– Dziadek to nie Steven Spielberg

- Nigdy tu nie byliśmy, ale w Rzeszowie czujemy się jak w domu - podkreślali Oscar i Emily Zinnemannowie. Fot. Wit Hadło
– Nigdy tu nie byliśmy, ale w Rzeszowie czujemy się jak w domu – podkreślali Oscar i Emily Zinnemannowie. Fot. Wit Hadło

RZESZÓW. Festiwal filmów legendy Hollywood Freda Zinnemanna okazał się wielkim sukcesem. Gośćmi specjalnymi byli Emily i Oscar, wnukowie słynnego reżysera.

Za nami pięć fantastycznych dni festiwalu „W samo południe. Fred Zinnemann wraca do Rzeszowa”. W 111-rocznicę urodzin reżysera zaprezentowano w stolicy Podkarpacia filmy, które weszły do kanonu kinematografii światowej.

Przybliżono również historię społeczności żydowskiej, przez długie stulecia zamieszkującej miasto. Rzeszowianie oglądali legendarne filmy na wielkim ekranie w Rynku, słuchali koncertów, uczestniczyli w panelach dyskusyjnych. Wydarzeniu towarzyszyły również wystawy, powstał też spektakularny mural z Garym Cooperem w roli głównej. Wielkie brawa należą się pomysłodawcom i organizatorom, w szczególności: Grażynie Bochenek (Polskie Radio Rzeszów), Marcie Kraus (Podkarpacka Komisja Filmowa) oraz Annie Stróż-Pawłowskiej, Jakubowi Pawłowskiemu i Kamilowi Koperze (Muzeum im. Rodziny Ulmów).

Gośćmi specjalnymi festiwalu byli EMILY i OSCAR ZINNEMANNOWIE, wnukowie słynnego reżysera, którzy chętnie odpowiedzieli na kilka pytań.

– Jakim dziadkiem był Fred Zinnemann?
Emily
: Jestem starsza od Oscara, więc z naszej dwójki tylko ja miałam okazję poznać dziadka. Miał już 77 lat, gdy się urodziłam. Był zawsze bardzo formalny. Na spotkanie zostałam zaproszona przez sekretarkę dziadka. Usiadłam po drugiej stronie stołu, jakby to była rozmowa o pracę. Dziadek zadawał mi różne pytania. Oczywiście był to bardzo miły i…silny człowiek. Podpierał się laską, ale mimo tego, potrafił mnie unieść wysoko w górę.
– Oscar: To, że nie miałem okazji spotkać dziadka, nie oznacza, iż nie jestem dumny z jego dorobku. Wiedziałem, jaki miał wpływ na Hollywood, tak naprawdę zainspirował mnie, bym spróbował swoich sił w przemyśle filmowym. Jestem pedagogiem, pracuję z dzieciakami, tworząc m.in. budowle z klocków Lego. Ale wracam na Uniwersytet żeby studiować fotografię. Bliżej kina jest Emily, która zajmuje się montażem filmu dokumentalnego.
– Emily: Ciekawe, że w USA nazwisko Freda Zinnemanna nie jest specjalnie rozpoznawalne, lecz jego filmy już tak. Nawet ludzie z branży niezbyt kojarzą Freda, ożywiają się dopiero, gdy wymieniam tytuły, za którymi stoi. Zatem pokrewieństwo z dziadkiem nie otwiera żadnych drzwi. Przez tyle lat nazwisko skojarzył jedynie człowiek pracujący na…poczcie. Spytał: jesteś krewną tego Freda Zinnemanna? Bez dwóch zdań, dziadek to nie jest Steven Spielberg (śmiech).

– Dziadek nie przyznawał się do tego, że pochodzi z Polski. Dlaczego?
Emily
: Myślę, że decydowała o tym jego osobowość. Dziadek był dość skryty, o wielu rzeczach nie mówił nawet najbliższym. W naszej rodzinie wiele osób w ten sposób podchodzi do intymnych, prywatnych spraw. A drugi powód, jak się domyślam, to uproszczenie historii. Wygodniej mu było wymieniać znane miasto jako miejsce urodzenia (Wiedeń – red.).
Oscar: Byliśmy przekonani, że dziadek pochodzi z Austrii. Potem dowiedzieliśmy się o Rzeszowie. Odkrywanie miasta Zinnemannów jest szalenie intrygujące.

