
KORCZOWA, MEDYKA. Protest przeciwko „pięciodniówce”. Ukraińcy zablokowali dwa największe przejścia graniczne z Polską.
Dramat na przejściach granicznych z Ukrainą w Medyce i Korczowej. Odprawy zostały wstrzymane, bo po ukraińskiej stronie znów doszło do protestów. Ukraińcy nie akceptują swoich przepisów podatkowo-celnych dotyczących samochodów zarejestrowanych na spółkę z Polakami. Kierowcy zablokowali w niedzielę (25 listopada) wszystkie cztery podkarpackie przejścia graniczne z Polską. W poniedziałek udało się przywrócić ruch na małych przejściach Budomierz – Hruszew i Krościenko – Smolnica. Przejścia Medyka – Szeginie i Korczowa – Krakowiec pozostawały zablokowane.
Taka sytuacja ma miejsce nie pierwszy raz. Na przestrzeni ostatnich kilku lat protestujący po stronie ukraińskiej już parę razy paraliżowali ruch na granicy. Chcą w ten sposób wymusić na ukraińskich władzach zmianę przepisów podatkowo – celnych i zniesienia tzw. pięciodniówki.
Ukraina bowiem chcąc ograniczyć sprowadzanie używanych samochodów z UE wprowadzili na nie bardzo wysokie opłaty celno -podatkowe. Tak wysokie, żeby Ukraińcom nie opłacało się kupować używanych aut ze Wspólnoty. A nasi sąsiedzi znaleźli na to sposób: kupują takie auto i rejestrują je w Polsce na spółkę z Polakiem. Rekordzista z Przemyśla jest współwłaścicielem kilkuset takich samochodów, co w Polsce jest całkowicie legalne. Aby zniechęcić obywateli Ukrainy do takiej „operacji” władze naszych sąsiadów wprowadziły tzw. „pięciodniówkę”. Polega to na tym, że samochód zarejestrowany w Polsce na Ukraińca i Polaka musi minimum raz na 5 dni przyjechać do Polski. Za nieprzestrzeganie tego przepisu grożą wysokie kary. A przepis się Ukraińcom z oczywistych przyczyn nie podoba. – Kupiłem samochód z Niemiec i zarejestrowałem w Polsce na siebie i kolegę Polaka – wyjaśnia Igor, nauczyciel ze Lwowa. – Zrobiłem tak, bo nie stać byłoby mnie na rejestrację u nas – przyznaje. – Teraz musimy z żoną na zmianę co 5 dni jeździć do Polski przez te nasze durne przepisy! Owszem, lubię odwiedzać Polskę, ale nie co 5 dni i bez żadnego celu- tłumaczy nauczyciel. – Oboje pracujemy i nie mamy na to czasu, a i takie niepotrzebne „wycieczki” sporo kosztują – dodaje.
W sytuacji Igora jest wielu Ukraińców, którzy uważają, że przepisy w ich państwie są antyobywatelskie i dlatego protestują blokując drogi dojazdowe do przejść granicznych z Polską. Jednak takiego paraliżu, jaki zdarzył się teraz dotychczas nie było. W niedzielę od godz. 13 wszystkie cztery podkarpackie przejścia graniczne z Ukrainą zostały zablokowane. Po ukraińskiej stronie kierowcy tworzyli barykady z płonących opon i nie przepuszczali nikogo na drogi dojazdowe do przejść. Tymczasem po polskiej stronie granicy zaczęły się tworzyć gigantyczne kolejki samochodów. Możliwe było jedynie przekroczenie granicy pieszo przez terminal w Medyce i pociągiem. Wczoraj o godz. 6 rano udało się udrożnić ruch na przejściu w Krościenku, a 3,5 godziny później także w Budomierzu. To nieco rozładowało sytuację, ale tylko nieco, bo te dwa małe przejścia nie obsługują samochodów ciężarowych. Niewiele pomogło też doraźne wprowadzenie o godz. 11 odpraw pieszych na przejściu w Korczowej. – Jadę do Lwowa z Wrocławia – żalił się stojący w kolejce Polak. – Przecież nie zostawię tu auta i nie pójdę pieszo – tłumaczył.
Kierowcy osobówek mogą jednak spróbować jechać przez Krościenko lub Budomierz, natomiast kierowcy ciężarówek takiej alternatywy nie mają. Wczoraj około godz. 13 w Korczowej była kolejka na ponad 400 TIR-ów. Do tego mnóstwo oczekujących w busach, autobusach i samochodach osobowych. – Z naszej strony nie możemy nic zrobić ponadto, co już zrobiliśmy – przyznała mjr Elżbieta Pikor, rzecznik Bieszczadzkiego OSG. – Problem leży po stronie ukraińskiej. Jesteśmy w stałym kontakcie z tamtejszymi służbami granicznymi i liczymy, że naszym sąsiadom uda się opanować tę sytuację – dodała.
Monika Kamińska


