
Rozmowa z ŁUKASZEM JANOSZKĄ, napastnikiem PGE Stali Mielec.
– No to mamy wreszcie w Stali napastnika.
– Dawno nie grałem na „dziewiątce”, ale myślę, że eksperyment się powiódł. Najważniejsze, że pomogłem drużynie.
– Napastnik musi mieć szczęście, do pana też się uśmiechnęło, bo strzelał pan na raty…
– Powinienem skończyć w pierwszym tempie. Dobrze, że piłka do mnie wróciła, była okazja na poprawkę.
– Rozegraliście kapitalne zawody, a przecież trzy dni wcześniej wyglądaliście na zespół pogodzony z losem. Skąd ta przemiana?
– Wszystko dzieje się w głowie. Potrafiliśmy zmienić swoje nastawienie, powiedzieliśmy sobie, że to ostatni dzwonek, że trochę punktów pogubiliśmy i margines błędu bardzo się skurczył. Sandecja tylko się broniła, Raków grał odważnie, więc mecz był otwarty i dużo ciekawszy.
– Jakie były główne założenia na pojedynek z liderem?
– Chodziło o to, żeby dorównać częstochowianom fizycznie oraz pod względem walki i zaangażowania. Bo o umiejętności piłkarskie jesteśmy w Stali spokojni.
– Rzuciliście się na przeciwnika jak wygłodniałe wilki.
– Była agresja i pazerność na gole. Tego zabrakło we wcześniejszych meczach. Cała drużyna zasłużyła na pochwały. Także ci, którzy weszli z ławki. Po dojściu Adriana Paluchowskiego rywalizacja o skład jeszcze wzrośnie, a trener zyska większe pole manewru. Tak powinno być. Żaden zawodnik nie powinien oddać za darmo miejsca w jedenastce.
– Artur Skowronek powtarza, że ŁKS w końcu zacznie przegrywać.
– Ucieszy nas to, lecz jeśli nie zrealizujemy własnego planu, nic nam to nie da. Koncentracja na swojej pracy to podstawa. ŁKS ma przewagę, lecz zapewniam, że nie zwątpimy w awans. Dopóki będą choćby matematyczne szanse, dopóty będziemy walczyć.
– Na koniec pytanie z innej beczki. Drży pan o los Ruchu Chorzów?
– Wszyscy wiedzą, że los „Niebieskich” leży mi na sercu. Ruch to klub, któremu kibicuję. Trzymam za nich kciuki, wierzę, że się utrzymają w drugiej lidze, a w następnych latach powalczą o coś więcej.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


