
TRYŃCZA, POW. PRZEWORSKI. Pięcioro młodych ludzi utonęło rok temu w święta w zatopionym w Wisłoku samochodzie.
Nie zakończy się, jak przewidywano, jeszcze w tym roku śledztwo dotyczące ubiegłorocznego dramatycznego wypadku w Tryńczy. Do przemyskiej prokuratury, która je prowadzi wciąż nie wpłynęła bowiem kluczowa w tej sprawie opinia biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych. Jej celem jest szczegółowe odtworzenie przebiegu tamtych tragicznych wydarzeń, kiedy to fioletowe tico stało się dla podróżujących nim pięciu młodych osób śmiertelną pułapką.
Liczyliśmy na to, że opinia wpłynie do nas do końca grudnia, bowiem termin śledztwa upływał 30 grudnia. Mamy jednak informację, że tak się nie stanie, dlatego został wysłany do sądu wniosek o przedłużenie go o kolejne 3 miesiące – mówi prok. Beata Starzecka-Skrzypiec, zastępca prokuratora okręgowego w Przemyślu.
Do dramatu doszło w Boże Narodzenie 2017 r. 19-letnia Klaudia oraz siostry: 18-letnia Dominika i 16-letnia Anna spotkały się z 27-letnim Bogusławem i 24-letnim Sławomirem. Wsiedli do fioletowego tico zamierzając jechać na pizzę. Do pizzerii jednak nie dotarli i… ślad po nich zaginął. 29 grudnia z Wisłoka w Tryńczy wyłowiono samochód, w którym znajdowały się ich ciała. Żaden z pięciorga znajomych nie doznał poważanych obrażeń, wszyscy ponieśli śmierć w skutek utonięcia.
Co dokładnie się stało tego dnia? Stara się to wyjaśnić prokuratura. Ślady na miejscu zdarzenia pozwalają przypuszczać, że pojazd zjechał z drogi, przekoziołkował na co wskazuje jego położenie w rzece i zatonął. Prokuratura potwierdziła, że pochodzący z Ubieszyna koło Tryńczy Sławomir G., właściciel samochodu i prawdopodobny kierowca miał 1,81 prom. alkoholu w organizmie, a pochodzący z tej samej miejscowości Bogusław K. – 1,84 promila. Nastolatki z Tryńczy były trzeźwe. Wynik badań toksykologicznych potwierdził, że we krwi żadnej z pięciu osób nie było środków odurzających ani żadnych substancji psychotropowych.
Katarzyna Szczyrek


