Niechciane dziecko PO wygrywa

Fot. Paweł Dubiel

Z Elżbietą Łukacijewską, europosłanką wybraną na trzecią kadencje do Parlamentu Europejskiego rozmawiamy na temat trudów minionej kampanii wyborczej, braku wsparcia ze strony Platformy Obywatelskiej i… pomysłu ubiegania się o fotel prezydencki.

– Jak ocenia Pani krajobraz polityczny po wyborach do Europarlamentu?
– Czuję niezwykłą satysfakcje, gdyż nikt w Polsce nie wszedł do Parlamentu Europejskiego z dziesiątego miejsca na liście. Patrząc też na jakość konkurencji, wiem jak trudno było zdobyć mandat. Mieszkam w małej miejscowości, gdzie wyborców jest jak na lekarstwo, więc tym bardziej jestem dumna, że mieszkańcy mojej gminy Cisna postawili na Koalicję Europejską. Mimo to, ogólny obraz powyborczy jest nieco smutny. Mimo, niemal że pewności zwycięstwa, uzyskaliśmy 7 proc. mniej niż PiS, w wyborach, w których wydawałoby się głosuje nasz target. To jednak porażka.

– Kiedy dowiedziała się Pani, że nie będzie startować z czołowych miejsc na liście?
– Tuż przed świętami wielkanocnymi. Akurat jechałam z córką szukać miejsca na jej przyszłoroczne wesele. O fakcie dowiedziałam się z… mediów od dziennikarzy, co było tym bardziej bolesne. Na początku nie chciałam wierzyć w tej informacje i myślałam, że ktoś robi sobie żarty. Dlaczego? Przecież takie decyzje komunikuje się osobiście. Zadzwoniłam do Warszawy o potwierdzenie.

– Dlaczego miejsce 10 na liście? Chodziło o to, że wyborcy widzą pierwszą i ostatnią pozycje?
– Postawiłam jeden warunek, że jeśli nie wystartuje z 10 miejsca to rezygnuje. Uważałam, że na wstępnie przypisaną mi 7 pozycje nikt nie zagłosuje. Wybory pokazały, że ludzie też tak uważali. Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, że układanie list niesie za sobą pewne konsekwencje dla kandydatów, lecz w polityce jest ważna pewna klasa. Przecież nie można odsuwać tych, którzy przynoszą głosy. Nie da się wygrać ludźmi zbierającymi jedynie po …kilka tysięcy głosów.

– Kampania była twarda, odniosła Pani sukces, lecz chyba jest żal do partii za brak wsparcia?
– W wielu miejscach regionu czułam wsparcie społeczne, a ludzie mówili, że nie podoba im się to co się wydarzyło w strukturach regionu. Jeśli chodzi o Warszawę to filozofia była taka, aby do PE wszedł nasz koalicjant. No cóż, nie chciałabym mówić o sobie, ale nie można deprecjonować polityków, dlatego że są silniejsi, mocniej pracują i są wśród ludzi. Poczułam się skrzywdzona i wkurzona, bo nie widziałam żadnych powodów, które by pozwalały na takie potraktowanie mnie.

– Zaskoczeni byli chyba wszyscy. Począwszy od wyborców, skończywszy na dziennikarzach…
– Ludzie z mediów zastanawiali się, jak KE chce wygrać wybory, skoro podejmuje takie ruchy. W terenie słyszałam od ludzi, że to aż wstyd, aby wśród polityków chodziły głosy typu „że jak z Podkarpacia to każdy tylko nie Łukacijewska”. To jest małe, a małości w polityce nie powinno być.

– Twarzą niepowodzeń KE w Polsce był Grzegorz Schetyna, a w regionie Zdzisław Gawlik?
– Szef sztabu i struktur na Podkarpaciu powinien działać na rzecz całej listy. Sam nie zdecydował się startować, a przy tym nie prowadził kampanii, która łączyłaby wszystkich i nie nadawała tonu ponad rywalizacji. Wystarczy przejrzeć strony PO, trudno tam znaleźć jakiekolwiek słowa o tym, że zwyciężyłam w regionie, trudno też zobaczyć wpisy dotyczące mojej osoby. Ponadto nie wyobrażam sobie, aby pracownik biura promował tylko jedną osobę. To deprecjonuje i powoduje, że pan Gawlik powinien podać się do dymisji.

– Wspominała Pani, że Krystyna Skowrońska powinna zostać liderem struktur. Dlaczego?
– Dwukrotnie zmierzyłyśmy się na listach do PE i przy całej naszej rywalizacji muszę przyznać, że tym razem pani poseł uzyskała wynik bardzo dobry. Ciężko pracowała i wydaje się, że w regionie jest niemal najsilniejsza. Uważam, że Krystyna Skowrońska stała się liderem na Podkarpaciu, do roli którego, kiedyś jedynie aspirowała. Wówczas nim nie była, lecz teraz się to zmieniło i przy mądrych decyzjach może zgromadzić wokół siebie sporo wartościowych ludzi.

