Ile prawdy jest we wstrząsających historiach o rozdzielaniu siłą polskich rodzin.
Wiadomość o tym, że Sławomir Kowalski, polski konsul w Norwegii został uznany za personę non grata i ma wrócić do kraju, wywołała burzę. Polonia norweska błyskawicznie zorganizowała akcję „murem za konsulem”. Dyplomata jest bowiem znany z pomocy polskim rodzinom w sprawach o odebranie dzieci przez Barnevernet – Służbę Ochrony Praw Dziecka. To instytucja, która od lat budzi kontrowersje. Polacy mieszkający w Norwegii często przedstawiają ją jako zło w czystej postaci, które z byle powodu, albo na skutek fałszywego donosu odbiera im najbliższych. Pochodząca z Rzeszowa Polka wyjaśnia nam, jak faktycznie działa Barnevernet i czy niedostosowanie się do innej kultury może doprowadzić do utraty dziecka.
Czym polski konsul podpadł Norwegom? Wraz z rodzicami pojechał zobaczyć się z odebranymi im dziećmi. Urzędniczki odmówiły mu widzenia i wezwały policję. Świadkowie zdarzenia ujawnili film dokumentujący interwencję. – Chcę asystować polskim obywatelom. Mam prawo – mówi spokojnie konsul Kowalski, powołując się na międzynarodowe przepisy. Policjanci kazali mu jednak natychmiast opuścić placówkę, grożąc zatrzymaniem. Dyplomata zwrócił uwagę, że chroni go immunitet dyplomatyczny. To nic nie dało. Funkcjonariusze powoli wypychali go z budynku. Po całym zdarzeniu Sławomirowi Kowalskiemu zarzucono agresywne zachowanie wobec urzędników, przeszkadzanie w pracy publicznej placówki oraz niedostosowanie się do poleceń policji. – Zaczął być niewygodny, bo skutecznie pomagał rodzinom w nieodbieraniu dzieci i w odzyskiwaniu ich – jeśli do tego dochodziło. Widocznie było już tego za dużo – ocenia pochodząca z Rzeszowa Kamila. Kobieta ponad 10 lat temu wyjechała z mężem do Bergen w Norwegii. Mieszkają tam razem z 8-letnią córką i 15-letnim synem. Kiedy pytamy ją, ile prawdy jest w tych wszystkich opowieściach na temat Barnevernet, odpowiada krótko: – Ilu ludzi, tyle opinii, ale mnie nigdy nic złego z ich strony nie spotkało.
Niedawno jej koleżanka, która mieszkała w Norwegii kilka lat, z dnia na dzień spakowała się i wyjechała. – Byłam w szoku, bo nie wiedziałam, co się stało. Okazało się, że zbiegły się dwie nieprzyjemne sprawy: młodszy syn powiedział w przedszkolu, że tata bije mamę, co było nieprawdą. W tym samym czasie też starsza dziewczynka powiedziała, że nie je śniadań, które mama jej daje i przez to będzie miała problemy. Może faktycznie było coś na rzeczy, skoro dwójka dzieci coś powiedziała, albo był to potworny zbieg okoliczności – stwierdza Kamila. Pracownicy Barnevernet zaczęli węszyć i przesłuchiwać dzieci. A oni, jak już wypytują dzieci, to stawiają pytania naprowadzające, żeby tylko znaleźć tzw. haka, po którym rusza cała machina. Koleżanka tak się wystraszyła, że spakowała się i uciekła.
Kilka lat temu rodzina Kamili miała podobną sytuację. – Dawaliśmy synowi jedzenie do przedszkola, które przynosił z powrotem. Powiedział, że tata go z tego powodu pobije. Mąż miał rozmowę w przedszkolu. Jestem pewna, że syn też był wypytywany o to, ale na tym się skończyło – wspomina.
Norwegowie reagują nawet na najdrobniejsze sygnały. – Nieraz syn przychodzi i mówi, że pan się pytał, czy coś złego dzieje się w domu. Dlaczego? Bo nie się wyspał i siedział zmęczony. Interesują się wszelkimi zmianami w zachowaniu dzieci – podkreśla. Szybkie działanie ma ochronić dziecko i pomóc mu w trudnych sytuacjach. – Mam koleżankę, której ojciec 2 – 3 lata temu zamordował matkę. Gdy 12-letni brat został sam, ona zabrała go do siebie do Norwegii. Nastolatek dostał pomoc, choć wcześniej tu nie mieszkał. Do tej pory urząd się nim opiekuje, zapewnia psychologa. Sądzę, że ta koleżanka opowiadałaby o Barnevernet w samych superlatywach. Przypuszczam też, że chłopak nie otrzymałby takiej pomocy, gdyby został w Polsce – uważa rzeszowianka.
