
KOREA PŁD. / JAPONIA 2002. Azjatycki mundial przerósł biało-czerwonych zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Nic więc dziwnego, że dla Polski skończył się on bardzo szybko.
Po 16 reprezentacja Polski ponownie zagrała na mundialu. Powrót biało-czerwonych na światowe salony nie wypadł jednak okazale. Po dwóch porażkach, podopieczni Jerzego Engela wygrali wprawdzie na otarcie łez ostatni mecz fazy grupowej z USA, ale do kraju wrócili z poczuciem dużego niedosytu. – Zawiedliśmy siebie i kibiców. Nie spełniliśmy nadziei, mistrzostwa zweryfikowały wszystko, także nasz awans – tak mundial 2002 w wykonaniu swoich podopiecznych ocenił Jerzy Engel. Niespełna rok wcześniej kibice reprezentacji Polski nosili na rękach jej selekcjonera. To bowiem właśnie Engel przerwał marazm biało-czerwonych, których zabrakło na trzech kolejnych mistrzostwach świata w 1990, 1994 i 1998 r. Biało-czerwoni w świetnym stylu przeszli eliminacje do azjatyckiego mundialu, na który zakwalifikowali się jako pierwsi spośród europejskich reprezentacji. Wśród nich zabrakło jednak m.in. Andrzeja Juskowiak i Tomasza Iwana. – Ja nie wziąłem Iwana do Korei? Bzdura. Nazwiska zatwierdzał Zarząd. Niech się odniosą do tego pewni ludzie – bronił się po latach Engel. Awans na mundial w Azji w głównej mierze mógł on zawdzięczać naturalizowanemu Nigeryjczykowi, Emanuelowi Olisadebe, który w eliminacjach strzelił dla polskiej reprezentacji aż 8 goli. Na mistrzostwach świata jego gwiazda jego mocno zbladła, bowiem tylko raz zdołał on pokonać bramkarza rywali. – Myślę, że problemem było też to, jak długo Polacy czekali na ten awans. Wszyscy mieli w pamięci znakomitą historię polskiej piłki, ale do trzech poprzednich turniejów nie udało się zakwalifikować. Nikt z drużyny tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy, co to znaczy występować na takiej imprezie, jak mistrzostwa świata. Reprezentacja ponadto nie była jednością. Nasza słaba gra była ogromnym rozczarowaniem dla mnie i dla wszystkich kolegów – wspomina turniej z 2002 r. „Emsi”.
Dwa nokauty na początek
Styl, w jakim biało-czerwoni wywalczyli awans, oraz późniejsze losowanie, wywołało wśród polskich kibiców euforię i rozbudziło w nich nadzieję na dobry wynik. Nasi piłkarze najpierw mieli pokonać współgospodarzy turnieju, Koreę Płd, potem nie przegrać z Portugalią, a awans do 1/8 finału przypieczętować zwycięstwem nad USA. Niestety, wszyscy bardzo szybko zostali odarci ze złudzeń i brutalnie sprowadzeni na ziemię. Pierwsze ostrzeżenie nasza reprezentacja dostała już w meczu z Koreą Płd., którą przegrała 0-2. Koreańczycy później wprawdzie dotarli aż do strefy medalowej, ale było to możliwe głównie dzięki sędziom, którzy niemal w każdym meczu im sprzyjali. Po porażce w inauguracyjnym meczu, dobrą minę do złej gry robił Jerzy Engel. – Przegraliśmy, ponieważ nie wykorzystaliśmy dwóch okazji. Poza tym napastnicy nie stworzyli ani jednej sytuacji. Moi piłkarze po awansie myśleli, że mogą dokonać wszystkiego. Okazało się, że taki turniej jest bardzo trudny. Marzyliśmy o 1. miejscu w grupie, teraz musimy to zweryfikować. Argentyna w 1990 r. także przegrała swój pierwszy mecz, a potem doszła do finału – mówił Engel. Optymizm wśród jego piłkarzy próbował nawet wskrzesić sam prezydent Polski, Aleksander Kwaśniewski, który po meczu odwiedził kadrę w szatni. – Po meczu przyszedł do nas prezydent kraju i dziękował za walkę. Powiedział, że co się źle zaczyna, dobrze się kończy – wspominał tamto wydarzenie Jerzy Dudek, bramkarz polskiej kadry. Jak się później okazało, głowa polskiego państwa minęła się wówczas z prawdą, bowiem to był dopiero początek złego dla naszej reprezentacji. W kolejnym meczu została ona rozbita przez Portugalię 0-4, co było równoznaczne z powrotem do domu. . Katem kadry Engela okazał się Pedro Pauleta, strzelec trzech goli w tym meczu, przed którego rozpoczęciem selekcjoner mocno zaskoczył wszystkich ustawieniem zespołu. – Nie wiem, dlaczego po zejściu z boiska Radka Kałużnego, zostałem przesunięty do tyłu, na jego miejsce. Ja jestem rozgrywającym tej drużyny – narzekał Piotr Świerczewski. – Tylko tak mogliśmy zagrać. Musieliśmy zaatakować, nie czekać na Portugalczyków – tłumaczył się selekcjoner, który jak to miał dotychczas w zwyczaju nie założył koszuli i krawata, tylko paradował przy linii bocznej z dresie i koszulce polo. – Doskonale zdajemy sobie sprawę, że zawiedliśmy naszych kibiców i za to ich przepraszamy. Mam nadzieję, że w naszym ostatnim występie w spotkaniu ze Stanami Zjednoczonymi, damy im więcej powodów do radości – mówił po meczu z Portugalią Marek Koźmiński. I rzeczywiście, radość ta ostatecznie miała miejsce, ale był to raczej śmiech przez łzy.
