
SuperWywiad z Radosławem Chmielem, pochodzącym z Rzeszowa dziennikarzem i pracownikiem Liverpool FC, od 12 lat mieszkającym w mieście Beatlesów.
– 26 maja – Kijów. Czy spodziewałeś się, że tego wieczoru jedną z drużyn, która wybiegnie na murawę stadionu olimpijskiego w stolicy Ukrainy będzie właśnie Twój Liverpool FC?
– Na początku sezonu nie byłem tego tak pewny. Owszem, świetnie było wrócić do gry w Lidze Mistrzów, jednak finał? Nikt w klubie o tym nie myślał. Jednak wraz z awansem do fazy pucharowej i meczu z FC Porto wygranym na wyjeździe 5-0, wizja awansu do finału stała się realna. Niemal wszyscy skreślali Liverpool od momentu awansu z grupy, jednak ekipa Jürgena Kloppa nic sobie z tego nie robiła i konsekwentnie grała swoje.
– Jak Klopp odnalazł się na Wyspach? Pasuje do realiów angielskiego futbolu?
– Jak najbardziej. Niemiec wpasował się w Premier League od pierwszych minut swojej konferencji prasowej w Liverpoolu. Dość powiedzieć, jak Klopp odpowiedział na pytanie dziennikarza, który zapytał go o to, jakby się nazwał, nawiązując do przydomka Mourinho „The Special One”. Jürgen odpowiedział wtedy, że jest prostym człowiekiem ze Schwarzwaldu i jest po prostu „The Normal One”. Strzał w „10” z punktu marketingowego, gdyż na następny dzień w klubowym sklepiku pojawiły się kubki i t-shirty z podobizną Kloppa i tym właśnie stwierdzeniem. Jeżeli chodzi o umiejętności sportowe i to, jak gra drużyna „The Reds”, to łączy ona ładną grę z ofensywnym nastawieniem na strzelanie goli. To powoduje, że Liverpool dobrze się ogląda, w szczególności w meczach, w których zarówno „Reds”, jak i przeciwnik, chcą grać otwarcie.
– Co muszą zrobić „The Reds”, by przerwać dominację „Królewskich”, którzy wygrali dwie ostatnie edycje Ligi Mistrzów?
– Po prostu zagrać swoje, czyli heavy metal football, oparty na bramkostrzelnym tercecie Mane – Firmino – Salah. Ci chłopcy są głodni sukcesu w Europie i zrobią dosłownie wszystko, by wyszarpać zwycięstwo przeciwko Realowi, dla którego gra w finale, to ostatnio rutyna. I ta rutyna może być zabójcza dla ekipy „Królewskich”.
– Kto jest najlepszym piłkarzem na świecie i dlaczego Cristiano Ronaldo?
– Kto, Cristiano? (śmiech) Owszem, Portugalczyk jest tytanem pracy i jest jedyny w swoim rodzaju, ale czy w tym momencie jest najlepszy na świecie? Szczerze wątpię, choćby przez liczby, jakie „wykręca” w Premier League „Król Egiptu”, czyli Mohamed Salah. To właśnie Egipcjaninowi w tym momencie przekazałbym pałeczkę tego najlepszego. Oczywiście nie neguję tego, że Ronaldo jest topowym piłkarzem, podobnie jak Lionel Messi, jednak na ten moment, czysto piłkarsko wszystkich przebija właśnie „Mo”. Ten chłopak wpadł do ligi i wziął ją szturmem, niczym alianci plażę Omaha, podczas D-Day. Liczby mówią same za siebie: 42 gole we wszystkich rozgrywkach i 10 asyst to niesamowity wynik na tak wymagające rozgrywki, jak Premier League. To właśnie w większości od dyspozycji Egipcjanina będzie zależeć to, jak Liverpool zagra w Kijowie.
– Najlepsze kluby piłkarskie to dziś tak naprawdę wielkie przedsiębiorstwa. Czy mógłbyś odsłonić nieco kulisów działania Liverpoolu FC?
