
– We wtorek mieliśmy Światowy Dzień Walki z Otyłością, więc warto przypomnieć, że od Polaków w Europie grubsi są tylko Brytyjczycy, Węgrzy, Niemcy i Grecy. Dlaczego o siebie nie dbamy?
– Otyłość to problem globalny, nasz kraj nie jest tu wyjątkiem. Od roku 2000 odsetek polskich mężczyzn z nadwagą i otyłością wzrósł do ponad 60 procent, u kobiet zmalał do 45 procent. Dowodzi to, że panie istotnie przykładają większą wagę do utrzymania prawidłowej masy ciała i swojego wyglądu, ale i tak dane są zatrważające. Często słyszę, że otyłość to kwestia genów, lecz to nie stanowi całej prawdy. Problem zaczyna się bowiem wtedy, gdy znajdziemy się w środowisku, które sprzyja otyłości.
– Co to za środowisko?
– Takie, które – niestety – sami wykreowaliśmy. Kluczowe są czynniki związane z naszym stylem życia. Nadmierne nagromadzenie tkanki tłuszczowej to jest dysproporcja pomiędzy ilością kalorii, którą spożywamy, a ilością kalorii, którą wydatkujemy. A że dziś prowadzimy głównie siedzący tryb życia, sami prosimy się o kłopoty. Konieczny jest wysiłek fizyczny i to o wysokiej intensywności. Zwłaszcza dzieciom, które spędzają całe dnie przed komputerem albo wpatrując się w ekran telefonu.
– Zostańmy jeszcze przez chwilę przy dorosłych, bo dostrzegam tu jakąś niebywałą sprzeczność. Na plaży trudno spotkać człowieka bez otłuszczonego brzucha, tymczasem na każdym osiedlu znajdują się siłownie na świeżym powietrzu, ludzie masowo biegają, tysiące Polek ćwiczą z Ewą Chodakowską. Słowem: bycie fit jest w modzie.
– Chce pan powiedzieć, że najpierw sobie folgujemy, a potem, gdy zapala się czerwona lampka, szukamy ratunku w cudownych dietach? Trzeba pamiętać, że w starszym wieku ciężko zmienić nie tylko swoje przyzwyczajenia, ale i ciało. Jeżeli jesteśmy otyli w wieku dziecięcym, to jest wielce prawdopodobne, iż tacy też pozostaniemy. Co do diet – należy postępować rozważnie. Co z tego, że spożywamy pięć posiłków dziennie, nie nakładając wiele na talerz, skoro wybieramy złe produkty i zapominamy o aktywności fizycznej?
– Oglądałem ostatnio zdjęcia z dzieciństwa, z lat 80. Wszyscy byliśmy chudzi jak patyki i nieustannie w ruchu: piłka, trzepak, guma, klasy, skakanka, hula-hop. Chrupaliśmy jabłka, marchewkę i kalarepę, nie znaliśmy nudy ani śmieciowego jedzenia. I chyba tu jest pies pogrzebany?
– Chyba tutaj, bo przecież pan ma zdjęcia z placu zabaw, a nie z telefonem komórkowym w ręku, wśród innych kolegów przesiadujących na ławce albo na schodach pod szkołą. Zmienił się diametralnie styl życia, a jednocześnie zalały nas produkty, które nie wnoszą do naszego organizmu niczego pozytywnego. Jesteśmy tym, czym jemy, a skoro są to w przeważającej mierze tzw. puste kalorie…
– Zwykły pomidor sprzed 30 lat, dziś uchodziłby za produkt ekologiczny.
– I musiałby pan za niego słono zapłacić. Dobre było też to, że jedliśmy obiady w domach, przygotowane przez mamy i babcie. Wiedzieliśmy po prostu, co jemy. Do szkoły nosiliśmy kanapki, owoce i warzywa, bo nie było sklepików z przetworzoną żywnością.
– Teraz jest McDonalds, a tam, świątek piątek, tłumy rodziców z dziećmi.
– Żeby skutecznie zapobiec pandemii otyłości, musimy zwrócić uwagę na edukację i profilaktykę. Edukacja zaczyna się w domu. Ważne są pierwsze lata, bo taki licealista już nie posłucha rodziców, on sam decyduje, co zjada i w jakich ilościach. Jeśli maluch widzi, że rodzice żywią się fast foodami, to niby jak ma sięgnąć po zdrowe produkty?
