Jak smakuje ogon kangura?

Fot. Busem Przez Świat

SuperWywiad z Olą i Karolem Lewandowskimi, blogerami podróżniczymi.

Ola i Karol Lewandowscy od 8 lat podróżują po świecie starym kolorowym busem, spędzając w trasie średnio 6-8 miesięcy w ciągu roku. W sumie odwiedzili ponad 50 państw na 5 kontynentach, a podróże stały się ich sposobem na życie. Na blogu i w książkach dzielą się swoimi przygodami oraz poradami, jak tanio podróżować.

– Czy łatwo jest rzucić wszystko i wyruszyć w podróż?
Karol:
– Szczerze mówiąc, nie znamy odpowiedzi na to pytanie, bo u nas to tak nie wyglądało. Na początku jechaliśmy na miesiąc czy dłużej na wakacje, a potem wracaliśmy do normalnego życia. Teraz faktycznie podróże są naszym życiem, ale to było łagodne przejście. Po prostu w pewnym momencie zobaczyliśmy, że książki, blog i wideoblog mają już taki zasięg, że możemy się z tego utrzymać. Wtedy rzuciliśmy prace i założyliśmy własną firmę. Nie ruszyliśmy z dnia na dzień w podróż dookoła świata. Szczerze mówiąc, odradzam coś takiego. Bardzo często ludzie nigdy tak dużo nie podróżowali i nagle jadą w długą podróż. A po pierwszym miesiącu okazuje się, że to nie dla nich, dlatego polecam, żeby najpierw jechać na krócej i podnosić sobie poprzeczkę.

– Dlaczego na swój środek transportu wybraliście busa – do tego więcej niż pełnoletniego?
Ola: –
Po pierwsze, miał dużo pomieścić, przewieźć nie tylko nas, ale też sporo naszych rzeczy. Myśleliśmy o tym, żeby jeszcze bardziej obniżyć koszty, dzięki temu, że będziemy tam spać, jeść, po prostu żyć. Bus to nie tylko środek transportu, ale też dom na kółkach, z kuchnią, łazienką.
K
: – Miał być większy niż zwykła osobówka, żeby zmieścić więcej osób, bo wyszliśmy z założenia, że podróżując większą ekipą, będzie dużo taniej i faktycznie tak było.

– Nie myśleliście kiedyś, żeby zamienić ten środek transportu?
K
: – I tak i nie. Sama idea podróżowania busem świetnie się sprawdza, bo lubimy być niezależni, zatrzymać się gdziekolwiek i tam przenocować. To dla nas idealne rozwiązanie. Ale nie jesteśmy przywiązani do tego jednego modelu auta. Mamy już 3. Często podróżujemy równolegle na różnych kontynentach i nie nadążylibyśmy z transportem jednego auta. Teraz dwa samochody mamy w Polsce, a trzecie auto w Kalifornii.

– Czy oprócz samochodu jest coś, co zawsze ze sobą zabieracie?
O
: – Sprzęt elektroniczny. Ja robię zdjęcia, a Karol codzienne wideoblogi, więc ma swoją kamerę.
K
: – Twórczość stała się taką naszą codziennością. To, że prowadzimy kanał na YouTube, Instagrama, czy piszemy książki, wymusza na nas, że musimy mieć sprzęt. Nigdy nie jest tak, że tworzenie wpisów, filmów czy zdjęć jest na pierwszym miejscu. To zawsze dodatek.
O
: – Są takie momenty, kiedy idziemy do ludzi bez tego wszystkiego. W Australii chodziliśmy z Aborygenami na piwo pod drzewo, bo oni tak robią, gdy jest gorąco. Zostawialiśmy aparat i w ogóle ich nie nagrywaliśmy, nie mieliśmy też potrzeby robienia sobie z nimi zdjęć. Mamy mnóstwo wspomnień z podróży, które nie są uwiecznione.

