On i ona. Wykształceni, na poziomie, z dwójką wspaniałych dzieci w nowym, pięknym domu. Sielanka. Tylko z pozoru, bo w czterech ścianach przez 15 lat rozgrywał się koszmar. Kobieta była wyzywana i upokarzana. Bita i kopana. Przyduszana i zastraszana. Psychiczne manipulowana. Doprowadzona przez męża do ostateczności marzyła o śmierci. Nie zamierzała odejść sama – nie mogła przecież zostawić dzieci z domowym katem…
Anna i Mirek poznali się w 1999 r. On mówił, że nie przestanie kochać do końca życia. Niczego jej nie żałował. Rok później byli już po ślubie. – Oczarował mnie swoją opiekuńczością. To przy nim poczułam się bezpiecznie, co dla mnie – osoby, która w dzieciństwie panicznie bała się szalejącego ojca alkoholika i była przez niego bita – miało ogromne znaczenie – wyznaje Anna, nauczycielka z Rzeszowa.
Najpierw urodziła im się córka, rok później syn. – Moja mama zajęła się dziećmi, więc mogłam wrócić do pracy. Przed każdym wyjściem z domu mój mąż sprawdzał, jak jestem ubrana, czy nie mam za dużego dekoltu, zbyt krótkiej spódnicy, choć na żadnym etapie mojego życia nie ubierałam się, ani wyzywająco, ani ekstrawagancko – relacjonuje kobieta.
Łapała go na tym, że nie mówi wszystkiego. Chciał podżyrować rodzicom pożyczkę, ale bez jej wiedzy, choć dobrze wiedział, że ona nie miałaby nic przeciwko. Zaczął chować przed nią portfel. Ukrywał zarobki. Nie mogła tego zrozumieć. – Przestałam się liczyć, przestałam być partnerką. Nie obchodziło go, co czuję, co myślę – zauważa Anna. Potrafił skompromitować ją publicznie. Szybko znienawidziła wspólne wyjścia. Wystarczyło, żeby z kimś porozmawiała, a zaczynały się wyzwiska, bezpodstawne oskarżenia o zdradę. Zaczęła unikać spotkań z kimkolwiek, by nie dawać cienia pretekstu do awantur.
– Już gdy byłam w pierwszej ciąży, wyzywał mnie od „kur…”, a własne nienarodzone jeszcze dziecko od „kur… bachora” – wspomina Anna. – Z perspektywy czasu wiem, że już wtedy należało zakończyć to „małżeństwo” i to jak najszybciej. Moja mama jednak kazała wybaczać i żyć dalej. Starałam się… bardzo…, tym bardziej że on przepraszał, obiecywał, że więcej nie będzie. Wierzyłam, a raczej chciałam wierzyć. Zresztą tego też wszyscy wokół mnie oczekiwali.
„Lej kur…, jak pyskuje”
Anna uczyniła męża współwłaścicielem rodzinnej działki i 3 lata później rozpoczęli na niej budowę nowego domu. – Udało nam się „uciułać” 70 000 zł na stan surowy, głównie dzięki mojej mamie, u której mieszkaliśmy z dziećmi, i mojej cioci. Obie pomagały nam na bieżąco – opowiada Anna. Na dokończenie wspólnej inwestycji wzięli 235.000 zł kredytu we frankach szwajcarskich. – Mąż naprawdę żył… budową – ocenia kobieta. Projektował, ulepszał – to była ta dobra strona. Z drugiej strony zaczął wyżywać się i na jej rodzinie. – Stał się arogancki, bezczelny, zaczął dyktować warunki. Wyzwiska kierował już nie tylko do mnie, ale i pod adresem mojej mamy – przypomina sobie Anna. Próby dyskusji niczego nie dawały. On nie przyjmował żadnych argumentów.
Kiedy Mirek zaczął być wobec niej brutalny? – Gdy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem, mąż potrafił mnie popchnąć, w końcu zaczął podnosić na mnie rękę. Nie wiedziałam, jak reagować, co zrobić, żeby zrozumiał, jak mnie to boli. Nie fizycznie – siniaki szybko znikały. Bolało mnie, że przestałam się dla niego liczyć, że z osoby najbliższej – męża i ojca naszych dzieci stał się kimś, kto zaczął się nade mną znęcać – nie kryje Anna. Pojawiała się na budowie i odchodziła z płaczem. – Mirek wyzywał mnie i drwił. Kiedyś przyszłam z dziećmi, a on akurat malował kuchnię. Zapytałam go o coś, wtedy uderzył tak, że odbiłam się od ściany i upadłam – wyznaje Anna. – Innym razem spałam z córką, a on wpadł do pokoju i bez powodu zaczął mnie dusić.
