
Dowodziła największymi akcjami w województwie, przesłuchiwała groźnych zabójców, tropiła przestępców. W jej przypadku twierdzenie, że kobiety to słaba płeć zupełnie mija się z prawdą. Alena Myrda, była Naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego w Komendzie Wojewódzkiej, a obecnie wykładowczyni WSPiA Rzeszowskiej Szkoły Wyższej, opowiada nam o sprawach, które uważa swoje największe sukcesy i porażki, a także o tym, jak współpracowało jej się z mężczyznami.
– Kobiety nadają się do Policji?
– Oczywiście! Przecież to my od małego chcemy wiedzieć: Kto? Co? Kiedy? Z kim? Jak i po co? Mamy to wyssane z mlekiem matki! A to jest siedem złotych pytań kryminalistyki! No i kto się bardziej nadaje, jeśli nie kobiety?
– Dlatego wybrała Pani mundur…
– Wychowałam się w rodzinie prawników. Niektórzy nawet byli obrażeni, że nie będę kontynuować tradycji, ale byłam idealistką. To nie zabrzmi oryginalnie. Zawsze chciałam pomagać ludziom. Brałam udział w różnych sprawach, natomiast najbardziej utkwił mi w pamięci moment, kiedy odzyskaliśmy telewizor 70-letniej pani. Dokładnie pamiętam model – Rubin 714P. Jego właścicielka z wdzięczności przywiozła nam ciasto biszkoptowe i słoiczek własnoręcznie zrobionego dżemu. To miało dla mnie chyba większą wartość niż wszelkie nagrody tego świata. Czułam satysfakcję, że byłam komuś potrzebna.
– Ile kobiet razem z panią starało się o przyjęcie do Policji?
– Byłam jedyna. Powiem więcej, na kursie podstawowym nie mieli dla mnie sali, bo nie byli przygotowani na kobiety. Już w komendzie miejskiej w Rzeszowie, w pionach roboczych było nas trzy. Nie zapomnę swojego pierwszego dnia służby. Nagle zobaczyłam tak dużo ludzi w niebieskich mundurach, których zawsze się człowiek trochę boi. To była prześmieszna sytuacja, ponieważ większy respekt czułam do dzielnicowego niż komendanta miejskiego, który chodził po cywilnemu (śmiech).
– Jak się pracowało z facetami?
– Wspaniale! Oni mają zasadę: „Jak coś do ciebie mam, to ci powiem, ale za chwilę wypije z tobą kawę”. My jesteśmy trochę inne. Pamiętam, kiedy przełożony wezwał mnie do siebie i mówi: „Słuchaj, spieprzyłaś sprawę” i po mnie „pojechał”. Ja ze łzami w oczach mówię: „Nie, tutaj są jeszcze dokumenty, których nie zdążyłam pokazać”. Na co on: „No i czemu mi nie przerwałaś od razu, stara?!”. Czy można się w takiej sytuacji gniewać? No nie!
– Mogła Pani liczyć na kolegów?
– Tak. Zresztą, zawsze ceniłam grę zespołową. Jeśli ktoś mówi, że sam wykrył przestępstwo, to kłamie. Na to pracuje cały sztab ludzi – ci, których widać i ci niewidoczni, choćby z laboratorium kryminalistycznego. Czasami były sytuacje, że w 3 dni trzeba było przesłuchać 60 świadków. Nigdy nie miałam kłopotu z tym, żeby poprosić kolegów o pomoc, a z drugiej strony, kiedy oni tego oczekiwali, nie odmawiałam.
– Brakowało Pani damskiego towarzystwa?
– Zawsze miałam wokół siebie głównie mężczyzn. Podczas gdy moje koleżanki pracujące np. w urzędach rozmawiały o tym, jakie upiekły ciasto albo, że w tym sezonie modna jest czerwień, ja byłam na bieżąco, jeśli chodzi o modele samochodów oraz… specyfikację opon. Na szczęście, od piaskownicy mam serdeczną koleżankę i ona mnie trochę ratowała w tym, żeby po prostu być kobietą. Poza tym trafiłam na wspaniałego faceta, z którym jestem kilkadziesiąt lat. W domu mogłam się czuć małą kobietką.
– A w pracy?
– Musiałam być silna, ale nie chciałam stać się babą w męskich spodniach. Poza tym płeć w niczym mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, kiedy miałam małe dziecko, czasami mogłam poprosić kolegów o zastępstwo. Uważam również, że wiele spraw udało mi się rozwiązać, dzięki temu, że potrafiłam zachować kobiecą intuicję (śmiech).
