Cudem przeżył, a potem sięgnął gwiazd

Mirosław Hermaszewski gościł w Rzeszowie z wykładem, który zaprezentował podczas Festiwalu Nauki. Imprezę w CWK Jasionka zorganizowała Fundacja Wspierania Edukacji przy Stowarzyszeniu Dolina Lotnicza. Swoją obecność mocno zaznaczyła również Polska Agencja Kosmiczna, która ma swój oddział w stolicy Podkarpacia. Fot. Paweł Dubiel
Mirosław Hermaszewski gościł w Rzeszowie z wykładem, który zaprezentował podczas Festiwalu Nauki. Imprezę w CWK Jasionka zorganizowała Fundacja Wspierania Edukacji przy Stowarzyszeniu Dolina Lotnicza. Swoją obecność mocno zaznaczyła również Polska Agencja Kosmiczna, która ma swój oddział w stolicy Podkarpacia. Fot. Paweł Dubiel

SuperWywiad z generałem Mirosławem Hermaszewskim, pierwszym i jedynym Polakiem, który odbył lot w kosmos.

– Jesteśmy sami w kosmosie?
– Nie wykluczam, że istnieje życie pozaziemskie. I nie muszą to być istoty podobne do człowieka. Chciałbym dożyć chwili, gdy poznamy odpowiedź na to pytanie. Mamy dziś ogromne możliwości i myślę, że jesteśmy blisko odkrycia tej tajemnicy.

– Opowiadał pan kiedyś, że podczas wyprawy kosmicznej czuł obecność kogoś lub czegoś.
– Wiele osób uważa, że Obcy istnieją. Ja wiem, jak ogromnym, niepoliczalnym bytem jest galaktyka. Można przypuszczać, że gdzieś tam we Wszechświecie istnieje inne życie. Ciężko uwierzyć, iż Bóg, mając nieograniczone możliwości, stworzył warunki do rozwoju jedynie na Ziemi, tym bardziej że nieustannie się tutaj mordujemy…

– Co pan czuł, wsiadając do statku Sojuz-30?
– Chciałem tam wejść, żeby półtoraroczne przygotowania nie poszły na marne. To była ciężka praca i rywalizacja. Przypomnę, iż w programie Interkosmos udział brali, oprócz Rosjan, Polacy, Czechosłowacy i Niemcy z NRD. Czuło się oddech dublerów na plecach. Ale gdy zrobiłem pierwszy krok, poczułem się przez moment niepewnie. Kurczę, zaraz polecę w kosmos, ale czy mam prawo ryzykować? – przeszło mi przez myśl. – Zostawić żonę, dzieci, mamę.

– Bał się pan?
– Cóż, niejedno już widziałem, z niejednej sytuacji wyszedłem obronną ręką. Pomyślałem, że jeśli los aż tyle mi darował, to niemożliwe, by właśnie teraz, gdy spełniają się moje marzenia, coś złego mi się przytrafiło.

herm

– Jak pana żona znosiła to całe zamieszanie?
– Zawsze mnie wspierała, ale nie ma nic za darmo. W Gwiezdnym Miasteczku (ośrodek pod Moskwą gdzie przygotowywano kosmonautów – red.) nagle zaczęła się uskarżać na ból w klatce piersiowej. A to bolało serce, a to coś innego. Wystraszyliśmy się, u młodej kobiety takie objawy nie były normalne. Jeździliśmy więc po lekarzach, cuda nie widy, mówię panu. Lecz jak wróciłem na Ziemię, ustąpiło, jak ręką odjął. To wszystko było na podłożu nerwowym, tak organizm żony reagował na stres.

– Zachowała jednak poczucie humoru. Otrzymał pan od żony oryginalną dedykację.
– Napisała: „Życzę Ci, żebyś dotarł w kosmos, ale nie tak jak Pan Twardowski co uciekł od żony na księżyc. Wracaj szczęśliwie”. To było zabawne i wzruszające.

