Jak co roku w Boże Ciało do Parku Sybiraków w Rzeszowie przybędzie ok. 40 tys. osób. To tyle, ile gromadzą imprezy na Stadionie Narodowym.
Malownicza scenografia, zgrany chór, znakomita orkiestra i uznani artyści, profesjonalna scena, nagłośnienie i oświetlenie… Już w ten czwartek, w Boże Ciało, w plenerze rzeszowskiego Parku Sybiraków rozegra się koncert Jednego Serca Jednego Ducha. Będzie okazja pośpiewać, potańczyć, posłuchać poruszających refleksji i naładować akumulatory pozytywną energią.
Na to wydarzenie zjeżdża i czeka tysiące ludzi z całej Polski. Są tacy, którzy przybywają z zagranicy: USA, Anglii, Norwegii, Niemiec, Austrii, Ukrainy czy innych stron. To już 17. edycja rzeszowskiego koncertu. Wymyślił go charyzmatyczny Jan Budziaszek, muzyk – samouk, perkusista Skaldów i rekolekcjonista, który po pielgrzymce do Częstochowy przewartościował zupełnie swoje życie. Za organizacją tego potężnego spotkania stoi sztab ludzi. Nad ich pracą czuwają niezawodni i niestrudzeni księża: Andrzej Cypryś, dyrektor Instytutu Teologiczno-Pastoralnego w Rzeszowie, duszpasterz akademicki Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, a także Mariusz Mik, proboszcz parafii Świętego Stanisława BM w Boguchwale oraz duszpasterz diecezjalny Odnowy w Duchu Świętym. Koncert rozpocznie się o godz. 19 i potrwa do godzin nocnych. Impreza ma charakter otwarty. Wstęp jest jak co roku bezpłatny. Każdy może przyjść i dołączyć do tłumu szczęśliwych. Bo, jak podkreśla Jan Budziaszek: – Nic tak nie połączy ludzi jak wspólna modlitwa i wspólne śpiewanie.
Rozmowa z ks. Mariuszem Mikiem, jednym z organizatorów koncertu Jednego Serca Jednego Ducha i dyrygentem Hubertem Kowalskim
– Jak to się dzieje, że ten koncert się nie nudzi ani artystom, ani publiczności?
Hubert Kowalski: – Ludzie wyczuwają, że wprowadzamy ich nie tylko w przestrzeń profesjonalnego – jak najbardziej zawodowego wykonania, ale i przekazujemy im pewne ważne treści. To furtka nie tylko dla przeżyć natury estetycznej, ale i bardzo osobistych przeżyć duchowych. Muzyka jest genialną rzeczywistością, która potrafi w niezwykły sposób otwierać ludzkie serca, a wtedy człowiek zaczyna zwracać uwagę na słowa, konfrontuje się z nimi. Dochodzi do przemian życiowych. To jest niesamowite i to jest ta rzeczywistość, która jednoczy ludzi.
– Nazwa Jednego Serca Jednego Ducha okazała się prorocza…
Ks. Mariusz: – Kiedy już było wiadomo, że ten koncert będzie, należało go jakoś nazwać. Pamiętam, jak siedzieliśmy z Andrzejem [ks. Andrzej Cypryś], a w tym dniu w czytaniach był tekst z Dziejów Apostolskich, który mówił akurat o tym, że chrześcijanie gromadzili się w duchu jednego serca i jednego ducha. Obu nam wpadło do głowy, że właśnie tak powinien nazywać się nowy koncert. Poczuliśmy, że taka nazwa odpowiada temu, co Bóg zaplanował dla tego dzieła.
– Przez te wszystkie lata nie mieliście pokusy, żeby przenieść to spotkanie bliżej centrum Polski, gdzie łatwiej byłoby się dostać?
Ks. Mariusz: – Janek Budziaszek zawsze podkreśla: „Jeździłem z tym pomysłem po różnych miejscach. Nigdzie nie mogłem znaleźć kogoś, kto zechciałby go podjąć”. A gdy spotkaliśmy się w Rzeszowie, okazało się, że my tutaj chcemy to robić. Zaprosiliśmy do współpracy inne osoby i tak powstała drużyna Jednego Serca Jednego Ducha. Jasiu mówi, że gdzie indziej tego koncertu nie udałoby się zrobić w takim duchu i w takim przeżyciu. Nasz region to nie tylko miejsce – przestrzeń, ale i ludzie. A oni otworzyli się na tę ideę. Gdzie więc robić ten koncert, jak nie tu?! Współtworzy go wiele środowisk z miasta i regionu: urzędy, firmy, instytucje kultury, uczelnie. A za każdym z tych podmiotów stoją konkretni ludzie. To od nich otrzymujemy pomoc i to różnych poziomach. Co roku potrzeba ogromu pracy, żeby zaistniał. Dlatego możemy go robić tylko tutaj!