Anna próbowała zrozumieć na wszelkie sposoby powody brutalnego traktowania. Zastanawiała się, jaki wpływ mogła mieć na to rodzina męża. – Teść wołał za mną „feministka”. Później dowiedziałam się, że udzielał też życiowych lekcji Mirkowi: „Lej kur…, jak pyskuje”. Nie wiem, co go tak ubodło. Nie chciał, by jego syn miał własną rodzinę? Dlaczego? Początkowo, kiedy mąż chciał się całkowicie odciąć od swoich, to ja namawiałam go by ich odwiedzać, chociaż na każdym kroku dawali odczuć, że ani ja, ani wnuki nie są im do niczego potrzebni.
Nikt nie chciał się mieszać w rodzinne sprawy. Choć próby były. – Wezwano nas do szkoły podstawowej, gdzie chodziły dzieci. Na nich najszybciej było widać, że w domu źle się dzieje – przypomina sobie Anna. Kiedy mąż dowiedział się, że placówka może złożyć na prokuraturę doniesienie o znęcaniu się nad rodziną, obiecał, że pójdzie na terapię. – Faktycznie poszedł, ale nie trwało to długo. Byliśmy raptem 3 razy. Potem powiedział, że on więcej nie będzie chodził: „To ty jesteś pierdol…., to się lecz” – usłyszałam. Szkoła szybko straciła możliwości nacisku. – Była w trakcie remontu-rozbudowy, a mój mąż – inżynier budownictwa – zaoferował swoje usługi i tak zakręcił, że już nikt nie śmiał go do niczego namawiać – mówi Anna.
Złapał ją i rzucił na ziemię
Kiedy mu coś nie pasowało, obrażał się i bez słowa wychodził. – Najpierw znikał na krótko, później na kilka dni, tygodni. – Nie dzwonił. Nie dawał znaku życia. Umierałam z niepokoju, a potem szukałam go i błagałam… by wrócił. Usilnie starałam się ratować małżeństwo i przywrócić ojca dzieciom. Dziś wiem, że nie miało to najmniejszego sensu – nie ma złudzeń Anna. – On nie interesował się dziećmi. Nigdy z nimi nie rozmawiał. Zdarzało się, że kiedy mnie nie było, po prostu zamykał je w pokoju. Z czasem dowiedziałam się też, że je bił i nie dawał im jeść.
Gdy znikał, Anna wydzwaniała aż do skutku. – Słyszałam wtedy, że już go nie obchodzimy, że dzieci mam wychować sama. Kiedyś, by dowiedzieć się, dlaczego przepada na całe noce próbowałam śledzić go taksówką. Wykorzystał to później jako argument, że taksówkarz to mój kochanek – wyznaje. Po jednym z takich angielskich wyjść małżonek Anny wrócił do domu rankiem, tuż przed pracą. Poszedł wziąć prysznic. – Pomyślałam, że sprawdzę w stojącym na podjeździe aucie, czy nie ma śladów po tym, gdzie był. Nie słyszałam, jak podbiegł. Złapał mnie i rzucił na ziemię. Zaczął kopać po twarzy i głowie. Na czworakach uciekłam do domu. Widzieli to sąsiedzi. Było mi przed nimi wstyd. Głowa bolała okropnie, wymiotowałam. Pojechałam na pogotowie. Lekarz kazał założyć Niebieską Kartę. Założyłam. Gdy wieczorem policja przyjechała do domu zbadać sytuację, mój mąż oczywiście uciekł.