– Wartość netto Liverpool Football Club to na ten moment ok. 2 miliardy funtów. Jeśli chodzi o strukturę piłkarską, to poza pierwszą drużyną, klub posiada swoją własną akademię, do której zaliczają się drużyny U-23, która gra w lidze rezerw Premier League 2, U-18 grająca w Premier League U-18 oraz kolejno roczniki młodzieżowe od U-16 w dół co dwa lata aż do U-8, które grają w swoich lokalnych ligach juniorskich. W strukturach LFC jest też drużyna kobieca, która posiada skład seniorski i tzw. Development Squad – czyli namiastkę akademii. W klubie, łącznie z piłkarzami, pracuje ok. 1000 ludzi, a więc całkiem spora liczba. W pierwszym zespole znajduje się 38 piłkarzy wraz z tymi, którzy przebywają obecnie na wypożyczeniach.
– Od jak dawna pracujesz klubie i czym się tam zajmujesz?
– Dla Liverpoolu zacząłem pracować w 2014 r. Początkowo był to wolontariat, przy prowadzeniu pierwszego w historii oficjalnego Twittera zagranicznego klubu piłkarskiego, czyli @PolandLFC. Przez 2 lata więc robiłem wolontariat, ale tak się w to zaangażowałem – wraz z pozostałymi członkami naszego Międzynarodowego Departamentu ds. Mediów Społecznościowych – że w 2016 r. ktoś w klubie poszedł po rozum do głowy i zaproponował nam kontrakty. Od tego momentu zostałem pełnoprawnym pracownikiem klubu. W czasie swojej pracy tłumaczę i robię relacje na żywo z meczów Liverpoolu – i to nie tylko pierwszej drużyny. Zdarza się, że czasem podczas weekendu jestem w stanie obskoczyć cztery mecze „The Reds”.

– Przetłumaczyłeś biografię Stevena Gerrarda oraz angielską książkę Jerzego Dudka. Nad czym teraz pracujesz?
– Obecnie pracuję nad tłumaczeniem książki o historii Liverpool FC, wydanej w Anglii z okazji 125-lecia klubu. Ta publikacja zostanie wydana dzięki nowemu wydawnictwu „Arena”, którego dyrektorem jest Tomasz Gawędzki, m.in. były rzecznik prasowy Cracovii, a prywatnie kibic Liverpoolu. To właśnie dzięki Tomkowi mam okazję pracować przy historii mojego ukochanego klubu, gdyż to on zaaranżował kontakt, a 3 tygodnie po tym, jak się poznaliśmy, Tomek przyleciał do mnie do Liverpoolu, spędził kilka dni i to zaowocowało tym, że będziemy wydawać wspólnie tę książkę. Poza tym, we współpracy z innym krakowskich wydawnictwem „Znak”, będę tłumaczył książkę niemieckiego dziennikarza Raphaela Honingsteina „Bring The Noise”, która opowiada o życiu Jürgena Kloppa.
– Jak się zostaje Fanem Roku Liverpoolu? Tytuł ten otrzymałeś w 2014 r.
– Wyszedł z tego zupełny przypadek. W 2012 r. zaangażowałem się w akcję charytatywną, by pomóc Ewie Kieryk, fance Liverpoolu, która w wyniku wypadku straciła obie nogi powyżej kolan. Będąc już wtedy w Anglii, byłem zdeterminowany, by rozgłosić zbiórkę pieniędzy na jej protezy przez klub. Znalazłem kontakt do jednego z klubowych dziennikarzy i z jego pomocą udało się napisać artykuł oraz załączyć link do paypalowej zbiórki pieniędzy. Nagle na konto Ewy zaczęły wpływać datki od kibiców z całego świata, a w całą akcję włączył się również Jamie Carragher, ówczesny wicekapitan klubu. „Carra” podarował Ewie koszulkę z autografem i życzeniami zdrowia, a na specjalną aukcję przekazał podpisany przez siebie obraz. Dwa lata później, właśnie w 2014 r. Ewa – już na protezach – przyjechała do Liverpoolu na zaproszenie klubu. Byłem jej przewodnikiem podczas pobytu, a klub podarował jej bilety na mecz z Chelsea. Dzień później pojechaliśmy na derbowe spotkanie między żeńskimi drużynami Liverpoolu i Evertonu, a Ewa, przy akompaniamencie i owacji publiczności, została zaproszona na boisko, gdzie kapitan LFC Ladies Gemma Bonner wręczyła jej koszulkę z autografami całej drużyny. Kilka tygodni później siedziałem w domu i nagle wieczorem zadzwonił telefon. Osoba z klubu przekazała mi, że zostałem nominowany do nagrody Fana Roku LFC i w zbliżający wtorek mam pojawić się na pierwszej w historii klubu gali nagród. Na następny dzień, podekscytowany, odebrałem zaproszenie.