Zaczyna się od donosu
Kamila pracowała przez rok w przedszkolu razem z pedagog, która współpracowała z Barnevernet. – Nieraz rozmawialiśmy na temat odbierania dzieci. Pytaliśmy, czy faktycznie tak jest, że przychodzą i zabierają, bo coś im się nie podoba. Mówiła, że muszą mieć ku temu poważne powody – opowiada Kamila. Zwykle zaczyna się od donosu – od nauczyciela, lekarza, stomatologa, pielęgniarki, albo sąsiada. Jeśli ktoś z nich ma podejrzenie, że dziecku dzieje się krzywda, ich obywatelskim obowiązkiem jest informowanie. Reakcja jest natychmiastowa. Pracownicy urzędu rozpoczynają śledztwo. Sprawdzają sytuację w szkole, przedszkolu, później rozmawiają z lekarzem, dentystą, a w końcu wypytują same dzieci. Dopiero na końcu – o ile w ogóle – są informowani rodzice.
– Najczęściej sygnały pochodzą od pielęgniarki po okresowych bilansach, albo od dentysty. Jeśli już coś zgłaszają, to moim zdaniem nie bez powodu, tylko np. kiedy dziecko ma dużo ubytków, a jest w wieku szkolnym – zaznacza Kamila. Zauważa, że lekarz na badaniu nie zwraca się do rodzica, nawet jeśli ten siedzi obok, tylko zawsze rozmawia z dzieckiem. A gdy ono powie – codziennie pije słodkie soki i jem słodycze od rana do wieczora, zaczyna się problem. – Jeśli mieszka się tu na stałe, trzeba pewne przyzwyczajenia porzucić i dostosować się do Norwegów. Oni nie akceptują np. spożywania nadmiernej ilości cukru, bo z tego się bierze próchnica… – tłumaczy Polka. Pytanie, jak długa droga jest od próchnicy do odebrania dziecka? – Wydaje mi się, że to wszystko zależy od tego, jak będziemy rozmawiać z tym stomatologiem. Mój syn 3 lata temu sam poszedł do dentysty. Miał do leczenia zęba. Mieliśmy polecieć do Polski i powiedział: „Proszę mnie nie umawiać na kolejną wizytę, bo lecimy do Polski, to wyleczę tam”. 3 dni później poszłam z córką i tak sobie pani dentystka zapamiętała nasze nazwisko, że na dzień dobry zapytała, czy Jakub jest moim synem i opowiedziała, jak chciała go umówić. Już wiedziałam, o co chodzi. Oni nie znoszą, jeśli mieszka się tutaj z dzieckiem i nie korzysta z ich opieki lekarskiej. Dlatego zaprzeczyłam i powiedziałam: „Czemu mam chodzić do polskich dentystach i płacić, jeśli tu są gratis”. Wtedy dała sobie spokój – opowiada. Wszystko zależy od tego, jak rodzice rozmawiają i czy wykażą otwartość na współpracę. – Jeśli będziemy stawiać opór, to dla nich będzie sygnałem: „nie damy sobie pomóc”, a oni tego nie lubią – zauważa rzeszowianka.
Powodem do zainteresowania się sytuacją dzieci są też awantury w domu, albo częste imprezy z alkoholem. – Norwegowie też piją dużo, tylko się z tym nie afiszują. A my Polacy wiadomo, jacy jesteśmy – uśmiecha się Kamila. Urzędnicy będą też interweniować, jeżeli dziecko ma w szkole problemy z zachowaniem czy nauką, zwłaszcza, gdy rodzic nie wykazuje ochoty do współpracy. Dla nich to sygnał, że nie chce pomóc. – Mój syn jest trudnym dzieckiem, jeśli chodzi o zachowanie wobec nauczycieli, co ma na języku to powie. Ja mu otwarcie mówię: „Jeśli się nie uspokoisz, nie zmienisz swojego zachowania, będziesz miał problemy z Bararnevernet, bo w końcu szkoła to zgłosi” – przyznaje Polka.
Handel dziećmi?
Kiedy dziecko może zostać odebrane rodzicom? Jeśli występują poważne braki w codziennej opiece lub kontakcie osobistym i bezpieczeństwie; rodzice nie mogą zapewnić dziecku, które jest chore, niepełnosprawne wymaganego leczenia i rehabilitacji; dziecko jest źle traktowane lub poddawane innym poważnym nadużyciom w domu, albo jest wysoce prawdopodobne, że zdrowie lub rozwój dziecka może doznać poważnej krzywdy, bo „rodzice nie są w stanie wziąć za nie adekwatnej odpowiedzialności”. W takich przypadkach pracownicy działają zgodnie ze standardowymi procedurami. Jeśli jednak nieletni pozostaje zupełnie bez opieki (bo np. rodzice są chorzy), albo istnieje ryzyko, że stanie mu się fizyczna krzywda, urzędnicy mogą zabrać je z domu natychmiast po otrzymaniu doniesienia, a dopiero potem dokładnie zbadać sprawę.