Oprawca Anny chyba się trochę przestraszył. Nie na długo jednak. Następnym razem dusił ją – już bez świadków. W wannie, potem polewał wodą. – Nie mogłam złapać oddechu, krzyczałam ze strachu. Wsiadłam do samochodu, pojechałam na policję. Przed komisariatem przypomniałam sobie, że jak wybiegałam, mąż błagał mnie, żebym tego nie zgłaszała. Odpuściłam i wróciłam – wspomina Anna. Niebawem pan Mirek wpadł na pomysł, jak może ją gnębić bez bicia. – Choć w tym ostatnim był prawdziwym mistrzem. Najbardziej lubił uderzać w głowę, nie było widać śladów, można było nawet kopać… Lekceważył mnie na każdym kroku, zastraszał. Potrafił całymi dniami się nie odzywać, albo urządzać awantury. Gdy byłam w kuchni, podchodził znienacka i tuż za moją głową trzaskał drzwiami od szafki… Jestem od niego niższa, więc zawsze miałam odwieszać słuchawkę od prysznica tak, by on nie musiał jej przesuwać do góry. Któregoś dnia zapomniałam i zostawiłam na swojej wysokości. Wyszłam z łazienki, a za chwilę mój mąż wściekły złapał mnie za włosy i zawlókł pod prysznic. „Jak jeszcze raz nie odwiesisz tego na miejsce, to zobaczysz kur… co ci zrobię”. Jak to działa na psychikę, nie zrozumie kto nie był tak gnębiony – nie ma złudzeń Anna. – Codziennie wracałam do domu i nie wiedziałam, czym mu znów podpadnę. O wszystko bywał zły. Próbował mnie ubezwłasnowolnić. Nie mogłam niczego sama kupić, ani do ubrania, ani do domu. Raz się postawiłam, kupiłam komodę, awanturował się strasznie i kazał ją natychmiast wyrzucić. Ledwo ubłagałam, by stanęła w pokoju syna… Wciąż słyszałam wyzwiska. Wszystko robiłam źle. Nie czułam się już człowiekiem. Zresztą on cały czas utwierdzał mnie w przekonaniu, że jestem histeryczką i to w dodatku chorą psychicznie – opowiada kobieta.
I ksiądz dobrodziej nie pomógł
Czy nie szukała oparcia w rodzinie, wśród znajomych, specjalistów?! – Moja teściowa powiedziała, że ona ze swoim mężem przeszła gehennę, a nikomu się nie skarżyła. Moja mama traktowała Mirka jak syna i wciąż go usprawiedliwiała – relacjonuje Anna. – Znajomi się wykruszyli. Bałam się kogokolwiek zaprosić do domu, żeby mój małżonek nie zaczął swojej akcji Wstydziłam się jego zachowania i byłam zła na siebie, że w XXI wieku daję sobą tak pomiatać. Chodziłam do psychiatrów. Brałam leki. Byłam kłębkiem nerwów. On mnie kończył… Słyszałam też, że wśród swoich znajomych wyrobił mi opinię nienormalnej.
Gdy po raz kolejny jaśnie pan małżonek zostawił Annę samą, pojechała do siostry mieszkającej w Brzesku. – To był okres świąteczny, poszłam tam do spowiedzi. Rozpłakałam się i opowiedziałam księdzu, że mąż mnie zostawił, że jest u swoich rodziców. Ksiądz chciał do nich jechać, jednak, gdy powiedziałam, że mieszkam w Rzeszowie, kazał mi iść do księdza w parafii męża – wspomina Anna. Długo trwało zanim posłuchała duszpasterza z Małopolski. Słusznie się obawiała. W podkarapckiej parafii nie znalazła zrozumienia. Dowiedziała się tylko, że powinna bardziej szanować poślubionego mężczyznę, bo… zarabia pieniądze. – Owszem zarabiał, ale głównie dla siebie. A ja nie siedziałam przed telewizorem, tylko pracowałam zawodowo i w domu – mówi z goryczą Anna. – Zamiast wsparcia, proboszcz z rodzinnej parafii męża wbił gwóźdź do mojej trumny. Byłam – bita, kopana, duszona. Wmawiano mi, że jestem zerem, nikim… W końcu nawet ksiądz się na mnie poznał…
Wydawało jej się, że stanęła pod ścianą. 24 stycznia 2012 r. Anna odkręciła gaz. W domu nie była sama, były z nią dzieci. – Niewiele z tego pamiętam. Wiem, że ja już odleciałam i że nie chciałam, żeby dzieci zostały same z katem – opisuje z trudem. Dziś nie chce do tego wracać. – Przyjechały służby i zostałam odratowana – ucina.
Po kolejnych bezskutecznych interwencjach u rodziny męża, gorączkowych poszukiwaniach ratunku, gdzie się tylko dało, Anna trafiła do rzeszowskiego Ośrodka Pomocy Osobom Pokrzywdzonym Przestępstwem prowadzonym przez Stowarzyszenie „Nowy Horyzont”. Dostała dobrego psychologa. Miała dostęp do prawnika. To wzmocniło nadwątloną psychikę terroryzowanej kobiety. – W grupie wsparcia zobaczyłam siebie w innych kobietach – tak samo gnębionych, manipulowanych i zastraszanych przez mężów i ojców swoich dzieci. Choć pochodziły z różnych domów i środowisk, mechanizmy, którymi je zniewalano, były te same co u mnie. Otworzyły mi się oczy – podkreśla.