– A polska szkoła? Mam wrażenie, że nie edukuje w sposób wystarczający.
– Bardzo wielu nauczycieli zachęca uczniów, by ci prowadzili aktywny tryb życia, by zdrowo się odżywiali. Lecz nie oszukujmy się – akcji informacyjnych wciąż jest za mało.
– Skoro leczenie otyłości już teraz pochłania w Polsce jedną piątą budżetu ochrony zdrowia, to trzeba bić na alarm. Nie przypominam sobie jednak żadnej ogólnopolskiej kampanii.
– Po rozprawieniu się ze szkolnymi sklepikami, sprawa ucichła, a rozgłos faktycznie by się przydał. Życzyłabym sobie kampanii skierowanej do rodziców i opiekunów, bo to oni decydują, co dziecko je, ile się rusza i w jaki sposób spędza wolny czas.
– Wyrugowaliśmy ze szkół poczciwą drożdżówkę, ale problem pozostał, bo rodzice pakują dzieciom na drugie śniadanie rogaliki z kremem czekoladowym. Są pięknie opakowane i ochoczo reklamowane w telewizji, więc wydaje się nam, że zdrowsze.
– Przez lata wbijano nam do głów, że cukier krzepi. Potem się okazało, że to największy wróg, ale stare nawyki ciężko wykorzenić. Musimy jednak próbować, bo sytuacja jest podbramkowa. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie, w przedziale 7-18 lat aż 20 procent z nich cechuje nadmierna masa ciała.
– Świetnie znany na Podkarpaciu siatkarz Krzysztof Ignaczak został jednym z ambasadorów Drużyny Energii i stara się przyciągnąć młodych ludzi do sportu. Myślę też, że trafił w sedno mówiąc, iż “dziś dzieci za łatwo się poddają”.
– Jako terapeutka doskonale wiem, że wszelka aktywność fizyczna stanowi niewielką konkurencję dla gier komputerowych i tego rodzaju rozrywek. Trzeba więc stanąć na głowie, żeby zaszczepić w dziecku miłość do sportu. Na pewno jest łatwiej, gdy aktywna ruchowo jest cała rodzina. Zresztą programy mające na celu leczenie nadwagi i otyłości u dzieci obejmują wszystkich domowników. Wszyscy muszą przestrzegać reguł, inaczej cały wysiłek pójdzie na marne.
– Jak powinno wyglądać śniadanie ucznia podstawówki?
– Ważny jest zbilansowany posiłek czyli dostarczenie organizmowi węglowodanów, białka i tłuszczy w odpowiednich proporcjach, uwzględniając porcję warzyw i owoców. Kromka chleba, najlepiej razowego, wędlina, jajko, pomidor, szklanka kakao bez cukru, idealnie jeśli byłoby to kakao tradycyjne, a nie rozpuszczalne.
– Marzenie ściętej głowy.
– To w takim razie musli z mlekiem…
– Uśmiecham się, gdyż przeważnie kończy się na czekoladowych chrupkach, bułce z nutellą i nieśmiertelnej parówce. Rodzice są zadowoleni, że ich pociecha w ogóle coś je.
– Rozumiem, lecz takie odpuszczanie to pułapka. Opowiem panu o programie “1000 pierwszych dni dla zdrowia”, w którym zwraca się uwagę na to, co powinna jeść przyszła mama. Bo kluczowe w rozwoju dziecka są cztery okresy: wewnątrzmaciczny, noworodkowy, niemowlęcy i wczesnego dzieciństwa. Smaków musimy się nauczyć, a potem do nich przyzwyczaić. To często długi proces. Jeśli chodzi o najmłodszych, to zaczynamy od podawania warzyw, następnie wprowadzamy bardziej intensywne w smaku owoce. Dobrzy dietetycy dokonują dziś cudów, są w stanie zachęcić dziecko do zjedzenia buraka. My, rodzice, też powinniśmy w ten sposób eksperymentować. Niestety, często zasłaniamy się brakiem czasu, brakuje nam determinacji i konsekwencji. A przecież ktoś temu naszemu maluchowi musiał przynieść tę nutellę, on sam jej nie kupił. Przerabiałam to, więc wiem o czym mówię.