– Opowiadacie, ze można zwiedzać Stany Zjednoczone za 8 dolarów. Jak?
O
: – Wyrzeczeniami!
K
: – Przede wszystkim za 8 dol. dziennie! Podróżowaliśmy tak parę lat temu, kiedy po prostu na tyle nas było stać. Odkładaliśmy wszystkie pieniądze, a kiedy policzyliśmy, na ile dni jedziemy, wyszło 8 dol. Wystarczało, ponieważ podróżowaliśmy w bardzo niskobudżetowy sposób, nie korzystając z hoteli. Mieliśmy namioty i rozkładaliśmy je na pustyniach, plażach czy w górach. Braliśmy swoją kuchenkę, lodówkę. Kupowaliśmy w jakimś markecie czy na farmie podstawowe produkty np. ryż, warzywa, jakieś sosy i nagle się okazywało, że można zjeść obiad za dolara. Nie korzystamy też z atrakcji, które są bardzo drogie. To, co w podróży najbardziej doceniamy to spotkania z ludźmi albo naturą, a to jest zazwyczaj darmowe. Do tego podróżujemy z większą ekipą i własnym autem. Nasz projekt jest już trochę bardziej znany i bardzo często ludzie, zapraszają nas do siebie.

– Zawsze trzymacie się budżetu? Nie próbujecie np. miejscowych specjałów?
O: – Te 8 dolarów wydawaliśmy w dalekich podróżach – w Stanach czy Australii.  Ale zdarzało się, że kosztowaliśmy lokalnych przysmaków. Np. w Australii próbowaliśmy mięsa z kangura. Kupiliśmy mrożony ogon z sierścią.

– Jak smakuje ogon kangura?!
K
: – Trochę jak wątróbka
O
: – Nie, jak gulasz.
K
:- Przyrządziliśmy go w tradycyjny sposób, jak to robią Aborygeni. Najpierw trzeba nad ogniskiem opalić sierść, zawinąć w sreberko jak ziemniaka. Potem się to wkopuje żar ogniska i tam sobie dochodzi przez kilka godzin. Dla nas Europejczyków, którzy mają wyobrażenie, że kangur to słodkie zwierzątko z ZOO, brzmi to może makabrycznie, ale dla Australijczyków, gdzie kangurów jest dwa razy więcej niż ludzi, to najtańsze mięso. Je się je tak jak u nas kurczaki. A wracając do wydatków, kiedyś bardzo to ograniczaliśmy i tylko jeśli wiedzieliśmy, że coś jest wybitnie ciekawego, faktycznie tego próbowaliśmy. Teraz to się trochę zmieniło, bo stać nas na więcej. W Stanach podążaliśmy śladami drogi 66. Czas się tam zatrzymał w latach 50. Wzdłuż tej drogi stoją typowe amerykańskie knajpy, które kiedyś obsługiwały podróżnych. Każda jest unikalna. Gdzieś mają burgera, którego receptura nie zmieniała się od kilkudziesięciu lat, gdzieś ciastko, którego nikt inny nie robi. Faktycznie chcieliśmy tego wszystkiego spróbować.
O
: – Przez pierwszą połowę drogi 66 nie było niczego oprócz dinnerów [red. bar]. Prowincja wyglądała totalnie zwyczajnie i nie było w nas takiej potrzeby, żeby gdzieś pójść, bo nie było nic po drodze. Gdy nagle pojawił się dinner, który od 70 lat serwuje te same hot-dogi w cieście kukurydzianym, zatrzymywaliśmy się. Żeby w pełni doświadczyć drogi 66, musieliśmy tego spróbować.
K
: – Na Alasce jest tak, że dosłownie za 10 dol. można sobie kupić licencję na łowienie w dowolnej rzece. A tam jest taka obfitość ryb, że można się schylić i łapać je w ręce. Doskonale o tym wiedzą niedźwiedzie. To ciekawe doświadczenie, gdy z jednej strony stoi człowiek i łowi sobie ryby, a pięć metrów dalej to samo robi niedźwiedź. Na początku byliśmy przerażeni. Potem robiliśmy zdjęcia, ale gdy niedźwiedź nas zobaczył, od razu zareagował. Podniósł się i pokazał, że jesteśmy za blisko. Wycofaliśmy się, a on odszedł.

– Byliście przygotowani na to, jak postępować z niedźwiedziami?
O
: – Tak. Wiedzieliśmy np. że nie wolno się odwracać plecami do zwierzęcia czy uciekać.
K
:. – Jadąc na Alaskę, byliśmy gotowi na to, że będziemy spać pod namiotami w dziczy, gdzie jest bardzo dużo zwierząt. A niektóre – jak niedźwiedzie grizli – są niebezpieczne. Kiedy przychodzą w nocy, obwąchują. Jeżeli nie zostawimy żadnych zapachów, nie weźmiemy niczego do środka i będziemy gotować kawałek od obozowiska, niedźwiedź niczego nie wyczuje i pójdzie dalej. W przeciwnym wypadku z ciekawości zajrzy do namiotu i może zrobić krzywdę.

