Podróbka cudnie zapakowana

Fot. PZPN

REPREZENTACJA. Wojciech Szczęsny, Kamil Grosicki i Robert Lewandowski – bez tej trójki eliminacje EURO 2020 byłyby dla Polski bardzo gorzkie.

Po dwóch meczach eliminacji Euro 2020 Polska prowadzi w grupie z kompletem punktów i bez straconej bramki. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o dobre informacje.

Przed spotkaniem z Łotwą na Stadionie Narodowym, podszedłem do wybitnego dziennikarza Stefana Szczepłka. Poprosiłem, by podpisał mi swoją najnowszą książkę „Szkoła falenicka”. Mistrz złożył autograf z piękną dedykacją, a obok daty wpisał wynik 3-0. – Jak nie trafię, proszę schować głęboko i nikomu nie pokazywać – zażartował. Biało-czerwoni wymęczyli 2-0, a tym, którzy spoglądają na reprezentację szerzej, niż tylko przez pryzmat wyników, nie było do śmiechu.

Magia stadionu i meksykańska fala
Polski Związek Piłki Nożnej to bez wątpienia sprawnie działające przedsiębiorstwo. Nowocześnie zarządzana firma, która wie, jak zarobić miliony. Owszem, blamaż na mundialu i kiepska postawa zespołu nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka sprawiły, że PZPN musiał powalczyć o kibica, obniżając ceny biletów. Ale magia Narodowego wciąż działa. Na niedzielnym meczu z Łotwą, 132. drużyną rankingu FIFA, pojawiło się ponad 51 tysięcy widzów. Stadion został udekorowany z okazji zacnego jubileuszu 100-lecia istnienia PZPN, burgund i złoto kapitalnie z sobą współgrały, na wielkich ekranach pod dachem puszczano najsłynniejsze akcje i bramki w historii polskiej piłki, przygotowano kolekcję strojów retro, jakie zakładali Wacław Kuchar, Józef Kałuża czy Ernest Wilimowski. Reprezentacja to produkt genialnie opakowany, ale po otwarciu pudełka zamiast wykwintnych czekoladek otrzymujemy produkt na bazie taniego oleju palmowego. Inna sprawa, że kibicom to chyba nie przeszkadza. Na trybunach pojawiła się zatem nieśmiertelna meksykańska fala, na końcu tłum odśpiewał Mazurka Dąbrowskiego i zakołysał w rytm „Bałkanicy”. Skarbnik PZPN zapewne uśmiechnął się szeroko. Intuicja podpowiedziała mu, że na kolejnych meczach eliminacyjnych będzie komplet.

Klapa w pomocy
Od zwycięstwa nad Niemcami w 2014 roku reprezentacja Polski nie przegrała na PGE Narodowym żadnego meczu. Niedoceniani Łotysze mieli szansę zdobyć twierdzę, a już na pewno odłupać kawał muru, lecz w kluczowych momentach albo pudłowali albo na przeszkodzie stawał Wojciech Szczęsny. Bramkarz Juventusu został bohaterem dwumeczu z Austrią i Łotwą i niepokojące jest to, jak wiele pracy miał w Wiedniu i Warszawie. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Polska trafiła do grupy np. z Serbią i Ukrainą.
Wojciech Szczęsny, Kamil Grosicki i Robert Lewandowski – oto trójka, która uratowała reprezentację przed blamażem i zapewniła jej względny spokój przed decydującą batalią, która rozpocznie się w czerwcu, a zakończy w listopadzie tego roku. Łatwiej pracować, mając 6 punktów w kieszeni, ale sytuacja i tak jest podbramkowa. W drużynie Brzęczka jest zbyt wiele słabych punktów, zwłaszcza w kluczowej formacji, czyli na środku pomocy. Mateuszowi Klichowi i Grzegorzowi Krychowiakowi najlepiej idzie przeszkadzanie rywalom, z kolei Piotr Zieliński sobą czyli piłkarzem jakiego znamy z Napoli, jest tylko od czasu do czasu. Polakom brakuje szybkości, piłka najczęściej fruwa nad głowami, atak pozycyjny pozostał bolączką. Na Łotwę i Macedonię taka gra wystarczy, podczas ME – nawet tych 24-zespołowych – niekoniecznie.

Piątek na tronie? Jeszcze nie
Podczas wyczytywania składów na Narodowym największe owacje otrzymał Krzysztof Piątek. Wyglądało to tak, jakby 51 tysięcy ludzi dokonało właśnie wyboru, strącając z piedestału Roberta Lewandowskiego. Tyle, że z ogłoszeniem narodzin nowej gwiazdy trzeba poczekać, bo to kapitan zasłużył w dwumeczu na najwyższą notę. Na Praterze walczył wściekle o każdą piłkę, Piątek nie zdobyłby zwycięskiego gola bez pomocy „Lewego”. W Warszawie napastnik Bayernu uderzał na bramkę Łotyszy, rozgrywał, podawał, rozbijał przeciwników, bronił, mobilizował kolegów – był wszędzie. Aż trafił do siatki, po raz nie wiadomo który, ratując Polsce skórę. Przełamał się po ośmiu meczach w kadrze bez gola. Ci, którzy mają jeszcze wątpliwości, powinni otworzyć oczy i uświadomić sobie, że życie bez „Lewego” nie istnieje. Może kiedyś tak będzie, ale na pewno nie dziś.

Tomasz Szeliga, Warszawa

Leave a Reply

Your email address will not be published.