– Odniosła pani sukces czy poniosła porażkę?
– Na jakiejś plenerowej imprezie mąż przyniósł mi colę, a moje 2,5-letnie wtedy dziecko krzyknęło: mamusiu, nie pij tego, woda jest zdrowsza. Byłam dumna z syna. Często jednak musimy pokonywać inne przeszkody. Proces kształtowania zdrowych nawyków utrudniają nam bowiem osoby bliskie: dziadkowie, ciotki. Tu czekoladka, tam ciasteczko i lizaczek. Prezenty, których bardzo byśmy nie chcieli. Podczas mojej pracy często spotykam się z rodzicami dzieci z nadwagą. Gdy przychodzą ze słodkimi napojami, pytam, czy podlaliby tym ulubionego kwiatka? To działa na wyobraźnię, na następnym spotkaniu cola już się nie pojawia. Cieszy mnie, że u rodziców budzi się świadomość.
– Czyta pani etykiety na produktach spożywczych?
– Odkąd urodziłam syna, bardzo dokładnie je studiuję. W dużej mierze odporność znajduje się w jelitach”, więc warto wiedzieć, po co sięgamy. Czego się wystrzegać w pierwszej kolejności? Produktów z dużą zawartością cukru, tłuszczy utwardzonych, wszelkich substancji oznaczonych symbolem E. Co prawda są dopuszczone do spożycia, lecz nie wiemy do końca, jak wpływają na funkcjonowanie naszego organizmu, ile takich E-niespodzianek możemy skonsumować bez uszczerbku dla zdrowia. Nie jestem dietetykiem, lecz zdrowy rozsądek podpowiada, aby tego unikać.
– W dzisiejszych czasach da się kupić coś bez syropu glukozowo-fruktozowego, oleju palmowego albo polepszaczy smaków?
– Oczywiście, że tak. Na przykład słodycze, które podjadamy w moim domu raz w tygodniu w ramach ustalonego przez nas słodkiego dnia. Są warzywa i owoce, jednak większość z krótką datą przydatności do spożycia.
– Oraz wyższą ceną. My tu sobie gadu-gadu, że koniecznie trzeba zmienić nawyki żywieniowe, ale jeśli chcemy się zdrowo odżywiać, to musimy mieć też gruby portfel.
– Nie przeczę, pieniądze stanowią niemałą barierę, bo znaczek z certyfikatem “produkt bio” ma swoją cenę. Tylko owoce czy warzywa potrafią kosztować trzy razy tyle, co plony z “pospolitej” uprawy. Jednak coś za coś. Pamiętajmy, że koszty leczenia chorób wynikających z otyłości będą po stokroć większe. Grożą nam: choroby stawów, osteoporoza, cukrzyca, udary, nadciśnienie tętnicze, miażdżyca i cała gama nowotworów np. jelita grubego i piersi. Do tego dochodzi stres, a nawet depresja. Tęgie dzieciaki często nie są akceptowane przez rówieśników, stres wzmaga apetyt i mamy błędne koło. Może się to skończyć wizytą u psychologa i długą terapią albo jeszcze gorzej…
– Wszystko rozumiem, ale te reklamy słonych przekąsek, piwa i słodyczy. Trzeba mieć niesamowicie silną wolę, by im nie ulec. Poza tym czipsy z buraka nie są tak smaczne jak Laysy.
– Bo nie mają sztucznych dodatków wzmacniających smak. Nie musi się pan krzywić na widok czipsów z buraka, dzisiejszy arsenał jest tak bogaty, że nawet dietetyczny radykał znajdzie coś dla siebie. Polecam przekąski ze słodkich ziemniaków albo jabłek. Naprawdę tylko od nas samych zależy, w jakim kierunku podążymy. Zmiana nawyków żywieniowych to wyzwanie iście heroiczne, lecz zapewniam, że warto podjąć ten wysiłek!
Rozmawiał TOMASZ SZELIGA



21 Responses to "Polak tyje na potęgę"