– Zabrał pan z sobą pierwsze strony ważnych dzieł polskich klasyków oraz wyjątkowe wydanie „Pana Tadeusza”.
– To było wydanie oprawione w skórę, wielkości pudełka od zapałek. Limitowana edycja. Gdy zbliżała się audiencja u Jana Pawła II, zastanawialiśmy się z żoną, jaki prezent mu ofiarować. Padło na tegoż właśnie „Pana Tadeusza”. Gdy papież dowiedział się, iż książka była ze mną w kosmosie, obiecał, że nigdy nie odda jej do watykańskiej biblioteki. Słowa dotrzymał. Niedawno dostałem telefon od zakonnic, które znalazły w rzeczach Jana Pawła II miniaturowego „Pana Tadeusza”.

– Zostały panu jakieś pamiątki po locie w kosmos?
– Trochę tego mam; kamera filmowa, aparat fotograficzny, niektóre elementy wyposażenia statku, zdjęcia dzieciaków. Na palcu miałem tę oto złotą obrączkę (Hermaszewski ściąga obrączkę, na spodzie której wygrawerowano m.in. napis „kosmos” – red.).

– Zegarka Unitra Warel pan nie zatrzymał? Kolekcjonerzy się o niego dziś zabijają, bo to jeden z nielicznych polskich produktów obecnych w kosmosie. Być może jedyny.
– Oddałem go producentowi. Pamiętam, że ten zegarek z wyświetlaczem to był ówczesny szczyt techniki.

– Astronauci wciąż słuchają Anny German?
– Oczywiście! Jej piękny utwór „Nadzieja” wpływał kojąco na lecących w kosmos 40 lat temu i dziś też uspokaja. Przypomnę, że Anna nagrała na moją cześć utwór „W wielkiej kosmicznej rodzinie”.

– 70 procent astronautów ma mdłości, połowa wymiotuje, trwa to około 3 dni. Pan też to przechodził?
– Zderzenie z nieważkością jest brutalne. Nie pomoże najlepsze przygotowanie. Rosjanie stawiali na wyczerpujące treningi, Amerykanie na farmakologię, ale i tak pierwsze kilka dni adaptacji do nowych warunków to droga przez mękę. Łeb trzeszczy, krew pulsuje, głowa wydaje się wielka, a twarz się wygładza. Kosmos jest dobry dla kobiet, bo znikają zmarszczki (śmiech). W tym okresie wskazane jest, by wykonywać bardzo powolne ruchy, posilać się małymi kęsami. Ja na drugi dzień poczułem się nieźle i przeszarżowałem. Oj, żałowałem tego… Adaptacja do kosmicznych warunków jest trudna, lecz readaptacja chyba trudniejsza. Wracamy na Ziemię, a Ziemia nas nie chce.

Pamiętam pyszny domowy obiad z moim ulubionym rosołem z kury i pietruszką. Najpierw schowałem pod obrus łyżkę, potem nóż i widelec. Żona patrzy na mnie zdziwiona. – Co robisz? – pyta, a ja na to. – No przecież sztućce zaraz się uniosą!

– Legendarny Story Musgrave przekonał swoich kolegów po fachu do koktajlu z krewetek, niedawno na międzynarodową stację kosmiczną poleciały lody. A pan miał jakiś przysmak?
– W kosmosie najchętniej zjadłoby się coś ostrego. Albo ogórka, jabłko. Koledzy Rosjanie zrobili mi raz niespodziankę i zaserwowali polski bigos. Mieliśmy doskonałe zupy, twarogi z owocami w tubach też były bardzo smaczne. Oczywiście produkty były liofilizowane, a wodę odzyskiwaliśmy z własnego potu. Gorącą używaliśmy do przygotowywania obiadu, herbaty i kawy. Co do lodów, proszę nie zapominać, że byłem w kosmosie w okresie pionierskim. Dziś ze wszystkim jest dużo łatwiej. Już nie wspomnę, iż za 20 milionów dolarów poleci pan z wycieczką na Księżyc, lecz astronauta może nosić okulary, a nawet brać leki na lekką arytmię serca. Ja i moi koledzy musieliśmy się odznaczać końskim zdrowiem. Ba, jeśli był pan mańkutem, mógł pan zapomnieć o wyprawie!