– Przed samymi wyborami, kogo uważała Pani za największego konkurenta na liście KE? Czesława Siekierskiego, Krystynę Skowrońską czy może Marka Ustrobińskiego?
– To były już moje siódme wybory, więc czuje ludzkie emocje, dlatego też jeszcze przed wyborami wynik Marka Ustrobińskiego szacowałam na 15 tys. głosów, co oznaczało brak mandatu. W przypadku Czesława Siekierskiego grała „jedynka”, która daje dodatkowe 20-30 proc. głosów. Mimo to nie dawałam do końca wiary w jego sukces, gdyż Podkarpacie nie lubi ludzi z zewnątrz. Jeśli chodzi o Krystynę Skowrońską to wiem, że postawiono duże siły na to, aby poseł dostała się do PE. Była trudną konkurencją.

– W wieczór wyborczy powiedziała Pani „wygrałam bo ludzie widzą co robię dla regionu, a nie widzą tego liderzy”. Czuje się Pani jak niechciane dziecko PO?
– Gdy trwały wybory samorządowe informowałam ludzi PO, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy to jestem do dyspozycji. Z jakąkolwiek sprawą się do mnie zwrócono to nigdy nie odmawiałam. Dlatego nie rozumiem takiego stosunku do mnie, bo myślę, że w polityce powinno się szanować tych, którzy przyciągają głosy i mają odwagę mówić, że coś dzieje się źle. Otaczanie się samymi lizusami jest zawsze z krzywdą dla samej formacji politycznej.

– Na konserwatywnym Podkarpaciu wsparcie Donalda Tuska pomogło czy zaszkodziło?
Jeżdżąc po regionie spotkałam się z setkami głosów ludzi czekających na powrót Donalda Tuska do polskiej polityki. Gdy dziś porównany jakość sceny politycznej, celność wypowiedzi, i całą otoczkę to chyba nikt nie powie, że Donald Tusk nie jest kimś kto nie przeszedł niesamowitej transformacji. Wielu polityków i ludzi darzy go ogromnym szacunkiem.

– Szykuje się więc start Donalda Tuska na fotel prezydencki?
– Taka decyzja zależałaby od wielu czynników. Teraz trudno się do tego odnieść. Jeśli chodzi jednak o prezydenturę to może warto wreszcie postawić na kobietę tak jak na Słowacji czy Chorwacji.

Rozumiem więc, że kiedyś w kampanii prezydenckiej pojawi się nazwisko… Łukacijewska?
– Spotykałam się już z takimi opiniami młodych ludzi (śmiech). Mówiąc poważnie, to wielka sprawa, która wymagałaby zgodnej decyzji partii oraz jej liderów. Od zawsze stawiałam sobie wyzwania. Mimo wszystko w naszym kraju wciąż pokutują konotacje, że prezydent kojarzy się mężczyzną. Patrząc na ostatnie wysokie wyniki kobiet ze wszystkich opcji politycznych to czuć powiew siły aktywności żeńskiej strony.

Nie drażni Pani narracja, że Podkarpacie to wciąż zaścianek, a wyborców można przekupić?
– Szacunek należy się każdemu wyborcy. Trzeba akceptować ich decyzje, bo jeśli społeczeństwo czuje, że się je deprecjonuje to postępuje naprzeciw. Dobry polityk musi iść do ludzi, rozmawiać z nimi. Nawet jeśli jest się profesorem, to czasami trzeba schylić głowę przed zwykłym człowiekiem. Nie ulega wątpliwości, że program 500plus czy też trzynasta pensja dla emerytów zrobiły swoje. Pokazuje to także jak duża w społeczeństwie jest potrzeba otrzymania wsparcia.

– Czym będzie Pani zajmować się w kolejnej kadencji Europarlamentu?
– Jeżdżąc po Podkarpaciu spotykałam się z problemami polegającymi na krzywdach zdrowotnych. Na tym, że ludzie chorują na nowotwory, i że jest problem z dostaniem się do specjalisty. Wiele osób w Polsce nie otrzymuje leków, które w Europie są normą. Chce zaangażować się w projekt wsparcia leczenia nowotworów, a także w ochronę zdrowia publicznego.

Na ile praca europarlamentarzystów przekłada się na życie przeciętnego Kowalskiego?
– Spójrzmy chociażby na roaming. Kiedyś opłaty za rozmowy międzypaństwowe były drogie, dziś już się to zmieniło. Zniknęła podwójna jakość produktów, rozwiązano kwestie odszkodowań za opóźnione pociągi. Zlikwidowaliśmy produkcje plastiku w niektórych obszarach, i ograniczyliśmy emisje niebezpiecznych gazów, przez co samorządy i firmy muszą np. zakładać specjalne filtry. To wszystko dotyczy obywateli.

Rozmawiał Kamil Lech

20 Responses to "Niechciane dziecko PO wygrywa"

Leave a Reply

Your email address will not be published.