– Ano właśnie. Jakie było wasze wyobrażenie o Polsce?
Oscar
: To bardzo dziwne – nigdy tu nie byłem, ale czuję się, jakbym wrócił do domu.
Emily: Jestem zachwycona Rzeszowem. W amerykańskiej szkole informacje o Polsce ograniczają się do tragedii II wojny światowej. Może dlatego, po wylądowaniu, wszystko wydawało się nam nierealne, piękne i kolorowe. To nie jest Polska z tych wszystkich czarno-białych zdjęć dotyczących okresu wojny. Bardzo mi się tu podoba. Macie świetną kuchnię, znam też trochę polską poezję.

– Historia waszego rodu to również bolesne doświadczenie Holocaustu. Jak dużo o tym wiecie?
Emily: Po raz pierwszy usłyszałam o tych tragicznych wydarzeniach na skutek listu, który ktoś z Rzeszowa wysłał do dziadka. W liście pisał o tym, w jakich okolicznościach zginął ojciec Freda, zdawał też relację z tego, co dzieje się w tutejszym getcie. To też sprawiło, że moje wyobrażenie dotyczyło dzielnicy żydowskiej i po przyjeździe tutaj byłam zaskoczona, iż getta nie ma. Oczywiście mając takie korzenie trudno nie znać tych wszystkich okropnych historii, jakie wydarzyły się w okupowanej przez Niemców Europie. Tylko, że ja sama jestem związana z judaizmem etnicznie, to są więzi emocjonalne. W tej religii tradycja przekazywana jest przez matkę, a moja mama Żydówką nie była.

– Wróćmy jeszcze do kina. Jaki jest Wasz ulubiony film Freda Zinnemanna?
Oscar
: „Po wielkiej burzy” – zakochałem się w bohaterach, a zakończenie bardzo mnie wzruszyło. Oraz „W samo południe”. Oglądałem ten film będąc dzieckiem. Wtedy go nie rozumiałem, dziś doceniam jego przesłanie.
Emily: „W samo południe”. Podziwiam go z tych samych powodów, dla których wszyscy się nim zachwycają, chodzi o silne moralne przesłanie. Ale też użycie czasu rzeczywistego w filmie. Jestem dumna, że mój dziadek zapoczątkował taki styl.

– Dla Polaków to bardzo ważny i symboliczny obraz. Grający szeryfa Gary Cooper znalazł się na plakatach „Solidarności” podczas pierwszych wolnych wyborów. Można powiedzieć, że dołożył cegiełkę do upadku komunizmu.
Emily (na jej twarzy maluje się wielkie zaskoczenie): Nie miałam pojęcia… Tym bardziej jesteśmy tym zaszczyceni. Czy wiedzieliście wtedy, że Fred ma polskie korzenie?
– Nie.
Wow. To naprawdę niesamowite.

***
Grali u niego najwięksi
Fred Zinnemann (1907-1997) to wybitny reżyser filmowy, którego twórczość zaliczana jest do klasyki światowego kina. Zrealizował 22 filmy fabularne oraz 18 krótkich metraży i dokumentów. Nagradzany pod każdą szerokością geograficzną. Cztery razy odbierał Oscara. Pracował z największymi aktorami: Audrey Hepburn, Seanem Connery, Jane Fondą, Burtem Lancasterem. Debiutowali u niego m.in. Meryl Streep i Marlon Brando. Jego najważniejsze obrazy to: „Po wielkiej burzy”, „Pokłosie wojny”, „Oto jest głowa zdrajcy”, „Stąd do wieczności” „Dzień szakala” i nade wszystko „W samo południe” – więcej niż western, za który otrzymał 4 statuetki Amerykańskiej Akademii Filmowej. Fred Zinnemann przez lata podawał, że urodził się w Wiedniu, tymczasem przyszedł na świat w Rzeszowie. Jego ojciec w kamienicy przy Rynku miał gabinet lekarski, matka zajmowała się domem. Podczas I wojny światowej rodzina przeniosła się do Wiednia.

Rozmawiał Tomasz Szeliga

3 Responses to "– Dziadek to nie Steven Spielberg"

Leave a Reply

Your email address will not be published.