
Dramatyczne kulisy udzielania pomocy ofierze wypadku drogowego, który miał miejsce pod Tarnobrzegiem.
Czteroosobowa rodzina po czołowym wypadku samochodowym trafiła do dwóch szpitali. Rodzice do Szpitala Wojewódzkiego w Tarnobrzegu. Dzieci do Szpitala Powiatowego w Sandomierzu. Przez trzy dni mieli ze sobą tylko kontakt telefoniczny i poprzez bliskich, którzy dyżurowali przy ich łóżkach. Wydawało się, że wszyscy wyjdą z tego nieszczęścia cało. Niestety, jedno z nich zmarło, a sprawa trafiła do prokuratury i sądu.
– Jestem pielęgniarką i byłam szwagierką Uli. Pracowałam wówczas na SORz-e w tarnobrzeskim szpitalu i zostałam wezwana do tego wypadku – mówi kobieta, która w procesie dotyczącym śmierci tarnobrzeżanki występowała w charakterze świadka. – Nie chcę nawet wracać myślami do tego dnia, bo to był straszny wypadek.
Wydarzenia opisane aktem oskarżenia miały miejsce 24 października 2015 roku. Czteroosobowa rodzina z Tarnobrzega jechała na mszę św. w intencji członków rodziny do kościoła w Wiązownicy (pow. Staszowski). Do przejechania mieli około 30 km. Tuż za mostem w Nagnajowie, na styku województwa podkarpackiego i świętokrzyskiego w prawidłowo jadącego hyundaia, którym jechali tarnobrzeżanie wjechał kierowca volvo.
Chciała to usłyszeć ode mnie
Ranni zostali wszyscy jadący hyundaiem. Małżonkowie O. trafili do Szpitala Wojewódzkiego w Tarnobrzegu. Dwoje ich dzieci do Szpitala Powiatowego w Sandomierzu.
– Ja nie byłem w stanie uniknąć zderzenia – mówił przed sądem mąż zmarłej kobiety. Pamiętam, że zacząłem się uwalniać z pojazdu. Nie pamiętam dokładnie późniejszego przebiegu zdarzeń. Widziałem żonę i dzieci. Ale ja zostałem zabrany jedną karetką i żona drugą. Dzieci zabrano do Sandomierza. Z tego, co się dowiedziałem od rodziny, która nas odwiedzała to wszyscy mieliśmy ogólne potłuczenia. Nie zagrażały one jednak życiu. Z żoną rozmawiałem kilkakrotnie przez telefon. Głównie o dzieciach. Oboje bardzo się o nie martwiliśmy, ona wiedziała od rodziny, że z nimi jest dobrze, ale chciała to usłyszeć ode mnie. O sobie mówiła, że jest dobrze…
Do wypadku rodziny O. doszło w sobotę około godz. 15.40. 24-godzinny dyżur w Zakładzie Diagnostyki Obrazowej tarnobrzeskiego szpitala pełnił wówczas lekarz Bogdan P. Gdy technik radiologii wykonał badania pani Urszuli on miał je opisać.
– Pani poszkodowana w wypadku trafiła ze skierowaniem na badania klasyczne radiologiczne oraz na tomograficzne w typie „politrauma”. Skierowanie na badanie bez kontrastu zlecił lekarz rezydent dyżurujący na oddziale chirurgii. Nie było żadnych danych klinicznych. Tylko lakoniczne stwierdzenie: „złamanie podudzia”. Gdy technik wykonał badanie, ja zacząłem je opisywać w szablonie, żeby nie tracić cennego czasu. Zacząłem od głowy i szyi, gdzie nie stwierdziłem zmian. Potem opisałem klatkę piersiową. Były złamania obojczyka, mostka i żebra. Poza tym w miąższu płuc pojawiły się ogniska stłuczeń, które świadczyły o dużych siłach nacisku działających na klatkę piersiową – wyjaśniał przed sądem lek. Bogdan P., którego prokuratura oskarżyła o nieumyślne spowodowanie śmierci kobiety. – Kontaktowałem się w tej sprawie z chirurgiem i zleciłem dodatkowe badanie śródpiersia z kontrastem. Urazy, których doznała kobieta były duże i zdaniem lekarza mogły doprowadzić w krótkim czasie do niewydolności oddechowo-krążeniowej.
