
RZESZÓW. Dlaczego lepiej się uśmiechać niż narzekać i smucić.
„Czy szczęścia można się nauczyć?” – to tytuł kolejnego spotkania, które odbyło się w ramach cyklu „Wielkie pytania w nauce” organizowanego przez WSIiZ we współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”. Psycholog, terapeuta uzależnień – dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska oraz teolog i etyk – ks. prof. Alfred Wierzbicki rozmawiali m.in. o tym, jak być szczęśliwym, czym właściwie jest szczęście i czy warto zajmować się nim w szkołach.
– Czy szczęście jest wielkim pytaniem nauki? Na pewno są nauki, które się z tym problemem borykają, mają jakieś koncepcje, ale myślę, że jest to pytanie, które wykracza poza naukę. To po prostu pytanie życia, z którym każdy z nas ma do czynienia – twierdzi ks. prof. Alfred Wierzbicki.
– Na każde urodziny, święta, jubileusze zawsze sobie życzymy szczęścia. Myślę, że z tego powodu trochę to szczęście przereklamowaliśmy. W dzisiejszych czasach nabrało ono symbolicznego znaczenia, które rozumie się jako sukces. Dobre życie to takie, które jest pełne szczęścia – mówi dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. W praktyce jednak bardzo często zauważamy, że ciągle czujemy niedosyt. Dlaczego? – Zachłysnęliśmy się samym wyobrażeniem, które jest wyidealizowane albo dlatego, że to jest zbyt górnolotne pragnienie i stawianie sobie za cel osiągnięcie szczęścia w taki euforyczny sposób to nie do zrealizowania – tłumaczy psycholog.
Zdaniem teologa, istotą szczęścia jest zgoda z samym sobą. – Żyjemy w kulturze obrazów i mamy szereg obrazów złudnego szczęścia, które nie jest naszym. Szczęście w bardziej obiektywnym znaczeniu przychodzi, kiedy nie rezygnuję z bycia sobą, buduję siebie i pracuję nad sobą, a nie tylko chcę w życiu coś osiągnąć. Ważniejsze jest być niż mieć – podkreśla ks. prof. Wierzbicki. Jak mówi, bardzo często myślimy o szczęściu tylko w kategoriach świadomości bycia szczęśliwym, tymczasem istotne są też więzi z innymi ludźmi oraz uczestniczenie w życiu drugiego człowieka.
Szczęście to bardzo indywidualne pojęcie. – Jeżeli się nauczę, że to ode mnie zależy, na co zwracam uwagę i co robię, a co odsuwam na drugi plan, to będę dużo częściej i łatwiej generować w sobie spokojne i piękne uczucia – mówi psycholog. Zamiast więc narzekać w pochmurny dzień, warto wziąć do ręki herbatę albo ulubioną książkę i cieszyć się luksusem, że nie trzeba nigdzie wychodzić. Warto też poznać siebie, odkryć, kiedy czujemy się najlepiej, odczuwamy radość, a później wybierać z tego katalogu. Psycholog przyznaje, że każdy spotyka na swoim życiu problemy, jednak ich istotą jest rozwiązywanie, a nie roztrząsanie.
Endorfiny działają jak morfina
Prowadzący spotkanie, Wojciech Bonowicz zapytał gości, czy powinna powstać „polityka szczęścia”, a w szkołach wprowadzić „edukację do szczęścia”? – O polityce szczęścia pewnie warto myśleć, ale wolałbym, żeby żadna partia o tym nie pomyślała – żartuje ks. prof. Wierzbicki.
– To jest dobry pomysł, żeby przygotowywać ludzi do szczęścia. Czy wyodrębnić konkretny przedmiot, nie wiem, ale myślę, że każdy nauczyciel, ojciec, matka, profesor, kolega znajomy, może zachęcać do uśmiechu – przekonuje dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Kluczem jest wzbudzenie radości przez pobudzenie produkcji endorfin. – Co to są endorfiny? Endogenna morfina – moje własne środki uśmierzające ból. I to nie tylko kolana czy zęba, ale ból egzystencjalny, który powoduje, że ludzie tracą sens życia. Uśmiechnij się, zacznij tak postępować, żeby ci się chciało śmiać, a nie płakać! – radzi terapeutka.
wk



One Response to "Czy do szkół należy wprowadzić „edukację o szczęściu”?"