– Najbardziej ekstremalny nocleg?
O
: – Chyba wszystkie 70 na Alasce. Co noc coś przychodziło do namiotu. Słyszeliśmy drapanie, sapanie czy mlaskanie…

– Sprawdzaliście, co to?
O
: – Nie, bo nie można. Przestraszysz zwierzę, a ono się na ciebie rzuci. Dlatego obniżasz sobie puls i udajesz, że cię tam nie ma (śmiech).
K
: – Z niedźwiedziami grizli jest też tak, że one nie atakują padliny. Jeżeli człowiek wyjdzie, zaatakują, ale jeżeli leży i się nie rusza, to niedźwiedź obwącha go tylko, trąci łapą i sobie pójdzie.
O
: – Ze straszniejszych noclegów, mieliśmy taki w North Bend, mieście, w którym kręcono „Twin Peaks”. Przypominam, że w serialu zostaje zabita Laura Palmer i jedna osoba jest zaginiona. W to, co się wydarzyło trudno uwierzyć nawet nam. Nie zdążyliśmy wszystkiego zobaczyć, więc postanowiliśmy pojechać 30 km dalej na camping, żeby przenocować i pozwiedzać następnego dnia. Po 15 km okazało się, że zamknięto jedyną drogę wiodącą do campingu. Było już późno, więc zatrzymaliśmy się na poboczu, żeby przenocować. Ja z Karolem spaliśmy w namiocie przed busem, 3 pozostałe osoby w środku. Noc była bardzo niespokojna. Padał deszcz, grad. Rzeka obok głośno szumiała. Czasem mieliśmy z Karolem wrażenie – być może ze zmęczenia – że przestała płynąć, bo przestawała szumieć. Potem ktoś zaczął świecić latarką. Ania, która z nami była, często chodziła w nocy za potrzebą, więc sądziłam, że to ona. Tylko, że ta osoba szeptała… po angielsku. Tłumaczyłam sobie, że Ania jest dobra z angielskiego i być może lunatykuje…
K
: – Tylko, że dziwnie się zachowywała. Szybko się przemieszczała, świeciła do samochodu i namiotu, ale byliśmy tak padnięci, że nie wyszliśmy. Szczerze mówiąc, trochę się bałem, ale w końcu wszystko ucichło. Potem zaczęły koło nas przejeżdżać samochody. Zwalniały i jechały dalej. Stwierdziliśmy, że zaraz przyjedzie policja, więc trzeba się zwijać.
O
: – Ja siedziałam już w busie i zapytałam Anię: „Co tak w nocy chodziłaś i świeciłaś latarką? Lunatykowałaś?” a ona mówi: „My myśleliśmy, że to wy”.
K
: – Gdy pakowałem rzeczy, podjechało kolejne auto. Kierowca uchylił szybę i spytał czy my też na poszukiwania i gdzie dokładnie się odbywają. Okazało się, że w nocy na campingu kogoś zamordowano, a druga osoba zaginęła i trwają jej poszukiwania. Do dziś nie wiemy, kto chodził po obozowisku. Może tylko się nam to przyśniło, a może ktoś uciekał. Ponoć dosyć często zdarzają się tam morderstwa i przestępstwa, bo w tych lasach produkuje się narkotyki – metaamfetaminę. Następnego dnia pytaliśmy o tę sprawę miejscowych, ale nie chcieli nic mówić. Po jakimś czasie gdzieś przeczytałem, że zabito turystę z Rosji.

– To mogliście być wy…
O
: – Od razu sobie tak pomyśleliśmy. Można powiedzieć, że przeżyliśmy swój własny „Twean Peaks”.
K
: -Nie dziwimy się, dlaczego Lynch nakręcił go właśnie tam. Ma klimat.