– Jak zdobyła Pani szacunek mężczyzn?
– W czasach, kiedy zaczynałam, kobiety, zwłaszcza oficerowie w wydziałach dochodzeniowo-śledczych czy kryminalnych, się nie zdarzały. Wiedziałam, że muszę się wykazać większą wiedzą niż przeciętny policjant. Jeżeli pokaże się swoją mądrość, udowodni, że czyta przepisy i je rozumie, a czasem komuś pomoże w ich interpretacji, zyskuje się szacunek. Nie mogłam też powiedzieć, że nie wezmę udziału w jakiejś akcji, bo jestem tylko kobietą. Odmówiłam tylko dwa razy – kiedy bardzo źle się czułam w ciąży i gdy zmarł mój ojciec. Uważam, że osiągnęłam wielki osobisty sukces. Byłam pierwszą kobietą w rzeszowskich „pezetach” [red. Wydział Przestępczości Zorganizowanej], pierwszą w Centralnym Biurze Śledczym, a w końcu pierwszym naczelnikiem pionu kryminalnego na terenie Polski południowej, nie mówiąc już o Podkarpaciu. Trochę tych ścieżek przetarłam i mam nadzieję, że dzięki temu koleżankom było łatwiej.
– W latach 90. policjanci mieli ręce pełne roboty.
– To były czasy Pruszkowa – bandytka kwitła, a system prawny nie był w ogóle przystosowany. Na początku nasz wydział liczył zaledwie 10 osób, ale to byli wspaniali ludzie. Zajmowaliśmy się głośnymi sprawami – handlem żywym towarem, przemytem narkotyków na dużą skalę, pierwszymi haraczami. Pamiętam, jak „zdejmowaliśmy” ludzi powiązanych z Pruszkowem, którzy zbierali haracze w Rzeszowie. Zgromadziliśmy materiał dowodowy na jednego z mafijnych „orłów”, co wcześniej się nie udawało. Przestępca został osadzony w związku z prowadzoną przez nas sprawą. W 2000 r. wydział przekształcono w Centralne Biuro Śledcze Policji. Przepracowałam w nim 11 lat. To była elitarna jednostka. Ludzie byli wybierani selektywnie, rekrutacja kończyła się wariografem. Trzeba było mieć też mocną psychikę.
– Połączyć służbę z życiem prywatnym nie było łatwo?
– Nauczyłam się żyć bardzo szybko. Moim przyjacielem stał się szybkowar (śmiech). Czasami spędzałam w domu tylko kilka godzin, ale zawsze starałam się to wynagrodzić rodzinie. Kiedy córka miała 5 lat i jeszcze wierzyła w Mikołaja akurat 6 grudnia byliśmy na działaniach. Błagałam przełożonego, żeby pozwolił mi pojechać do domu podłożyć prezent, który miałam w bagażniku samochodu. Dziecko było za małe, żeby je obedrzeć ze złudzeń. Na szczęście, miałam wspaniałych przełożonych!
– A jaką szefową była Pani dla podwładnych?
– Nigdy nie powiedziałam, że to są moi podwładni. Mówiłam, że to moi koledzy, bo oni na mnie pracowali. Starałam się rozumieć życiowe sytuacje, ale trzeba też pamiętać, że policja jest jednostką paramilitarną. Nie można sobie pozwolić wejść na głowę.
– Które sprawy z całej kariery najbardziej utkwiły Pani w pamięci?
– O ile mam takie, które uważam nawet za osobiste sukcesy, o tyle są też takie, które traktuje jak osobiste porażki. Choć już jestem na emeryturze, nadal dręczy mnie – do dziś nierozwikłana – sprawa zabójstwa pani Kazimiery z ul. Pułaskiego w Rzeszowie. To dla mnie plama na honorze. Jako dowódca brałam też udział w niezwykle skomplikowanych operacjach, które nie zdarzyły się wcześniej na Podkarpaciu. Tak jak w Sanoku, kiedy w mieszkaniu przez kilkanaście godzin zabarykadowany był podejrzany o morderstwo mężczyzna i jego przyjaciółka. Zadzwoniła do mnie wtedy córka, od której usłyszałam: „Jesteś w telewizji”. Rozbawiła mnie tym, ale paradoksalnie nam pomogła. Zakładaliśmy, że sprawca może wszystko oglądać, nie wiedzieliśmy, że jesteśmy na żywo, ale nie na żywo. Całe przygotowanie do ewentualnego szturmu mogło pójść na marne.
