
1 września obchodzimy 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Na temat genezy tego wydarzenia, jego przebiegu i sytuacji militarnej II Rzeczypospolitej rozmawiamy z Tomaszem Berezą, historykiem Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie.
– Wybuch II wojny światowej był nieunikniony?
– Jeszcze w XIX wieku niemiecki generał i teoretyk wojskowości Carl von Clausewitz stwierdził, że wojna „jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”, a pokój „to zawieszenie broni pomiędzy dwiema wojnami”. Tak też należy patrzeć na genezę II wojny światowej. Niemcy czuły się upokorzone postanowieniami Traktatu Wersalskiego i praktycznie przez całe dwudziestolecie starały się realizować plan rewizji granic. Z kolei Rosja Sowiecka swój imperializm ukrywała pod płaszczykiem ideologii.
– Można wskazać konkretne miejsce rozpoczęcia agresji? Gliwice, Westerplatte, Tczew?
– Wydaje mi się, że dyskusja w tej kwestii to spór akademicki: czy najpierw spadły bomby lotnicze na Wieluń, czy może szybciej z pancernika „Schleswig-Holstein” padła salwa w kierunku Westerplatte? Kiedy niemiecka artyleria otworzyła ogień na polskie pozycje pod Mławą – przed czy po bombardowaniu rejonu mostów w Tczewie? Mimo wszystko jest to spór drugorzędny, bo istotą jest to, co rozpoczęło się 1 września 1939 r.
– W takim razie, jak wyglądały pierwsze dni na obecnym Podkarpaciu po wybuchu wojny?
– Rankiem 1 września niemiecka Luftwaffe przeprowadziła ataki na polskie lotniska, chcąc wyeliminować nasze lotnictwo. W zasadzie było to uderzenie w próżnię, bowiem nasze eskadry znajdowały się już na lotniskach polowych. Niemcy zniszczyli głównie samoloty szkolne, bądź znajdujące się w remontach. Bombowce zbombardowały wówczas lotnisko w Krośnie. Mieszkańcy Podkarpacia mogli też obserwować niemieckie samoloty, kierujące się na Lwów.
– Życie cywilne toczyło się normalnie?
– Ludzie nasłuchiwali informacji z odbiorników radiowych. Nie było paniki, mimo że wielu mężczyzn poszło do armii. Dla mieszkańców wsi dotkliwym mógł też być pobór koni dla wojska. Stopniowo pojawiało się coraz więcej uchodźców z zachodu Polski. Niebezpiecznym miejscem było mieszkanie przy torach i dworcach kolejowych, bowiem Niemcy bombardowali transporty.
– Agresja dotyczyła kobiet jak i mężczyzn, dorosłych jak i dzieci…
– Jeden ze świadków relacjonował mi kiedyś własne doświadczenie. W rejonie Oleszyc około 10 września 1939 r. jako kilkunastoletni chłopak, wspólnie z rówieśnikami pasł krowy. Nad głowami przeleciał niemiecki samolot. W tamtych czasach był on czymś niezwykłym, atrakcją. W pewnym momencie samolot zawrócił i zaczął strzelać do nich – do pasących krowy dzieci. Nie do umundurowanych mężczyzn, tylko do dzieci. To pokazuje, że nikt nie mógł czuć się bezpiecznie.
– Francuzi i Anglicy nie pomogli militarnie Polsce, można więc mówić o zdradzie?
– Cały polski plan wojny z Niemcami („Zachód”), zresztą nie do końca opracowany, zakładał najpierw rozegranie bitwy granicznej, następnie odwrót na główną linię obrony i oczekiwanie na ofensywę aliantów. Rola Wielkiej Brytanii czy Francji miała być więc decydująca. 3 września te państwa wypowiedziały wojnę Niemcom i na tym praktycznie ich aktywność się skończyła. 12 września w Abbeville, Anglicy i Francuzi uznali, że nie podejmą działań ofensywnych przeciw Niemcom. Paradoksem jest to, że o decyzji aliantów nie wiedzieli Polacy, ale dzięki działaniom sowieckiego wywiadu wiedział Stalin. Pod względem militarnym Wielka Brytania i Francja nie dotrzymały zobowiązań sojuszniczych – jak to można ocenić z „wojskowego” punktu widzenia?
