
STAL MIELEC – STOMIL OLSZTYN. Gospodarze po kapitalnym początku osiedli na laurach. Goście wygrali po raz pierwszy na wyjeździe.
Wielkie rozczarowanie w Mielcu. Gospodarze po objęciu prowadzenia uznali, że rywal został sprowadzony do narożnika i zaraz rzuci ręcznik. Sęk w tym, iż Stomil nie zamierzał odgrywać roli chłopca do bicia. – Moi piłkarze pokazali, że mają jaja! – triumfował Tomasz Asensky, opiekun drużyny z krainy jezior.
Do piątkowego wieczora Stomil był najgorszą drużyną obcych boisk, jego największym osiągnięciem był remis w Grudziądzu. Już choćby z tego powodu zwycięstwo nad Stalą, która u siebie potrafi napsuć krwi każdemu przeciwnikowi, należy traktować w kategorii dużej niespodzianki.
Grodzicki jak tykająca bomba
– Szatnia eksplodowała, radość jest ogromna, bo przecież tak długo czekaliśmy na to zwycięstwo – przyznał Asensky, który trenerskiej sztuki uczył się u boku Marcina Kaczmarka w Wiśle Płock. – Wreszcie odrobiliśmy straty i pozbyliśmy się balastu, który strasznie nam ciążył. Mielczanom najbardziej dał się we znaki ich były pomocnik Piotr Głowacki. To on w 27 minucie nadał piłce takiej rotacji, że ta uderzyła w poprzeczkę, a potem spadła pod nogi Grzegorza Lecha. Pomocnik gości kropnął z całej siły i próbujący się pozbierać po wcześniejszej interwencji Radosław Majecki nie miał szans na obronę. Krótko przed przerwą na trybunach zapanowała konsternacja. Rzeczony Głowacki raz jeszcze posłał piłkę w pole karne, a Rafał Grodzicki interweniował tak niefortunnie, że pokonał własnego bramkarza. Grodzicki to najbardziej utytułowany zawodnik w Stali, został sprowadzony po to, żeby razem z Krzysztofem Kierczem na środku defensywy zbudować mur nie do przejścia. Jednak były gracz Ruchu Chorzów zawodzi. Fauluje w polu karnym i źle się ustawia. W piątek zaliczył już drugiego samobója.
Jeden się starał
Stomil strzelił trzy bramki, choć przez pierwsze 20 minut „nie wąchał” piłki. Miejscowi grali tak jak zapowiadali: z wielką energią, szybko i pomysłowo. Trafili raz, a mogli więcej, bo nadzwyczaj łatwo dostawali się pod pole karne przeciwnika. Zanosiło się na pogrom olsztynian, ale Stal osiadła na laurach. – Moi zawodnicy pomyśleli, że już jest po meczu. I zaczęły się mnożyć katastrofalne błędy, niedokładne podania, większość stała, zamiast biegać i walczyć. Ten mecz mentalnie udźwignął jedynie Maks Banaszewski. Chciałem mu podziękować, on jeden się starał – mówił Zbigniew Smółka. Trener Stali nie podnosił głosu na konferencji prasowej, ale można być pewnym, że w szatni Wersalu przez najbliższych kilka dni nie będzie. Smółka nie znosi niechlujstwa i braku zaangażowania, kto wie, czy w następnym meczu kilku „bohaterów” z piątku nie powędruje na ławkę?
Sami piłkarze po spotkaniu przegranym na własne życzenie, posypywali głowy popiołem. – Przegraliśmy przez głupie błędy, sam zawiniłem przy trzeciej bramce. Nie wyszedł nam ten mecz, a przecież początek mieliśmy imponujący. Wielka szkoda – kajał się Michał Janota, reżyser gry biało-niebieskich z Mielca.
STAL Mielec 1
STOMIL Olsztyn 3
(1-2)
1-0 Dermanović (14.), 1-1 Lech (27.), 1-2 Grodzicki (43. – samob.), 1-3 Ramirez (90.)
STAL: Majecki – Sadzawicki (79. Górka), Grodzicki, Kiercz, Leandro, Banaszewski, Marciniec (67. M. Gancarczyk), Getinger (89. Swędrowski), Janota, Cholewiak – Dermanović
STOMIL: Skiba – Bucholc, Baranowski, Gamakow, Ziemann, Piotr Głowacki, W. Biedrzycki (37. Karankiewicz), Lech (84. Mikołajewski), Ramirez, Tanczyk (44. Sołowiej) – Siemaszko.
Sędziował Mariusz Korpalski (Toruń). Żółte kartki: Skiba, Ziemann. Widzów 3093.
tsz