– Widziałem pana zapiski. Zwyczajny śmiertelnik nie jest w stanie pojąć tych wzorów.
– Nie było komputerów, a ja piastowałem funkcję inżyniera pokładowego, więc musiałem się opierać na swoich wykresach i wyliczeniach. Przyznaję, to było dość skomplikowane. Teraz chłopaki w kosmosie mają więcej czasu na eksperymenty i dla siebie. Jak trzeba wprowadzić korektę, to robią to za nich ludzie na Ziemi. Wszystko jest prostsze.

– Jest pan pierwszym, a być może zostanie jedynym Polakiem, który poleciał w kosmos. Przeszedł pan do historii, a przecież będąc 1,5-rocznym brzdącem cudem przeżył pan rzeź na Wołyniu. Zastanawia się pan czasem, jak bardzo los bywa przewrotny?
– Niezwykłe, że w ogóle jestem. Banderowcy strzelili do mojej mamy z bliska, w głowę. Na szczęście kula tylko ją drasnęła. Upadła w śnieg, a jak odzyskała przytomność, uciekła do sąsiedniej wioski. Tam zorientowała się, że zostawiła zawiniątko z dzieckiem. Znalazł mnie ojciec, kilka godzin później. Leżałem w rowie. Był przekonany, iż zamarzłem, jednak nie dość, że przetrwałem, to jeszcze mówiłem „si” i „bu”, opisując grozę, której doświadczyłem. Tata pojmał krowę, udoił, wykąpał mnie w mleku, natarł szmatami. Od tamtego czasu nie miałem kataru. Krótko potem Ukraińcy zastrzelili ojca. Wymordowali 182 mieszkańców mojej wioski Lipniki i 18 członków mojej rodziny. Mam wielu kolegów Ukraińców, lubimy się, ale nie mogę pojąć, dlaczego nie chcą się przyznać do tamtej zbrodni? Nie godzę się, gdy z UPA robi się bohaterów narodowych!

Czasem myślę, że to co osiągnąłem jest jakąś formą rekompensaty. Tam na Kresach nie mieliśmy elektryczności. Gdy mój dziadek Sylwester przywiózł radio kryształkowe i słuchaliśmy wiadomości ze świata, jego żona biegła po wodę święconą. – To gada diabeł! – krzyczała. Przez telefon rozmawiałem pierwszy raz mając 14 lat. Po wojnie zamieszkaliśmy na prowincji pod Wrocławiem. I ja się z tej prowincji wyrwałem. Chciałem poznawać świat, zgłębiać jego tajemnice. To było moje marzenie, do którego usilnie dążyłem.

– Pańska mama uciekła z piekła na ziemi, nie mając nic. A mimo tego wychowała siódemkę dzieci i dożyła sędziwego wieku. To chyba był wyczyn nie mniejszy niż pana podróż w kosmos?
– Obrączkę oddała za dwa bochenki chleba, takie to były czasy… Dziennikarze dopytywali, co było dla mnie najważniejsze po powrocie z kosmosu. – To, że mamę spotkałem – odpowiadałem. Tam na lotnisku płakała, ale to były łzy szczęścia. Żyła 92 lata, zmarła praktycznie na moich rękach.

***
Urodzony w 1941 roku w Lipnikach na Wołyniu Mirosław Hermaszewski miał 37 lat, gdy – jako pierwszy Polak – wyleciał w kosmos. 27 czerwca 1978 roku o godzinie 17.27 radziecki statek Sojuz-30 wystartował z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Dowódcą był Białorusin Piotr Klimuk, dla którego był to trzeci lot w kosmos. Hermaszewski zaczynał od szybowców, ale dość szybko został cenionym pilotem samolotów myśliwskich Mig z napędem odrzutowym w słynnej Szkole Orląt w Dęblinie. Później był dowódcą i szkolił nowo przybyłych.

Rozmawiał TOMASZ SZELIGA

Leave a Reply

Your email address will not be published.