Zdarza się, że dochodzi do prawdziwych dramatów, bo dziecko może w ten sposób trafić do obcej rodziny w efekcie zbyt pochopnie podjętej decyzji. Co gorsza, nie wróci zbyt szybko do domu. – Mówi się głośno, że to jest czysty handel, bo jakim cudem na dzień, w którym nagle odbierają dziecko ono już mają ustaloną rodzinę, do której trafi na stałe. To nie jest rodzina tymczasowa. Bardzo rzadko takie rozwiązanie jest czasowe. Może wtedy, kiedy nie mają „zapotrzebowania” na dane dziecko – mówi wprost nasza rozmówczyni. Często rodzice biologiczni nawet nie wiedzą, gdzie są wywożone ich dzieci, a jeśli sprawa jest poważna, nigdy się nie dowiadują. – Malutkie dzieci są zupełnie odcinane od przeszłości. Bywa, że zmienia się im nawet imiona, by mogły zacząć życie od nowa, nawet w nieświadomości, że zostały komuś odebrane – mówi rzeszowianka. W takiej sytuacji pozostaje już tylko walka w sądzie, która ciągnie się czasem nawet latami. Wyobraźmy sobie, że roczne czy dwuletnie dziecko niesłusznie trafia do rodziny zastępczej. Po 2 – 3 latach okazuje się, że ma zostać oddane, ale nie pamięta swojej prawdziwej mamy i jest już na tyle związane z „nową”, że sąd może postanowić, aby dla dobra małoletniego nie wyrywać go ze środowiska, w którym czuje się bezpiecznie.
Norwegia niechętnie mówi o swoich pomyłkach. – Norwegowie są z natury tacy, że nawet jeśli udowodni się im błąd, to się do tego nie przyznają. Potwierdza to sprawa z konsulem. Mają wszystko na nagraniach, ale idą w zaparte, że to nasz konsul jest winny. Bardzo nie lubią przyznawać się do winy – zauważa Kamila. Polacy, którzy stracą dzieci mogą szukać pomocy w organizacjach i kancelariach prawnych, które się tu udzielają. – Nie przypuszczam, żeby polska rodzina poszła do norweskiego adwokata, bo Norweg nie pomoże. Jeśli ktoś wyżej mu coś powie, to on na to przystanie. A my Polacy jesteśmy tacy, że będziemy walczyć, drążyć. Nie ma chyba takich norweskich rodzin, które by walczyły do tego stopnia jak Silie Garmo, która dostała w Polsce azyl. Wydalenie konsula też jest między innymi zemstą za to, że w tym pomagał. Oni nie mogą przeżyć, że rodowita Norweżka z dzieckiem wyjechała i oni są bezradni – nie ma złudzeń Polka.
Pasek z Louis Vuitton, albo skarga
Norweskie państwo to państwo opiekuńcze, które w ich ocenie zapewnia obywatelom szeroką pomoc, nie może im zaszkodzić, ani się mylić. Polacy myślą zupełnie inaczej. Trudna historia sprawiła, że na każdym kroku czują się gnębieni, a państwo wystarczająco im pomoże, jeśli nie będzie się wtrącać. Dlatego nie ufają organizacji, która wtrąca się do ich prywatności i mówi, jak mają żyć. – Polacy mają to we krwi, że stawiają opór. Mało tego przez tę sytuację z konsulem nasila się przekonanie, że Barnevernet to samo zło. Matki piszą: „Moje dziecko je w tygodniu słodycze. Chyba tego nie wytrzymam i wracam do Polski, bo będą problemy”. Przecież norweskie dzieci też jedzą. To już jest psychoza – ocenia Kamila.
Powody nieporozumień? Norweskie realia w zakresie prawa do opieki nad małoletnimi znacząco odbiegają od polskich, a standardy wychowania dzieci różnią się od tych wyniesionych z Polski. W naszym kraju uważamy, że dziecko należy do rodziców i to oni wiedzą najlepiej, co jest dla niego dobre. Państwo norweskie stoi na straży jego autonomii. – W naszej kulturze rodzina jest stawiana na pierwszym miejscu. Dla Norwegów niekoniecznie. Niezależnie, czy są zżyci, każdy na pierwszym miejscu stawia siebie i dba o siebie. Liczy się jednostka – zauważa Kamila. Relacje w norweskich rodzinach wyglądają inaczej, a rodzic nie zawsze interesują się tym, co się dzieje u jego pociechy. – Jeśli same nie przychodzi z jakimś problemem, to oni nie mają w zwyczaju do niego pójść i zapytać, jak mu minął dzień, jak było w szkole, czy wszystko w porządku. Często nie wiedzą, jakie mają problemy. Ja dzień w dzień wypytuję o to dzieci – śmieje się polska mama.
