezentowana w dwóch salach BWA. W dolnej będą wcześniejsze prace, z czasów Solidarności, stanu wojennego i lat 80. W tamtym czasie robiłem dużo prac do szuflady z uwagi na cenzurę polityczną. Za oknem panowała szara rzeczywistość, dlatego i moje prace były szare, pełne agresji, ocierały się o politykę, lecz, o dziwo, są one dalej aktualne. Widocznie świat nie zmienia się tak bardzo, a niektóre cechy mentalności ludzi są stałe. W społeczeństwie zawsze istniały podziały, tylko ich granice się zmieniały. Nieustające jest zagrożenie totalitaryzmem. W górnej sali będą późniejsze prace. Po transformacji ustrojowej Polska się jednak trochę zmieniła i ja też się zmieniłem. Mogłem wyjeżdżać za granicę, zobaczyłem inny, kolorowy, wspaniały świat. Moje prace nabrały też koloru, a sama praca zmieniła się w cudowną zabawę w sztukę. W latach 90. zacząłem też być rozpoznawalny i mieć własny styl.
– Kiedy odkrył Pan możliwość łączenia rzeźby z obrazem?
– Właściwie nic nowego nie odkrywam, bo robiono to już w okresie baroku. W moim przypadku można powiedzieć, że rzeźba weszła mi w obraz. Najpierw tylko rzeźbiłem, potem, a zaczęło się to na plenerze w Hajnówce, zrobiłem rzeźby w drewnie, ale czegoś mi w nich brakowało. Wziąłem akryle, pomalowałem i dostałem za nie pierwszą nagrodę na Salonie Zimowym w Warszawie w 1988 r. Te rzeźby tak się spodobały, że nagrodzono je także w Krakowie w konkursie na Rzeźbę Roku. Zacząłem być rozpoznawalny, bo nikt w ten sposób u nas nie malował rzeźb. Moje prace były wtedy bardzo dzikie, odważne i ekspresyjnie, nawiązywały do afrykańskiej rzeźby archaicznej. Potem zacząłem to wyciszać, szukać koloru, dopracowywać. A potem pomyślałem, że skoro maluję rzeźby, to mogę też malować obrazy i doszedłem do malarstwa.
– Co najbardziej lubi Pan malować lub rzeźbić?
– Nie rozgraniczam tego. Po prostu, gdy zmęczy mnie rzeźbienie, to biorę się na malowanie i na odwrót. A jeśli chodzi o tematy to miewam wiele inspiracji. W dzieciństwie uwielbiałem cyrk, jego kolory, postacie, muzykę i do dziś wracam do niego. Opowiadaniom moich dziadków zawdzięczam fascynację Galicją i jej zaczarowanymi miasteczkami. Tematyka żydowska interesuje mnie jako kultura, która była na naszych terenach, ale odeszła, a jej przedstawiciele zostali wymordowani, jak rodzina Fisielów z Lubeni. I maluję judaistyczne tematy, by nie zapomnieć tego świata, bo Żydzi nie mogą tego zrobić sami, bo zabrania im religia. Trochę w tym też mojej fascynacji malarstwem Chagalla oraz literaturą Bruno Schulza i Singera. Z zagranicznych podróży, szczególnie do Włoch i Hiszpanii, przywożę prace przedstawiające tamtejsze kolorowe miasteczka i ciepłe pejzaże.
Jako źródło inspiracji służy mi też poezja Nowaka, Tuwima, Peipera czy Szymborskiej. Staram się również przedstawić świat człowieka ubogiego. W mojej rzeźbie jednak dominują tematy sakralne, odwołuję się w niej do religijnej sztuki ludowej Podkarpacia i przetwarzam ją w kapliczki domowe, świątków i polne anioły.
– A co się marzy Leszkowi Kuchniakowi?
– Mamy piękne środowisko plastyczne na Podkarpaciu, dużo ludzi zdolnych, znakomitych indywidualności nie mających zaściankowych kompleksów, tylko nie mamy odpowiedniej siły przebicia, trudno nam zaistnieć gdzieś szerzej na świecie. Bardzo pragnąłbym, by zamiast ogólnokrajowego molocha zaistniał Regionalny Związek Artystów Podkarpacia promujący naszą lokalną twórczość.
Rozmawiał WIT HADŁO