Pani Urszula miała, jak się okazało trzy dni później, także rozerwane mięśnie boczne brzucha i przepuklinę. Bogdan P. obrażeń tych nie uwzględnił w swoim opisie. W czasie, gdy był przesłuchiwany przez prokuraturę zeznał, że w chwili, gdy badał pacjentkę nie były one na tyle znaczące, żeby wymagały natychmiastowej interwencji lekarskiej i dlatego ich nie opisał. Podczas przesłuchania przed sądem stwierdził, że nie zrobił tego być może dlatego, że oderwał go w trakcie opisu telefon, albo może to przez to, że miał za dużo pacjentów, że czekało na jego opis badanie kolejnego pacjenta kwalifikowanego jako „politrauma”. Przyznał, że był tamtego dnia bardzo zapracowany, na pewno widział te obrażenia, ale wyjaśnić dlaczego je pominął po prostu nie potrafi.
Bordowo-granatowe plecy
Pacjentka przebywająca na oddziale chirurgii z godziny na godzinę coraz bardziej cierpiała. Jej plecy stały się bordowo-granatowe. Odczuwała potworne bóle brzucha, o których informowała matkę, szwagierkę i pielęgniarki. Musieli wiedzieć o nich także lakarze. Mówiono, że to normalne po wypadku, że wszystko jest pod kontrolą.
– Córka dostawała zastrzyki. Ja byłam w takim stanie, że ja nie rozmawiałam z lekarzami – zeznała przed sądem matka zmarłej. Szwagierka była do tego upoważniona, bo ona jest pielęgniarką. – Proszę mnie zrozumieć, ja miałam czworo dzieci w szpitalach. Ja to wszystko bardzo przeżywałam. Jeździłam od jednego szpitala do drugiego. Pamiętam, że podczas moich pobytów u córki, nie odwiedzał jej żaden lekarz. Dopiero trzeciego dnia, około 9 rano przyszło dwóch lekarzy, chyba jeden anestezjolog. I jeszcze potem, przyszedł lekarz, który stanął w drzwiach i się po prostu na nas patrzył. Nic nie mówił. Ja to mam przed oczami do dziś. nie wiem, czemu tak stał…
Zdaniem prokuratury brak opisu wykonanego przez lek. Bogdana P. tuż po wypadku skutkował tym, że kobieta nie została natychmiast zoperowana, doszło do perforacji jelita, treści żołądkowe wylały się do jamy brzusznej. Dostała sepsy.
Ja nie jestem od stawiania diagnozy
– Pokrzywdzona była zakwalifikowana jako pacjent wysokoenergetyczny, czyli taki, u którego należy wykonać kolejne badania, bo sytuacja jest dynamiczna. Moich badań nikt ze mną nie konsultował. Nikt z oddziału w niedzielę nie zlecał kolejnych badań. Było badanie z kontrastem wykonane w poniedziałek, ale ono i tak niewiele wniosło. Moim zdaniem, to przede wszystkim obserwacja kliniczna i stan pacjenta są wskazaniem do pogłębienia diagnostyki. Ja nie jestem od stawiania diagnozy. Badanie tomograficzne jest tylko badaniem pomocniczym. Jeśli stan pacjentki był nieadekwatny do wyniku to z założenia powinna mieć wykonane następne badanie. O badaniu tomograficznym decyduje lekarz klinicysta i jeśli stan pacjenta tego wymaga powinno być ono powtórzone po 6 czy po 12 godzinach. – tłumaczył się przed sądem oskarżony lekarz.
Lekarz przyznał, że radiolodzy sami nie mogą wykonywać badań, których im nie zlecono. Ja pamiętam, że była taka sytuacja, że pani radiolog w sposób ordynarny wykrzyczała w końcu: „weźcie k…skierujcie ją na tomograf”. I to badanie wyjaśniło w końcu, że doszło do perforacji jelita, w jamie brzusznej było powietrze i zdecydowano o skierowaniu pacjentki na natychmiastową operację.
Powiedziała, żebym dbał o dzieci
– Rozmawiałem z żoną we wtorek rano i mówiła, że będzie miała operację – mówił mąż zmarłej. – Żona chyba przeczuwała, że coś jest z nią źle, bo powiedziała mi jeszcze, żebym się nie przejmował, jeśli coś się stanie i żebym dbał o dzieci.
Pani Urszula przeżyła operację, ale nie odzyskała po niej świadomości. Zmarła 15 listopada 2015 r., niecałe trzy tygodnie po wypadku.
Bogdan P. to lekarz specjalista radiologii, wieloletni kierownik Zakładu Diagnostyki Obrazowej tarnobrzeskiego szpitala. W lecznicy tej przepracował 36 lat. 68-latek nie czuje się winny zarzucanego mu czynu. Przed sądem stwierdził, że wydaje mu się, że w przypadku pani Urszuli wszystko zrobił dobrze.
Małgorzata Rokoszewska



2 Responses to "Weźcie, k…, skierujcie ją na tomografię!"