Hubert Kowalski: – Patrząc z perspektywy lat i różnych wydarzeń, fakt funkcjonowania tego koncertu wydaje się bardzo wymowny. To, że trwa, wszędzie jest rozpoznawalny i tak wiele osób na niego przyjeżdża. W tej chwili trzeba by nie wiadomo jakich odziaływań marketingowych, żeby przyciągnąć takie rzesze ludzi. A tu niczego takiego nie było. Dla mnie to wielki, ewangeliczny znak. Pokazuje, że ważne rzeczy dokonują się w określonych miejscach i określonym czasie. Niekiedy wydaje nam się, że dzieła, które wnoszą coś w życie ludzi, rodzą się w wielkich aglomeracjach. Okazuje się, że Pan Bóg wybiera coś prostszego, czego czasami moglibyśmy na pierwszy rzut oka nawet nie dostrzec. Gdyby kilkanaście lat temu ktoś myślał o zorganizowaniu wielkiego wydarzenia, wyobrażał je sobie, nie wiem, czy pomyślałby o Rzeszowie… A Pan Bóg wybiera gdzieś coś, czego się nie spodziewamy. Tak jakby chciał nam powiedzieć: „Uważaj, ty tak bardzo liczysz, że tu i wtedy, a ja ci pokażę, że lepiej będzie… tam i wtedy”. To daje do myślenia. Czasem zastanawiam się, jaka byłaby odpowiedź mieszkańców innego miasta, regionu, czy nasz koncert udałby się w innym miejscu? Prawdopodobnie nie.
– Z roku na rok przybywa fanów wydarzenia. Jakie są szacunki na tegoroczną edycję?
Ks. Mariusz: – Unikamy podawania liczb, bo nie mamy żadnych biletów, nie liczymy uczestników. Mamy tylko szacunki z różnych stron. Te mówią, że w koncercie uczestniczy nawet 40 tys. osób, czyli byłby to poziom imprezy na Stadionie Narodowym. Być może. Zresztą koncert to nie tylko plac wydzielony w rzeszowskim parku i tereny do niego przyległe. To przestrzeń otwarta. Ktoś tego dnia przechodzi, zobaczy usłyszy, zatrzyma się i zostaje z nami na zawsze. Mamy takie świadectwa. Są tacy, którzy pojawili się zupełnie przypadkowo, a po tym koncercie zmienili całkowicie swoje postawy. Mamy świadomość, że to, co robimy, wymyka się spod kontroli, często nas przerasta, jest większe niż potrafilibśmy poukadać sobie w głowie. I dobrze. Gdybyśmy byli ograniczeni naszymi zdolnościami, zaczęlibyśmy się zastanawiać, wahać, czy damy radę, czy warto się angażować.
– A czego obawiają się organizatorzy?
Hubert Kowalski: – Naszym pragnieniem, które towarzyszy nam od początku jest, żeby ten koncert był na wysokim poziomie artystycznym. Musimy przygotować grupę muzycznie, zmobilizować i skonsolidować ludzi. To zawsze wymaga maksymalnej pracy. Z doświadczenia wiemy, że trzeba to utrzymać do pewnego punktu, a potem… wypuścić.
Ks. Mariusz: – Po pierwsze musimy sprostać wymaganiom formalnym, pozyskać wszystkie zgody, wypełnić zobowiązania. Druga rzecz jest trudniejsza. Zawsze boję się, aby przez to zabieganie organizacyjne nie nałożyć kagańca na wydarzenie. Martwię się, by pozostała przestrzeń, w której duch Boży będzie się poruszał, żeby wystarczyło miejsca na nazywane tak po ludzku niespodzianki. Uczestniczymy w czymś, co nas doświadcza, jest wspanialsze od naszych planów i zamierzeń.
– Czymś co pozwala wznieść się wyżej, bliżej nieba?
– Ks. Mariusz: – O, tu już wchodzimy w język duchowy, który pomaga nam dopowiedzieć to, czego język zwyczajny, codzienny nie daje rady opisać. Wchodzimy w coś głębszego, coś z ducha, nie z ciała.
– Aż dreszcz przechodzi…
Ks. Mariusz: – Co roku w czasie koncertu przeżywamy takie momenty, kiedy rzeczywiście dreszcz przechodzi przez nasze ciała. Mamy emocje i choć jesteśmy świadomi, że mogą przyjść, nie jesteśmy w stanie przygotować się na nie. Sami wiele otrzymujemy, ale widzimy też, że ten koncert odziaływuje na zgromadzonych. Każdy jest inny i przychodzi do nas z różnymi oczekiwaniami, wyobrażeniami. W trakcie widać, jak zmieniają się reakcje, dochodzi nawet do stanu medytacji. Koncert ma różne przestrzenie. Są momenty, gdy wszyscy tańczą, ale i takie, kiedy coś się dzieje w człowieku. Nie opiszesz tego dokładnie, ale to rejestruje kamera, to widać później na fotografiach. Powstają przepiękne, wzruszające obrazki. Dla takich chwil warto to robić, nawet gdyby nasze spotkanie miało poruszyć tylko jedną osobę, jedno serce. My czekamy na wszystkich – ten koncert potrzebuje obecności każdego.
Beata Sander





3 Responses to "Koncert, który nigdy się nie nudzi"