16 lutego 2015 r. Anna wróciła później do domu, bo miała terapię u specjalisty od przemocy. – Jak zwykle zrobiłam zakupy i wpadłam do kuchni, by szykować kolację. Mąż siedział rozparty wygodnie w salonie i układał pasjansy na laptopie. Córka mówiła, że ma sprawdzian z fizyki i chciałaby się z kimś pouczyć. Poprosiłam męża, żeby się z nią pouczył. On odpowiedział: „Nie. Nie mam zamiaru się denerwować”. Na kolację zszedł syn, a ojciec powiedział, żeby się nie plątał, bo w tym domu każdy ma jakieś obowiązki. Zdenerwowałam się i zapytałam męża, jakie on ma obowiązki. Odpowiedzią był krzyk, wyzwiska i wyjście z domu. Akurat byłam po terapii. Psycholog powiedziała, że nie mogę być bierna, że muszę stawiać granice, bo któregoś dnia naprawdę zwariuję – tłumaczy Anna. Kiedy więc małżonek wrócił do domu, stanęła przed nim i powiedziała, że teraz to on musi ją wysłuchać. – Usłyszałam „Akurat” i zaczął się ubierać do wyjścia. Zaszantażował mnie, że pójdzie do mojej mamy i powie, że mi znów odbija. Nie chciałam tego. Moja mama jest chora, wiedziałam, jak się zdenerwuje. Otworzyłam za nim drzwi i krzyknęłam: „Nie idź, proszę”. Na szczęście nie poszedł. Nie było go z godzinę, a gdy wrócił, znów usiadł przed laptopem. Byłam zła, podeszłam i zamknęłam mu laptop. Kopnął mnie tak, aż przeleciałam przez cały salon. Nie mogłam wstać, przeszedł obok i oznajmił, że się jutro wyprowadza. Byłam rozżalona, krzyknęłam: „Wynoś się! Dzisiaj! Nie mogę na ciebie patrzeć, boję się”.
Mąż Anny jakby na te słowa czekał. Wyszedł i nie wracał. Nie zamierzał jednak odpuścić krnąbrnej babie. Ze wspólnej lokaty zabrał 37.500 zł. Zostawił na koncie jedynie 56 zł. Anna została sama z dziećmi, jedną pensją, kredytem na dom i… guzem w piersi. Jakby tego było mało, 3 miesiące później dostała pozew o rozwód. – Cierpiałam. Płakałam. On dobrze wiedział, jak bolą mnie jego ucieczki, więc pewnie liczył, że będę go znów błagać, by wrócił. Wiedział, że jestem w rozsypce, bo czekałam na wyniki badania onkologicznego. Nie miał żadnych skrupułów – wspomina Anna. Serce jej krwawiło, ale postanowiła, że już nigdy w życiu o nic go nie poprosi. Zmieniła zamki w drzwiach. – Zrobiłam to ze strachu. Kiedyś oglądałam program o rodzinie, w której mąż zachowywał się podobnie, a potem zabił swoją żonę – nie kryje.
Nie był taki bezinteresowny
Rozwód uprawomocnił się w ub. roku. Anna jest szczęśliwa, że ma to już za sobą. – Nie będzie mnie już nikt bił, kopał, dusił, wykręcał rąk, popychał, wieszał pętli. Nie będzie wielodniowej ciszy, oczekiwania na najgorsze – mówi z ulgą. – Teraz chciałabym sprzedać dom, bo mam jedną pensję, 1000 zł alimentów i… kredyt. Spłacam do banku co miesiąc 2 tysiące zł. Byłego męża kredyt nie obchodzi, choć powinien spłacać połowę. Udaje przed znajomymi dobrego, bo zostawił „nienormalnej” żonie i dzieciom dom. A to nieprawda. Nie był taki bezinteresowny. Niczego nie zostawił. Wycofałam mu sprawę karną o znęcanie się nad rodziną, a on nadal dręczy…
Skoro ona chce sprzedać dom, pan Mirek postanowił to blokować. Ostatnio, jako współwłaściciel nieruchomości, zwrócił się o odcięcie mediów, choć od 4 lat Anna sama regularnie opłacała rachunki. Nie poinformował, że to zrobi. – Taki „dobry” mąż i ojciec, a o mały włos w środku zimy zostałabym z dziećmi bez ogrzewania, ciepłej wody i prądu. Na szczęście w porę zdążyłam to odkręcić. Mój kat nie przewidział, że ludzie z urzędów poinformują, co robi. Znów nie wiem, o co może mu chodzić. Przecież nie zamierzam pozbawiać go wspólnego majątku. Tak, jak kiedyś