– Gdyby 17 września Sowieci nie zaatakowali Polski to obronilibyśmy się przed Niemcami?
– Jest to raczej mało prawdopodobne. Opór na tzw. przedmościu rumuńskim może zostałby przedłużony o miesiąc. Historyk nie może „gdybać”, ale… 16 września zaczął padać deszcz, niemieckie lotnictwo nie było już tak aktywne. Po przekroczeniu linii Sanu, Naziści zaczęli mieć problemy logistyczne, szczególnie z zaopatrzeniem wojsk szybkich w paliwo i amunicję. Blitzkrieg już nie był tak efektywny i efektowny. Na terenach, do których nie dotarła armia niemiecka, państwo funkcjonowało. Działały urzędy czy poczta, mobilizowane były kolejne jednostki wojska.
– Podobno Polacy przed wybuchem II wojny światowej mogli dogadać się z Niemcami…
– Ostatnio rzeczywiście w publicystyce pojawiają się różne opinie i oceny. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę, że o niemieckich żądaniach – „uporządkowaniu punktów spornych”, jakie 24 października 1938 r. przedstawił polskiemu ambasadorowi w Berlinie minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop, polski Sztab Główny dowiedział się z …trzymiesięcznym opóźnieniem. Trzy miesiące to sporo czasu. Ten czas można było wykorzystać na intensyfikację produkcji zbrojeniowej, podjęcie studiów nad planem wojny. Można było przynajmniej wymienić wyeksploatowane samoloty myśliwskie P 11 – zapewne nie na P 50 „Jastrząb”, ale przynajmniej wersję „jedenastki” z mocniejszym silnikiem. Podobnie rzecz się miała z czołgami.
– Dlaczego najpierw Adolf Hitler zaatakował Polskę?
– Jeszcze w listopadzie 1937 r. Hitler nie uznawał Polski za głównego przeciwnika Niemiec. W zasadzie do zwrócenia się przeciwko Polsce, do wysunięcia żądań, zachęciła go bezczynność państw dawnej Ententy: przyzwolenie na remilitaryzację Nadrenii, potem Anschluss Austrii, decyzje konferencji monachijskiej… Brak zdecydowanej woli państw zachodnich do utrzymania powersalskiego status quo w Europie Środkowo-Wschodniej. Po bezkrwawym zajęciu Czechosłowacji przyszła kolej na Polskę…
– Jeśli chodzi o kampanie wrześniową można wyróżnić jakieś nazwisko z naszego regionu?
– Na pewno płk Stanisław Maczek, dowodzący zmotoryzowaną 10. Brygadą Kawalerii. Dowodzona przez niego brygada, tocząc opóźniające walki z niemieckimi siłami pancernymi, nie dała się pobić Niemcom i w końcu przekroczyła granicę z Węgrami jako zwarta jednostka. Warto także pamiętać o gen. Józefie Kustroniu, dowódcy 21 Dywizja Piechoty Górskiej, który zginął w bitwie pod Oleszycami. Takich postaci jest o wiele więcej: płk Stanisław Dąbek, gen. Jan Chmurowicz.
– Warto chyba pamiętać nie tylko o oficerach, ale również o „zwykłych” żołnierzach?
– Tak, mowa m.in. o podoficerach i szeregowych. W zasadzie nie tyle „warto”, co musimy pamiętać. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Jednym z ostatnich punktów oporu we wrześniu 1939 r. była twierdza Modlin. Wśród jednostek, które brały udział w obronie, był jarosławski 3. pułk piechoty Legionów. Czy aby na pewno o tym pamiętamy?
– Dlaczego zwykły piekarz czy szewc idzie na wojnę, zakłada mundur i zabija innych ludzi…
– Nikt się nie rodzi mordercą. Wykazały to chociażby badania amerykańskiego psychologa Philipa Zimbardo, które wyjaśniają – cytując samego Zimbardo – „dlaczego dobrzy ludzie czynią zło”. W każdym z nas może być cząstka zła. Poza tym działa na nas presja otoczenia, środowisko, niekiedy dajemy się indoktrynować.
Rozmawiał Kamil Lech



5 Responses to "Nikt nie rodzi się mordercą"