– Jak wyglądała ta gala?
– Była niesamowita! Wśród zaproszonych gości byli m.in. piłkarze pierwszego zespołu, drużyny młodzieżowe, Ladies i… ja. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy wyszedłem na scenę. Popatrzyłem przed siebie, a przy stolikach Kenny Dalglish, Luis Suarez, Gerrard, Carragher, Aldridge… I wtedy odcięło mi prąd, a mózg przestał rejestrować cokolwiek. Po gali, na następny dzień, musiałem obejrzeć video, bo po pierwsze nie mogłem uwierzyć w to, co się stało dzień wcześniej, a po drugie chciałem sprawdzić, czy nie popełniłem żadnej gafy w trakcie odbierania nagrody. Na szczęście obyło się bez tego!

– Spotykasz na co dzień wielu były i obecnych piłkarzy „The Reds”. Które z tych spotkań szczególnie utkwiło Ci w pamięci?
– Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spotkania z Jerzym Dudkiem w 2006 r., kiedy miałem zaledwie 18 lat i przyjechałem do Liverpoolu na wakacje. Kiedy pojechałem na centrum treningowe i wyczekiwałem spotkania z Jurkiem, to czułem się niesamowicie podekscytowany. Sam grałem swego czasu na bramce w juniorach Resovii i Dudek był moim boiskowym idolem. Poznanie go osobiście było więc dla mnie niejako spełnieniem pierwszego, jak się wtedy okazało, marzenia. Później już poszło z górki. Utrzymujemy z Jurkiem stały kontakt, a efektem naszej przyjaźni było wydanie angielskiej wersji jego wspomnień oraz turniej na obiektach AS Progres, w którym udział wzięły drużyny z Liverpoolu.
– To właśnie Dudek jest osobą, która łączy obu tegorocznych finalistów. Liverpool pamięta jego słynny „Dudek dance” i to, co zrobił dla „The Reds” w finale Ligi Mistrzów z 2005 r.?
– Oczywiście, że Liverpool pamięta. Idealnym tego przykładem był moment, kiedy Jurek przyjechał na promocję książki „A Big Pole in Our Goal” i ćwierćfinał Ligi Europy LFC – Sevilla. Kiedy wysiadaliśmy w Liverpoolu po szybkiej wizycie w studiach Sky Sports w Londynie, było krótko po godz. 17 i ciężko było nam się przemieścić do taksówki na Anfield, bo Jurek cały czas był pytany o zdjęcia i zaczepiany przez kibiców, chcących przybić sobie z nim piątkę. Oczywiście to człowiek o złotym sercu i nikomu nie odmówił. Liverpoolczycy wciąż uwielbiają Dudka i choć minęło już tyle lat od finału w Stambule, to Jurek i jego popisy w bramce na stałe wpisały się w folklor Liverpoolu.
– Gdzie oglądałeś finał sprzed 13 lat?
– W domu. W trakcie finału miałem wtedy niecałe 18 lat i ani myślałem, że 13 lat później będę świadkiem takiego meczu, mieszkając już w Liverpoolu i pracując dla klubu. Pamiętam, że po pierwszej połowie tamtego meczu płakałem, a mój tata powiedział mi wtedy, że jest jeszcze drugie 45 minut i na pewno chłopcy to odmienią. Ja byłem załamany i ciężko mi było w to uwierzyć, a okazało się prawdą! Tata miał rację.
– Może to pytanie retoryczne, ale gdzie będziesz oglądał tegorocznym finał?
– Zaskoczę cię, gdyż finał będę oglądał w… Liverpoolu wraz z tatą i grupą przyjaciół. Dekorujemy dom we flagi i szaliki i będziemy mocno dopingować „The Reds”. Liczę, że tata będzie swoistym szczęśliwym talizmanem. Kiedy po drugim meczu półfinałowym przeciwko AS Romie skakałem i płakałem ze szczęścia i awansu do finału, on podszedł do mnie i przypomniał mi, że wcześniejszy triumf LFC w Lidze Mistrzów oglądaliśmy właśnie razem i teraz znów to zrobimy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zatem wskazują, że zwycięzca może być tylko jeden!
– Wielkim fanem Liverpoolu jest m.in. Kamil Stoch. Miałeś okazję się z nim spotkać?