Kamila mówi wprost – dziecko w Norwegii ma większe prawa niż dorosły i potrafi to wykorzystać. – Rodzice się rozstaja i „dzielą” dzieckiem. W zależności od tego, jak się dogadają może np. przez 2 tyg. mieszkać u taty i przez 2 tyg. u mamy. Nieraz ma nawet dwie różne szkoły. Przez jeden miesiąc chodzi do jednej, przez kolejny do drugiej. To jest tu normalne – przyznaje nasza rozmówczyni. – Kolega mojego syna, który ma właśnie takich rozwiedzionych rodziców powiedział do taty, że jeśli nie pojedzie do Oslo i nie kupi mu paska z Louis Vuitton, to zadzwoni do Barnevernet i powie, że go bije, nie dba o niego itd. Nie miał innego wyjścia… pojechał i kupił mu ten pasek za kilka tysięcy. To częsty proceder, że norweskie dzieci w ten sposób szantażują rodziców. Każde dziecko zna przecież numer, pod którym może się poskarżyć – wyjaśnia.
Polka zwraca uwagę, że źle odebrane może być nie tylko zaniedbanie dziecka, ale i przesadne troszczenie się o nie. – Używają tutaj pojęcia „kurza mama”. Chodzi o to, że wszystko robi za dzieci, jest nadopiekuńcza, a to też nie jest dobre – tłumaczy. – Nieopodal naszego domu mieszkają znajomi. Mają 13-letniego syna. Koleżanka powiedziała mi, że całkiem do niedawna mąż go usypiał. Jeśli to dziecko powiedziałoby do kogokolwiek w szkole: „Tata chodzi mnie usypiać”, odczytaliby to bardzo źle, bo jest już na to za duży. Sama otworzyłam oczy. Mogliby to nawet odebrać za pedofilię – zauważa.
Dziecko w Skandynawii od najmłodszych lat ma być samodzielne. Już 4-latek ma sam się ubrać i zjeść. – Tutaj roczne dzieci i dwulatkowie dostają do rączki kawałki kromeczki i same jedzą. Nie karmi się ich łyżeczką. Dziecko ma ochotę, to zje. Nie, to nie. Kiedy jest większe i chce się z kimś spotkać, nie można mu tego zabraniać i ograniczać jego swobody – mówi Kamila.
Nie wolno też używać słowa „kara”. Gdy mówimy o karze np. w kontekście zabraniania telewizji czy wyjścia, tutaj jest to kojarzone z czymś strasznie złym, karą cielesną. Nie można do Norwega powiedzieć: „ukarałem dziecko”, lepiej „zabroniłem czegoś”. – Dlatego dobrze by było, gdyby Norwegowie też zaznajomili się z naszą kulturą, bo źle odbierają niektóre słowa. Mówią: „Jeśli mieszkasz na stałe w Norwegii, masz się dostosować do naszych zwyczajów, wymagań, itd.” A wiadomo, że kultury się różnią. Pracownicy z Barnevernet powinni dowiedzieć się, jak dana narodowość wychowuje swoje dzieci, jakie ma przyzwyczajenia itd., bo z niewiedzy mogą popełnić dużo błędów – ocenia Polka.
Kamila przyznaje, że uważają z mężem, na to co robią i mówią przy dzieciach, bo te nawet nieświadomie mogą coś powtórzyć. Podkreśla jednak, że wychowują pociechy zgodnie ze swoimi przekonaniami, „po polsku”. Chciałaby wrócić do Rzeszowa. Mój mąż natomiast chce zostać, póki dzieci nie skończą szkół. Pytamy, czy gdyby Bevernevernet miało zastrzeżenia co do jej rodziny, uciekliby do ojczyzny? – Nie wiem, jak byśmy zareagowali. Nie zastanawiałam się nad tym, bo nigdy nie dotyczyło to bezpośrednio mnie. Może wykorzystałabym, żeby wrócić do Polski? Z drugiej strony, gdybym chciała tu mieszkać, nie uciekałabym, bo to jest po części przyznanie się do winy – mówi. – Jeśli nie mielibyśmy nic na sumieniu, starałabym się z nimi rozmawiać i współpracować. Oni na pewno, poobserwowaliby nas, dokładnie sprawdzili, ale myślę, że daliby nam spokój.
Wioletta Kruk