przepisałam mu moją działkę na współwłasność, tak i teraz chcę się z nim uczciwie rozliczyć, spłacić mu jego część i iść dalej. W całym swoim życiu kierowałam się prawdą i czystym sumieniem. Inaczej nie potrafię, nie umiem i nie chcę. Drogo za to zapłaciłam. Dałam sobie odebrać kilkanaście lat życia – wyjaśnia Anna. Jak dodaje, niebawem dzieci będą chciały pójść na studia, a ona będzie musiała im pomóc. – Niepotrzebny mi już tak duży dom i kredyt. Mąż nie sfinansuje naszym dzieciom studiowania. Nawet do aparatu ortodontycznego dla syna się nie dołożył, więc jak tu liczyć na jego jakiekolwiek wsparcie? Nie mam ochoty walczyć. Nie interesują mnie manipulacje. Nie pragnę zemsty. Chcę się dogadać i mieć spokój – deklaruje. Kobieta trzeźwo ocenia swoją sytuację. – Trzeba było 15 lat, aby zrozumieć, że mąż nigdy mnie nie kochał – od początku chodziło mu tylko o uzależnienie mnie od siebie. Kochać go nie nauczono, bo wychował się w domu pełnym zimna i egoizmu. Dzisiaj jest mi go tylko szkoda – uważa. – Mam nadzieję, że inne kobiety, tkwiące w podobnie chorych związkach, dzięki mojej historii znajdą siły, by zawalczyć o siebie i dzieci. Mnie się udało. Już nie jestem ofiarą. Uwolniłam się i uratowałam dzieci. Są mądre, inteligentne, no i – choć nie wiem, jakim cudem – nie mają śladów w psychice, że wychowywały się w domu przemocowym. Ze swoim ojcem nie chcą mieć jednak do czynienia…
***
Wg policyjnych informacji 5979 osób z naszego regionu zostało dotkniętych przemocą w 2018 r. Rok wcześniej problem dotyczył 6072 osób, a w 2016 r. – 5425. Ofiarami przemocy są najczęściej kobiety (4263 w 2018 r.), natomiast jej sprawcami – mężczyźni (92 – 94 proc.).
KOMENTARZ
Elżbieta Wisz, psycholożka, psychoterapeutka, mediatorka: – Sytuacje z tej opowieści rozgrywają się nieomal w przestrzeni publicznej. Ktoś coś zauważa i reaguje. Później jednak sprawy zmieniają kierunek. Można się domyślać działania np. stereotypu, że przemoc łączy się z patologią alkoholizmu lub biedą. Tego tutaj nie ma. Partner bohaterki ma wysoką pozycję społeczną i posiada pewne pozytywne walory, atrakcyjne społecznie. Może nawet coś załatwić. Zło, podobnie jak i dobro, nie ma twarzy, nie jest rozpoznawalne jednoznacznie. Paradoksalnie to ona staje się napiętnowana, a przez to zdezorientowana i niepewna, czuje się także obwiniona i w końcu winna nieudanego związku. Brak wsparcia izoluje ją od otoczenia, nasila jej autodestrukcję. W tej dramatycznej relacji małżeńskiej jest mnóstwo wzajemnej presji, uświęconych celem środków. Obydwoje partnerzy nie rozumieją źródeł bezsilności, a dopóki nie zaakceptują swojego udziału w sprawie, niczego nie zmienią. Einstein mawiał, że szaleństwem jest robić coś tak samo, oczekując różnych rezultatów. Bohaterka zrozumiała swoją sytuację i rozpoczęła istotną, ale trudną pracę dla siebie i… bliskich. Dzieci nie rozwijają się w abstrakcyjnej rzeczywistości rodzinnej i pojęciowej, ale poprzez konkretne sytuacje domowe. Te powinny być dobrej jakości od samego początku. Doświadczenia z dzieciństwa są kluczowe dla zrębów osobowości, obrazu ja, stanowienia granic i poczucia bezpieczeństwa oraz przekonania o własnym wpływie na życie. Oczywiście, nie chodzi o idealizowanie rodziny, ale o spójny, dobry przekaz, w którym jest też miejsce na konflikty i różnice. Ważne jest to, jak dorośli sobie z nimi radzą, bo tego nauczą dzieci. Dla nich, dorośli są modelami wszystkiego, co później będą robić w życiu, czy będą miały udane związki i czy będą umiały być w nich szczęśliwe…
Beata Sander


