
STOMIL OLSZTYN – PGE STAL MIELEC. Podkarpacki zespół nie jest już liderem.
Po piątkowym zwycięstwie Duma Warmii, kosztem Stali, znalazła się w tabeli na pierwszym miejscu. W Olsztynie trwa karnawał, ale jeszcze pół roku wcześniej klub był na skraju bankructwa.
Najnowsze dzieje Stomilu to gotowa opowieść na film. Trzymający w napięciu dramat ze szczęśliwym zakończeniem. Drużyna stoczyła heroiczny bój o utrzymanie, a jej czołową postacią okazał się Szymon Sobczak, który w rundzie rewanżowej poprzedniego sezonu zdobył 4 gole. W piątek niechciany w Stali, zesłany przez ten klub do rezerw napastnik, skarcił swoich byłych kolegów.
Świat się nie wali
Upływała godzina gry, gdy wypożyczony z Górnika Zabrze Wojciech Hajda wywalczył piłkę na środku boiska i natychmiast podał na skrzydło do Sobczaka. Ten zrobił użytek ze swojej szybkości, zostawił w tyle zdezorientowanego obrońcę i uderzył precyzyjnie przy bliższym słupku. To była jedna z tych kontr, przed którymi przestrzegał trener Stali. – Stomil wykorzystuje cechy motoryczne swoich piłkarzy, ma dużo jakości z przodu i dlatego tak ciężko broni się przeciwko temu zespołowi – zauważył Artur Skowronek. – Mieliśmy kłopot z utrzymaniem się przy piłce, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdyż gospodarze grali bardzo agresywnie. Po przerwie wyglądaliśmy lepiej, ale wielu okazji nie stworzyliśmy, bo Stomil uważnie grał w obronie. Wynik nie jest korzystny, jednak świat się nie wali. Znam moich chłopaków i wiem, że w środę w zaległym meczu z GKS-em Tychy zrobimy swoje i sięgniemy po trzy punkty – dodał opiekun mielczan.
Najlepszy był bramkarz
W krainie wielkich jezior dobiegła końca seria czterech zwycięstw Stali. Trzeba jednak przyznać, iż biało-niebiescy zrobili niewiele, by ją podtrzymać. Jej najlepszym zawodnikiem był Seweryn Kiełpin, który musiał bronić uderzenia Sobczaka i Artura Siemaszki. Być może spotkanie potoczyłoby się inaczej, gdyby na początku II połowy Grzegorz Tomasiewicz trafił do siatki, a nie w słupek. Po stracie gola mielczanie trochę się przebudzili, jednak problem z kreowaniem sytuacji pozostał nierozwiązany. – Cieszymy się ze zwycięstwa nad liderem. W pierwszej połowie przeważaliśmy, w drugiej było już ciężej, ale najważniejsze, że zwyciężyliśmy i jesteśmy wysoko w tabeli. Zaostrzyliśmy kibicom apetyty, ale zachowujemy chłodne głowy, bo liga dopiero ruszyła – tłumaczył Wojciech Hajda.
– Dynamika i moc w ataku to nasze największe atuty – to już Piotr Zajączkowski, trener Stomilu, w którego warsztat siedem miesięcy temu mało kto wierzył. – Na tle walczącej o awans Stali wyglądaliśmy bardzo obiecująco. Jednak nie popadamy w euforię, tylko nadal ciężko pracujemy.
STOMIL 1
PGE STAL 0
(0-0)
1-0 Sobczak (60.)
STOMIL: Skiba – Bucholc, Biedrzycki, Tarasenko, Kuban, M. Gancarczyk (80. Skrzecz), Pałaszewski, Hajda (81. Tecław), Lech (76. W. Gancarczyk), Siemaszko, Sobczak
PGE STAL: Kiełpin – Stasik (82. Olszewski), Bielak, Dobrotka, Getinger, Mak (46. Janoszka), Nowak, Soljić, Tomasiewicz, Prokić, Paluchowski (69. Barisić).
Sędziował Wojciech Myć (Lublin). Żółte kartki: Pałaszewski, Tarasenko – Mak, Bielak, Soljić, Kiełpin, Dobrotka. Czerwona kartka: Bielak (84. – druga żółta). Widzów 2579.
tsz