– Co było najtrudniejsze dla policjantki?
– Psychicznie – zabójstwo noworodka. To była ciężka sprawa, szczególnie, że trzeba było oglądać sekcję. Inaczej podchodzimy do śmierci i krzywdy dziecka, a inaczej do dorosłego. Z kolei przekleństwem dochodzeniowców są wielowątkowe sprawy, które wymagają czasu, tzw. „paliwówki”. Nikt z nas humanistów nie lubi księgowości, ale proszę mi wierzyć, że można się tego nauczyć. Na te potrzeby skończyłam kurs uproszczonej księgowości.
– Po co?!
– Żeby zrozumieć mechanizm. A żeby go zrozumieć, trzeba poznać. Biegły i tak będzie powołany w sprawie, ale umówmy się – księgowa mafii będzie inaczej rozmawiała z osobą, która zna jej żargon i wie, czym jest np. subkonto, konto nr 2, nr 3 itd. Byłam pewna, że jeśli otworzę książkę, nie da to efektu, w związku z tym zapisałam się na kurs.
– O czym jeszcze dowiedziała się Pani w policji?
– Przy wypadkach samolotowych poznawałam konstrukcję samolotu, mechanizm lotu. Oczywiście dysponujemy opiniami specjalistów, ale to policjant zbiera materiał dowodowy. Musi wiedzieć, gdzie ruszyć. Przydatna może być też znajomość złodziejskiego slangu. Po to, żeby wiedzieć, o czym mówi przesłuchiwany przestępca, ale też żeby mieć jego szacunek. Wychowałam na osiedlu Tysiąclecia w Rzeszowie, więc nie miałam z tym problemu. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w areszcie śledczym. Przy łączniku stała grupa mężczyzn wychodząca na spacerniak. Nagle po kolei zaczęli mówić: „Cześć!”, „Cześć!” „Cześć!” Mój kolega tylko na mnie popatrzył. „No co? Osiedle kolejowe” – odparłam. Później dowiedzieli się, że jestem „psem” i już nie wypadało się ze mną witać.
– Jak radziła sobie Pani z ich przesłuchiwaniem?
– Kiedy jeszcze pracowałam w komendzie miasta, wezwaliśmy tzw. „etatowego podejrzanego”, który miał na garbie właściwie cały kodeks karny. Nie wiedziałam, jak zacząć przesłuchanie i powiedziałam: „W sumie pan najlepiej wie, po co został wezwany”. Może to śmiesznie zabrzmi, ale rozwikłaliśmy dzięki temu 4 sprawy! Stwierdził, że skoro przesłuchuje go kobieta, inni mają ważniejsze rzeczy, więc dowody niego muszą być mocne i lepiej powiedzieć, jak było. Innym razem słuchałam jedną z oszustek, która działała na terenie Rzeszowa. Nagle w radiu podano komunikat, że w Kołobrzegu ktoś dużo wygrał w totolotka. Moja pierwsza myśl: „Ale ktoś ma szczęście! Druga: „Może puszczę dziś totolotka?” Pierwsza reakcja przesłuchiwanej? „Jakby taką osobę oskubał!” (śmiech).
– Przesłuchiwanie bywa wyzwaniem?
– To stresujące sytuacje, dlatego trzeba nawiązać jakąś wieź z przesłuchiwanym, żeby się otworzył. Obojętnie czy jest świadkiem czy podejrzanym. Jeśli nawet do podejrzanego do zabójstwo zaczniemy mówić w sposób książkowy, on zacznie odpowiadać tak samo, albo zamknie się w sobie. A naszym zadaniem jest zdobycie jak najwięcej informacji. Gdy ktoś nie pamięta daty, kiedy coś się wydarzyło, trzeba podpowiedzieć: „Czy to było w porze letniej czy zimowej?”, „Przed świętami , a może po?”, „Czy stała jeszcze choinka”, itd. Czasami ktoś chce się wyżalić, albo czymś pochwalić. Trzeba wysłuchać takiej osoby. Dobra praca z podejrzanym to dobry materiał dowodowy.
– A jak się rozmawia z mordercą?
