Biało-niebieski walec

Piątkową kanonadę przy Solskiego zakończył Wojciech Lisowski. To była najwyższa wygrana Stali w tym sezonie. Fot. Stal Mielec

FORTUNA I LIGA. PGE STAL MIELEC – SANDECJA NOWY SĄCZ. Gospodarze zaczęli pokazywać swój potencjał w ataku. W dwóch ostatnich meczach strzelili 8 bramek.

Gospodarze przepędzili demony, aplikując tradycyjnie niewygodnemu przeciwnikowi aż 5 goli. – Dla takich chwil warto żyć, tylko nie wpadajmy w euforię. Małymi kroczkami dojdziemy tam, gdzie chcemy się znaleźć – cieszył się po meczu Dariusz Marzec, trener PGE Stali.

Gdy już w piątej minucie Maciej Małkowski pokonał Seweryna Kiełpina, wielu kibiców zaklęło siarczyście pod nosem. W ostatnich czterech meczach mielczanie nie potrafili strzelić Sandecji bramki i wyglądało na to, że historia może się powtórzyć. Tym bardziej, iż goście postanowili pójść za ciosem i o mały włos nie trafili na 2-0.

Przyjechali na 45 minut

Jednak Stal z każdą minutą czuła się na boisku pewniej. Akcje nabrały płynności, piłkarze biegali na dużej intensywności. Pod koniec pierwszej połowy udało się wyrównać, po soczystym uderzeniu Łukasza Janoszki. To był chyba kluczowy moment spotkania. Gospodarze dostali wiatru w żagle, natomiast z gości uszło powietrze. – Przyjechaliśmy do Mielca, nie wiedzieć czemu, tylko na 45 minut. Nie nazwę tego po imieniu, wynik świadczy o wszystkim – powie później na konferencji prasowej Tomasz Kafarski, szkoleniowiec drużyny z Nowego Sącza. Drużyny, która po zmianie stron z niewdzięcznego przeciwnika zamieniła się w statystę. – Wiedzieliśmy, że Sandecja najgroźniejsza jest z kontry, a mimo tego nie ustrzegliśmy się błędu. Byliśmy jednak lepsi i zasłużyliśmy na tak okazałe zwycięstwo – podkreślał Łukasz Janoszka. Pomocnik w nagłym przypływie skuteczności Stali nie widzi niczego nadzwyczajnego. – W dwóch ostatnich meczach zdobyliśmy osiem bramek. Wystarczyło poprawić skuteczność, ponieważ sytuacji zawsze stwarzaliśmy co niemiara. To wszystko dobrze wróży przed czekającym nas maratonem. Po to jednak ciężko pracowaliśmy, żeby teraz być przygotowanym na grę co trzy dni – odniósł się do czekających zespół spotkań z Odrą Opole (czwartek), Chrobrym Głogów (niedziela), Pogonią Szczecin w Pucharze Polski (30 października) i Zagłębiem Sosnowiec (3 listopada).

Stasik zatańczył z rywalami

W drugiej połowie biało-niebieski walec zmiażdżył Sandecję, która mogła stracić więcej, niż cztery gole. Kibiców ucieszyły trafienia Mateusza Maka i Wojciecha Lisowskiego. Obaj zawodnicy mają nareszcie szansę na wyjście z cienia i zaprezentowania swoich dużych możliwości. Pochwalić trzeba również Szymona Stasika i to nie tylko za kapitalną asystę poprzedzoną serią zwodów, po której obrońcy Sandecji zostali wkręceni w ziemię. Młodzieżowiec gospodarzy biegał w przełajach i to widać, bo gdy się rozpędzi na skrzydle to przeciwnicy najczęściej oglądają jego plecy. Stasik jeszcze kilka miesięcy temu uganiał się za piłką po III-ligowych boiskach, w poszukiwaniu szczęścia trafił do ukochanej Wisły, ale krakowianie nie zdecydowali się podpisać z nim umowy. Dziś mogą sobie pluć w brodę, za to Stal zyskała chłopaka mogącego się stać odkryciem sezonu.

Trener Dariusz Marzec powoli układa klocki po swojemu i widać, że biało-niebiescy zmierzają w dobrą stronę. Po efektownej piątkowej wiktorii wskoczyli na pozycję wicelidera. – Przed meczem żartowałem do asystentów, że strzelamy za mało bramek jak na zespół z czołówki. No i nadrobiliśmy to! Mam nadzieję, iż za miesiąc będę się czuł tak samo wspaniale, jak dziś – uśmiechał się opiekun Stali.

PGE STAL 5
SANDECJA 1
(1-1)
0-1 Małkowski (5.), 1-1 Janoszka (38.), 2-1 Nowak (53. – karny), 3-1 Mak (81.), 4-1 Mak (85.), 5-1 Lisowski (88.).

tsz

Leave a Reply

Your email address will not be published.