– Poznałem Kamila osobiście po raz pierwszy 4 lata temu, przy okazji jego wizyty w Liverpoolu, kiedy wraz z żoną przyjechał na mecz na Anfield. Od tamtej pory się kumplujemy, wysyłamy sobie życzenia na święta czy urodziny. Kamil wraz z Krzyśkiem Miętusem odwiedzili Liverpool miesiąc temu, byli na meczu „The Reds” przeciwko Stoke, a przy okazji zawitali do nas do domu. Mieliśmy chwilkę na kawę i pogawędkę. To niesamowicie sympatyczny człowiek. Pomimo tego, co osiągnął w skokach, pozostaje bardzo skromnym i ułożonym facetem. Bardzo go podziwiam i cieszę się ze znajomości z naszym orłem.

– Kijów to dobre miejsce na decydujący pojedynek najważniejszych klubowych rozgrywek Europy?
– Sam nie wiem. Sytuacja polityczna na Ukrainie do najstabilniejszych nie należy. Problemem są też odwoływane na ostatnią chwilę rezerwacje hotelowe tylko po to, by podwyższyć ceny i wydusić jak największą ilość pieniędzy z przyjezdnych. To nie jest fair. Dużo moich znajomych spotkało się z taką niemiłą niespodzianką, gdzie pomimo wcześniejszych rezerwacji, otrzymali informację, że jednak nie mają pokoju na czas finału. Nie chcę tu wychodzić na nie wiadomo jakiego eksperta, ale w Europie znalazłoby się kilka lepszych miejsc na taki finał. Niemniej jednak decyzja UEFA jest odważna. Mam tylko nadzieję, że zarówno władze piłkarskie jak i sama Ukraina nauczą się na ewentualnych błędach na przyszłość.
– Skoro jesteśmy na wschodzie Europy, nie sposób nie poruszyć kwestii krajowej piłki. Dlaczego polskim zespołom nie udaje się zaistnieć w europejskich pucharach?
– Trudne pytanie, bo całkowicie nie śledzę rozgrywek polskiej Ekstraklasy z prostej przyczyny: kompletnie mnie ona nie interesuje. Zerkam na nasze regionalne wyniki w piłkę i siatkę, lecz Ekstraklasa kompletnie nie jest w moim kręgu zainteresowań. Kiedy po pełnym intensywności meczu Premier League z ciekawości przełączyłem na Ekstraklasę, to po 10 minutach zasnąłem. To mówi wszystko. Piłkarsko polskie rozgrywki odstają poziomem od topowych lig europejskich od lat i to widać w pucharach. Także przyczyn jest sporo – i tych stricte finansowych, ale przede wszystkim piłkarskich. Kiedy w innych krajach stawia się na akademie i młodzież, tak w Polsce ściąga się emerytowane gwiazdy czy transferowe niewypały z Bałkanów zamiast stawiać na swoich, utalentowanych graczy. Przykre, bo chciałoby się widzieć co roku polski zespół w Lidze Mistrzów. Niestety, to marzenie można obecnie tylko spełnić, grając na konsoli.
– Na koniec pytanie, od którego być może powinienem zacząć: Dlaczego akurat Liverpool FC?
– Ta miłość zaczęła się w 1999 r. po obejrzeniu retransmisji meczu Liverpoolu przeciwko Manchesterowi United na Anfield. I choć „The Reds” przegrali to spotkanie 2-3, a Jamie Carragher strzelił dwa gole samobójcze, to zakochałem się w atmosferze Anfield i tym, jak kibice – pomimo niekorzystnego wyniku – wspierali swoją drużynę. Poza tym czerwone koszulki, gdzie ja zawsze lubiłem ten kolor, zrobiły też swoje. Późniejsze przejście Jerzego Dudka było tylko katalizatorem tego uczucia. Hymn, uczucie jedności, wzajemne wspieranie się niezależnie od wyniku – to chyba najważniejsze wartości tej pasji i w tym momencie też i pracy.
– Beatlesów też lubisz?
– Jak najbardziej! Wychowałem się na muzyce fantastycznej czwórki z Liverpoolu. I choć chłopaki byli za tą niebieską częścią miasta, to uwielbiam ich muzykę. Zawsze kojarzy mi się z miłymi chwilami i to chyba jednak musiało być przeznaczenie, że musiałem trafić do miasta, z którego oni pochodzą.
Rozmawiał Marcin Jeżowski



3 Responses to "Zagrać swoje czyli heavy metal football"