Błysk na otarcie łez
Na mecz z USA, biało-czerwoni wyszli w zupełnie innym zestawieniu, niż w dwóch poprzednich spotkania. Jakie było zatem zdziwienie wszystkich, gdy po 5 minutach, Polska prowadziła 2-0. – Dlaczego tak późno? – rwali sobie włosy z głów kibice, zastanawiając się, czy nie można było tak grać od początku mistrzostw? Ostatecznie Polska wygrała to spotkanie 3-1, a Amerykanie mimo porażki, zdołali wyjść z grupy. Zwycięstwo naszej reprezentacji wprawdzie nic nie dało, ale pozwoliło chociaż zatrzeć nieco złe wrażenie po wcześniejszych występach. – Mundial nam nie wyszedł, ale na lotnisku w Warszawie czekało na nas kilka tysięcy kibiców. Czuliśmy to wielkie wsparcie i radość. W końcu po wielu latach otworzyliśmy drzwi do wielkiej piłki. Nasz sukces był przełamaniem takiej psychologicznej emocji i tak to wspominam – wraca do wydarzeń sprzed 16 lat Jerzy Engel. Nieco inne zdanie miał w tej kwestii PZPN, który naciskamy przez opinię publiczną, zdecydował się nie przedłużać kontraktu z selekcjonerem. Engela zmienił na stanowisku selekcjonera, zresztą z marnym skutkiem, Zbigniew Boniek, a jego następcą niespełna pół roku później został z kolei Paweł Janas.
CZY WIESZ, ŻE…
– Był to ostatni turniej, w którym obrońca tytułu miał przywilej udziału bez eliminacji.
– Mistrzostwa świata po raz pierwszy zorganizowano poza Europą i Ameryką.
– Po raz pierwszy w historii, gospodarze finałowego turnieju były dwa kraje.
– Na mundialu u zadebiutowały reprezentacje Chin, Ekwadoru, Senegalu, Słowenii.
– Obrońcy mistrzowskiego tytułu, reprezentacja Francji po porażkach 0-1 z Senegalem i 0-2 z Danią, oraz remisie 0-0 z Urugwajem, jako pierwsi w historii skończyli finałowy turniej bez strzelonego gola.
– Francja była trzecim obrońcą tytułu, który odpadł po fazie grupowej. Wcześniej taki los spotkań Brazylię (1966 r.) oraz Włochy (1974 r.).
– Mecz Polski z Koreą Płd. oglądał w telewizji papież Jan Paweł II.
– Prowadzący Chiny Bora Milutinović, ustanowił rekord, awansując po raz 5. z rzędu na mistrzostwa świata. Za każdym razem czynił to z inną reprezentacją.
– Czy można nie zagrać na mundialu ani minuty, a dostać czerwoną kartkę? Doświadczył tego Argentyńczyk Caniggia, który podczas meczu ze Szwecją, z wysokości ławki rezerwowych w nieparlamentarnych słowach ocenił pracę sędziego.
– 11 sekund – tyle czasu potrzebował Hakan Sükür, by w meczu z Koreą Płd. wpisać się na listę strzelców. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie Koreańczycy zaczynali mecz.
– Król strzelców, Ronaldo pokonywał bramkarzy rywali w każdym meczu, za wyjątkiem ćwierćfinałowego spotkania. 8 strzelonych przez niego bramek, to najlepszy wynik od 1970 r., gdy Gerd Muller mógł się pochwalić dwoma trafieniami więcej.
– W finale, w którym Brazylia pokonała Niemcy 2-0, spotkały się dwie najbardziej utytułowane drużyny mistrzostw świata.
– Maskotką turnieju byli trzej przybysze z miejsca, zwanego Atmozone, o imieniach Ato, Nik i Kaz, określani również zbiorowo jako The Spheriks. Najwyższy, żółty Ato symbolizował trenerów, zaś różowy Nik i niebieski Kaz to symbole piłkarzy i kibiców.
mj


