Rozmowa z SEBASTIANEM ZALEPĄ, obrońcą Apklan Resovii.
– Już miałem spytać, który to Pana mecz na zero w tyłach, ale w doliczonym czasie gry Bytovia strzeliła na 1-1…
– Liczę mecze bez straconych goli, dla stopera to ważne. Niestety, w środę zabrakło chłodnej głowy w końcówce, trochę też sił. Graliśmy w dziesiątkę, piłka wracała pod nasze pole karne i przy feralnej akcji nie zdołaliśmy się przeorganizować. Bierzemy tę bramkę z Dawidem Kubowiczem na klatę, choć pamiętajmy, że facetowi wyszedł strzał życia i że mierzyliśmy się z szalenie groźnym rywalem. W drugiej połowie Bytovia grała na dwóch napastników, pod koniec do ataku powędrował stoper. Ciężko było ich powstrzymać.
– Błękitni, z którymi zagracie w niedzielę, to mniej wymagający przeciwnik?
– Trudno powiedzieć. Wygrali już trzy mecze, mają charakternego trenera-motywatora (Adama Topolskiego – red.), u siebie są bardzo nieprzyjemni. Grałem przeciwko nim jeszcze w barwach Floty i Stali Mielec, i pamiętam, że wywieźć 3 punkty ze Stargardu to była sztuka. W tamtym sezonie zremisowaliśmy na Pomorzu Zachodnim 1-1, u siebie wygraliśmy 1-0, lecz oba spotkania były na styku.
– 11 punktów na 15 możliwych do zdobycia, jedyna – obok Olimpii Elbląg – niepokonana drużyna. Mało kto się spodziewał, że Apklan Resovia tak dobrze wejdzie w sezon…
– Ja się spodziewałem. Stąd decyzja o szybkim powrocie z Wigier. Doszedłem do wniosku, że możemy osiągnąć coś fajnego. W poprzednim sezonie dołączyłem do zespołu, który miał dwa punkty na koncie, przez wielu skazywanego na pożarcie. Dziś Resovia to ciekawa, zbilansowana, głodna sukcesu drużyna. Zaczęliśmy obiecująco, lecz nie podniecamy się tym. Pamiętajmy, gdzie niedawno była Resovia.
– Ponoć o powrocie do Rzeszowa zadecydowały nie tylko względy sportowe?
– Chciałem występować wyżej, więc wybrałem Suwałki. Krótko po podpisaniu kontraktu doszło tam jednak do zmian we władzach klubu, zmieniła się też polityka transferowa. Ale ma pan rację, o przenosinach do Resovii zadecydowały również względy osobiste. Mieszkamy w Łodzi, mamy małe dziecko i żona nie była za przeprowadzką do Suwałk. Chciałem być też bliżej taty, który zmaga się z nowotworem, lecząc się w placówkach w Małopolsce i Świętokrzyskiem. Decyzji nie żałuję. W Rzeszowie czuję się jak w domu, a szefom i trenerom Resovii zamierzam podziękować dobrą grą.
– Dostrzega Pan różnicę między występami na Stadionie Miejskim, a tym przy Wyspiańskiego?
– Zagrałem tutaj dopiero dwa mecze, ale czułem wsparcie kibiców, płynące z trybun. Gdy Kamil Radulj wyleciał z boiska z czerwoną kartką i Bytovia zepchnęła nas do defensywy, kibice od razu zrozumieli, że trzeba nam pomóc. Dlatego trochę mi wstyd przed nimi, że nie utrzymaliśmy tego 1-0. Na Miejskim wiele spotkań rozgrywanych było w sennej atmosferze, przypominało to bardziej sparingi, niż walkę o punkty. Na własnym boisku jest inaczej i mam nadzieję, że powstanie tu kiedyś stadion z prawdziwego zdarzenia. Resovia udowadnia, iż na niego zasługuje.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


