
Ze zwichniętą kostką przebiegła przez pustynię sto kilometrów.
Sabina Skała (41 l.) postanowiła 9 kwietnia wraz z 977 innymi uczestnikami z całego świata przebiec pustynię Sahara. Do pokonania był dystans 247 km. Rzeszowianka walczyła nie tylko z kilometrami. Kilka dni temu wróciła z Maroka, by opowiedzieć nam o swojej ekstremalnej przygodzie podczas morderczego Maratonu Piasków MDS (33. Marathon des Sables).
– Jakie wrażenia przywiozłaś z Sahary?
– Większość czasu czułam się tam jak na Marsie – niesamowita przyroda, widoki nie z tej ziemi. Pustynia jest piękna, ale również bardzo zdradliwa. Piasek i pył był wszędzie, nawet na dnie mojego szczelnie zamkniętego plecaka. Spaliśmy w namiotach berberskich, jak sardynki. Grupę miałam fantastyczną, czworo z nich to moi znajomi, dodatkową trójkę poznaliśmy na miejscu i dobrze się zgraliśmy. Wszyscy z namiotu ukończyliśmy bieg, choć niektórzy nie mieli tyle szczęścia.
– Obyło się bez dramatycznych sytuacji?
– Z tego, co mi wiadomo, jednego zawodnika zabrał helikopter, ponieważ miał problemy z sercem, jednej dziewczynie spadająca skala uszkodziła nadgarstek. Sama też miałam pecha. Choć z dnia na dzień czułam się silniejsza, trzeciego dnia musiałam się przestawić po prostu na przetrwanie. Teraz mam ogromny niedosyt, bo wiem, że mogłam zająć dobre miejsce.

– Co się stało?
Drugi dzień był dla mnie bardzo dobry, zaczęłam przyśpieszać, były wzniesienia, a ja pod górę jestem dobra, więc wielu zawodników mijałam, bo nie potrzebowałam wcale odpoczywać. Podskoczyłam o około 100 miejsc do przodu, a w dalszym ciągu nie przycisnęłam na maksa. Teren trzeciego etapu był już zróżnicowany. Wspinaliśmy się na Jebel (przyp. red. – Joua Baba Ali Jebel). Poszło mi dobrze. Miejscami było tak stromo, że trzeba było używać lin, ale dla mnie to był najlepszy teren do przyspieszenia. Jak zbiegałam w dół, postawiłam stopę na skale, która musiała być luźna, i wykręciłam kostkę. Myślałam, że to nic poważnego i pobiegłam dalej. Jednak po kilku minutach kostka strasznie zaczęła mnie boleć i ostatnie 13 km praktycznie dokuśtykałam w tempie ślimaczym. Wszyscy, których w górach wyprzedziłam, mijali mnie. Kiedy dotarłam do namiotu, kostka była tak spuchnięta, że nie mogłam zdjąć buta. W dalszym ciągu nie byłam bardzo zmartwiona. Zmieniło się to po godzinie, bo opuchlizna zamiast się zmniejszać, powiększyła się i zaczęłam mieć problem, żeby nawet kuśtykać. Wtedy poszłam do lekarza, który obkleił mi stopę i łydkę taśmą, dał tramadol i życzył szczęścia na kolejny 86-km etap.
– I z taką nogą ruszyłaś dalej?
Tak. 86 km musiałam przejść na lekach przeciwbólowych, 27 godzin non stop bez snu. Finiszu nie pamiętam, ale widziałam filmik, na którym wyglądam na kompletnie zdezorientowaną i przechodzę przez metę w stylu „gdzie ja jestem i czemu tutaj tak beżowo” (śmiech). Po tym etapie totalnie się poryczałam, bo moja kostka wyglądała jak u słonia. Znowu musiałam iść do lekarza, który mi obkleił ją jeszcze mocniej, dał więcej leków przeciwbólowych i tak kolejnego dnia musiałam przejść 42 km. Oprócz tego miałam uczulenie na piach, więc nogi wyglądały koszmarnie, dostałam antyhistaminę i był to trzeci dzień, kiedy z nosa leciała mi ciągle krew.
– Ale nie odpuściłaś?
Nie odpuściłam. To nie w moim stylu. Dzień czwarty przeszłam i ukończyłam. Potem już tylko zostało 7.7 km, które jest nieobowiązkowe, ale chciałam ten kawałek też ukończyć.
– Aż tak Ci zależało?
Zależało mi, bo poprzez udział w maratonie zbieram fundusze na „Azyl u Majki” w Wysokiej Strzyżowskiej. Tam są bezdomne zwierzęta, którymi opiekują się Adam i Majka. I bardzo potrzebują naszej pomocy. Dlatego zwracam się z ogromną prośbą do wszystkich o wsparcie tego schroniska. W tej sprawie można do mnie napisać na adres sabcio1@yahoo.co.uk.
– Co zrobiło na Tobie największe wrażenie poza przyrodą?
Jestem pod wrażeniem ludzi, których tam spotkałam. Najfajniejszą chyba postacią był 72-letni Mahmud, który przeszedł większość MDS. Miał swoją laseczkę i dawał radę. Jako ostatni skończył etap 86 km. Skończył go dokładnie w limicie czasowym 35 godzin. Dostał owacje na stojąco od wielu z nas czekających na niego na mecie, wiele osób się trochę popłakało ze wzruszenia (ze mną włącznie, jak zobaczyliśmy go pokrzywionego przekraczającego metę. Niestety, w ostatni dzień, nie zdążył przed końcem limitu czasowego i biegu nie ukończył. Ale i tak dostał specjalną nagrodę od organizatorów za hart ducha.

– Hart ducha, którym również Ty się wykazałaś, kończąc maraton z kontuzją…
Dziękuję… musiałam, nazwisko Skała zobowiązuje (śmiech). Jeden z zawodników z USA biegł z protezą nogi, ukończył w pięknym stylu. Łatwiej jest zachować hart ducha, jeśli się jest w tak doborowym towarzystwie.
Rozmawiał Marcin Żminkowski