– A z mniej strasznych opowieści?
K
: – W drodze na Alaskę zwiedzaliśmy jeden z wielu opuszczonych moteli. Mieliśmy wrażenie, że nie jesteśmy tam sami. Co chwilę coś skrzypiało, słychać było kroki, trzasnęły drzwi. Wyszliśmy stamtąd i zobaczyliśmy, że nad jednym z budynków unosi się dym. Spanikowaliśmy, że ktoś tam chyba jest, a w Kanadzie i Stanach każdy może mieć broń. Jest też zasada: „Mój dom to moja twierdza”, więc w razie czego mogę kogoś zastrzelić, jeśli nielegalnie wejdzie. Podeszliśmy do budynku, żeby przeprosić i przedstawić się. Ola zdążyła tylko po angielsku powiedzieć: „Dzień dobry, jesteśmy turystami z Polski”. A ten człowiek wyszedł i odpowiedział po polsku: „No to witamy, witamy!”

– Kto to był?
K
: – Okazało się, że od 7 lat mieszka tam pan Waldek. Nie ma kanalizacji, prądu, w zimie jest kilka metrów śniegu, minus 40 stopni, a on sobie tam radzi i żyje blisko natury.
O
: – Mało tego, w rozmowie okazało się, że pan Waldemar pochodzi ze Świdnicy na Dolnym Śląsku. A to jest miasto rodzinne Karola.
K
: – Do tego pracował w tej samej fabryce w tych samych latach co mój tata.

– Zaraz powiesz, że się znają się…
K
: -Tato stwierdził, że go nie kojarzy, ale tam pracowało dużo ludzi. Pewnie mijali się gdzieś na korytarzu, a teraz my spotkaliśmy go na końcu świata.

– Macie szczęście do ludzi?
K:
Bardzo! W Stanach mieliśmy awarię. Kiedy mechanik zobaczył samochód na polskich tablicach i usłyszał, że przyjechaliśmy w tak dużą podróż, złapał się za głowę. Gdy naprawił auto, nie wziął od nas pieniędzy. Powiedział, że postawił warsztat z „klasykami” – starymi volkswagenami właśnie po to, żeby spotykać takich ludzi jak my i im pomagać.

– Co z osobami, które zabieracie w podróż?
K
: – Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy zbyt dobrzy w rekrutacji i braliśmy tego, kto pierwszy się zapisał. Ogólnie sprawdzało się to bardzo dobrze. Na 150 osób mieliśmy tylko 2 psychopatów (śmiech).
O: – To były osoby, które się nie zgrały zresztą towarzystwa, ale myślę, że to i tak niewiele.

Chcieliście ich wysadzić?
O
: – Zrobiliśmy to.
K
: – Mamy kilka zasad. Pierwsza jest taka, że my na tym nie zarabiamy i każdy płaci tyle samo, więc nie może wymagać, że dojedzie do końca. To nie jest biuro podróży. Po drugie, każdy musi mieć ubezpieczenie. A trzecia jest taka, że jeżeli zacznie psuć wyjazd innym, demokratycznie reszta ekipy stwierdzi, że nie chce z tą osobą dalej jechać, bo jest nieprzyjemnie, to mamy prawo taką osobę wysadzić na najbliższym lotnisku lub dworcu.
O
: – To też jest poprzedzone rozmowami. No i musimy wiedzieć, ze ta osoba jest bezpieczna. Mamy poczucie odpowiedzialności za tych, którzy z nami podróżują.

– Ile dni w roku jesteście w trasie?
K
: – 8 miesięcy.

– A ile marzeń udało się wam spełnić?
K
: – Wszystkie.
O
: – Jeśli o czymś marzymy, od razu próbujemy to zaplanować i zrealizować. Nie mamy bardzo dalekosiężnych planów.
K
: – Musimy się poprawić, mamy jedno niezrealizowane marzenie. Chcemy zobaczyć zorzę polarną w Norwegii, ale wyjazd jest zaplanowany już na styczeń.
O
: – Gdy byliśmy na Alasce, praktycznie codziennie była zorza, tylko że zasłaniały ja chmury.  A jak pojechaliśmy na Islandię, to w Polsce była zorza, więc cały czas gdzieś nam ucieka.
K
: – Teraz przez miesiąc na północy Norwegii będziemy na nią polować. Musi się udać!