– Kilka lat temu w przysiółku pod Dębicą troje młodych ludzi dokonało potrójnego morderstwa. Jedno piłą elektryczną. Na przesłuchaniu spokojnie relacjonowali, jak do tego doszło. Widać było, że nie mają żadnych wyrzutów sumienia. Mówili wręcz, że „przecież musieli mieć kasę na flaszkę, to skąd ją mieli wziąć?!” Jeden z nich opowiadał, gdzie aktualnie znajduje się piła elektryczna, którą odciął głowę swojemu – nomen omen – koledze. Później ich ofiarami były starsze kobiety. Podejrzany spojrzał na mnie i powiedział: „Pani też będzie już starsza, kiedy ja wyjdę”. „To ma być groźba?” – zapytałam. „Nie, ja tylko stwierdzam fakt” – odparł. Potem ktoś z ich bliskich zadzwonił, mówiąc, że potrzebuje tej piły, bo będzie ścinać drzewo. Tłumaczyłam, że to jest materiał dowodowy i znajduje się w badaniach. „No, a czym ja mam ściąć to drzewo?” – usłyszałam. Po takich spotkaniach człowiek staje się już naprawdę odporny i przestaje się dziwić.
– Policjant jest w stanie w mordercy dostrzec człowieka?
– Nawet jeśli ktoś popełni przestępstwo, to zawsze jest człowiekiem! Może to trochę dziwnie zabrzmi, ale zabójca zabójcy nie jest równy. Inaczej potraktujemy sprawę, kiedy ktoś z niskich pobudek dokonuje zabójstwa, a inaczej w przypadku rodziny patologicznej, w której dorastający syn stanął w obronie matki przed pijanym tatusiem. Załóżmy, że uderzył w kaloryfer i nastąpił zgon na miejscu. Doszło do zabójstwa? Doszło. Ale nie można porównać tych dwóch osób. W pewnym momencie musimy sobie nawet zadać pytanie, kto tutaj był ofiarą. Dlatego zawsze powtarzałam swoim kolegom: „Poznajmy pobudki działania, a wtedy zrozumiemy i będziemy umieli zebrać materiał dowodowy”.
– To kluczowy moment w śledztwie?
– Parafrazując słynne słowa, zawsze mówiłam na oględzinach: tu wszystko się zaczyna. Jeżeli dokładnie zrobimy oględziny miejsca zdarzenia, zbierzemy w miarę dobry materiał dowodowy. Jeśli ktoś mówi, że są przestępstwa doskonałe, to ja powiem – są tylko schrzanione oględziny. Zawsze powinien być jakiś ślad. Kwestia jest taka, czy umiemy go odnaleźć, zabezpieczyć i czy mamy ku temu odpowiednie instrumenty. Archiwum X bazuje dziś głównie na kodzie genetycznym, a jeszcze w latach 90. genetyka kojarzyła nam się głównie z ustalaniem ojcostwa. Jeżeli materiał dowodowy jest dobrze zabezpieczony, dzisiejszymi metodami jesteśmy w stanie wykryć sprawcę. Właściwe działanie zgodnie z procedurami zapewni nam sukces teraz, ale może też w przyszłości pomóc naszym kolegom.
– Ile prawdy jest w tym, co oglądamy w serialach o policjantach?
– Często wyprowadzam studentów ich z nieświadomości, jak w rzeczywistości wygląda praca w gliniance. Mówię na przykład: „Przy oględzinach miejsca zdarzenia zabezpieczamy materiał biologiczny w postaci wymazówek i pamiętamy, że w „W11” badanie materiału dowodowego trwa 5 min, a u nas potrwa co najmniej kilka dni (śmiech).
– Jak się Pani odnalazła w zawodzie wykładowcy akademickiego?
– Wydawało mi się, że praca poza „glinianką” nie istnieje, ale okazało się, że jest inny świat. Po kilku miesiącach od przejścia na emeryturę dostałam propozycję pracy na uczelni. Uważam, że wygrałam los na loterii! Mogę się sama realizować, spotykam ludzi, których normalnie bym nie spotkała i kocham młodzież! Uczę studentów, jeżdżę na spotkania w szkołach. Mam cholerną przyjemność, gdy jest dzwonek, a młodzież mówi: „rezygnujemy z przerwy”. Ten odzyskany lata temu Rubin 714p i młodzi ludzie, którzy chcą się czegoś dowiedzieć utwierdzają mnie w przekonaniu, że to, co robię ma sens.
Rozmawiała Wioletta Kruk