– Jakie macie najpiękniejsze wspomnienie ze swoich podróży?
K
: – Na pewno mamy w pamięci najpiękniejsze miejsca, w których byliśmy. Pomimo, że 5 razy byłem w Australii, chętnie bym tam wrócił.
O
: – Kiedy jesteśmy w podróży, dzieje się tak wiele rzeczy, że trudno wybrać ciekawe i najważniejsze. Wiadomo, że są ludzie, których się bardzo zapamiętuje. Są tacy, przy których czuliśmy się tak dobrze jak przy nikim innym np. przy małżeństwie w Adelajdzie, z którym do dziś mamy kontakt. To pewnie trzeba by podzielić na kategorie.
K
: – W rankingu ulubionych miast byłoby to miasto Coober Pedy w Australii. Jest częściowo podziemne, bo leży w środku Australii. Przez większą część roku temperatura dochodzi do + 40, +50 stopni, więc ludzie część domu budują pod ziemią, bo jest trochę chłodniej. Przez to to miasto ma klimat trochę jak z „Mad Maxa”.
O
: – Poznaliśmy ludzi, którzy nas po nim oprowadzili. Mają kopalnię, wydobywają opale, robią biżuterię. Przy herbacie okazało się, że oprócz tego prowadzą w domu sierociniec dla kangurów.
K
: – Te kangury śpią z nimi w łóżku. W kuchni na krzesłach wiszą specjalne sztuczne torby, w których są kangurzątka. W Coober Pedy mieszka mnóstwo wspaniałych ludzi, może dlatego tak zapadło nam w pamięć.

– Są kraje, do których byście się przeprowadzili?
K
: – Parę lat temu pewnie byśmy tak powiedzieli. I to by była Australia albo Stany. Dziś wiemy, że chcemy mieszkać w Polsce. Najbardziej się tutaj odnajdujemy. Czym innym jest pojechanie na wakacje, a czym innym zamieszkanie gdzieś. Pomimo że kochamy Australijczyków, ich luz, podejście do życia, to nie rozumiemy w stu procentach ich mentalności.
O
: – Jesteśmy rodzinni i lubimy jak blisko jest nasza rodzina, rodzeństwo. Pojechać, żeby zacząć wszystko od nowa? Chyba nie mamy takiej potrzeby. Poza tym jeśli się gdzieś zamieszka, miejsce traci urok, powszednieje. Już nie ma tej magii między nim a tobą.

– Co przywozicie ze swoich podróży?
O
: – Długo nie mieliśmy swojego domu, bo nie opłacało się tego utrzymywać, gdy wpadaliśmy na kilka miesięcy. Nie mieliśmy więc miejsca, gdzie można trzymać pamiątki. Przywozimy łapacze snów i tablice rejestracyjne.
K
: – Zdjęcia, filmy – to jest wystarczającą pamiątką. Ludzie chyba przywożą rzeczy, żeby pamiętać. My tworzymy jeden film dziennie. Wszystko mamy udokumentowane, więc nie potrzeba nam magnesów na lodówkę, żeby pamiętać o jakimś miejscu.

– A co przywozicie „wewnętrznie”? Przenieślibyście coś do Polski?
O
: – Przez ostatni rok zaczęliśmy obserwować siebie i swoje zachowanie. Okazało się, że zmieniliśmy się przez ostatnich 10 lat. To widać w codziennym podejmowaniu decyzji, postrzeganiu świata i ludzi.
K
: – Jak pobędziemy parę miesięcy zagranicą i wracamy tutaj, znajomi nam mówią: „Jakoś dziwnie się uśmiechacie do wszystkich”, albo „Zagadujecie obcych”. Na początku tak mamy, ale jednak im dłużej przebywamy, w Polsce, to mija. Z podróży przywozimy dużo pomysłów na biznes, na podejście do życia, na to jak życie może wyglądać, ale myślę, że z rzeczy, które chcielibyśmy przenieść na grunt polski, to otwartość i radość, którą widać w ludziach w Ameryce, Australii czy Tajlandii. Polacy zdecydowanie za mało się uśmiechają i są za mało otwarci.
O
: – I tolerancyjni – ale tak naprawdę. Ludzie u nas mówią: „Nie jestem rasistą”, „Jestem tolerancyjny”, ale najczęściej to są hasła bez pokrycia.

Rozmawiała Wioletta Kruk

2 Responses to "Jak smakuje ogon kangura?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.