W poszukiwaniu sensu umierania

– Śmierć można oswoić. Nawet należy – uważa Justyna, pielęgniarka z hospicjum, obecnie zatrudniona na oddziale onkologii. – Nigdy nie zapomnę pierwszego zgonu. Była to starsza kobieta, bardzo schorowana. Odbywałam wtedy staż. Pamiętam lęk, zdezorientowanie. Nie wiedziałam, co mam robić, jak się zachować. Bałam się dotknąć ciała tej pacjentki, a nawet przebywać w sali, na której leżała, ale myślę, że to naturalne, że człowiek czuje się w takiej sytuacji przerażony.

Z czasem stało się to łatwiejsze – przekonuje Justyna. – Oswojenie śmierci to bufor, który chroni mnie, jako pielęgniarkę z jednej strony przed utratą człowieczeństwa i empatii, a z drugiej przed tym, by nie zwariować. Człowiek potrafi się zaadoptować do każdej sytuacji i utrata kolejnych pacjentów staje się mniej odczuwalna… za wyjątkiem osób młodych lub dzieci.

Niektórym łatwiej pogodzić się z własnym końcem. – Pacjenci terminalni, którzy mają za sobą długi proces chorobowy i bez dobrych rokowań są pogodzeni z losem. Mam wrażenie, że oni wyczekują śmierci. Zwłaszcza osoby starsze, samotne. Są zmęczeni cierpieniem, chcą umrzeć, bo śmierć kojarzy im się z ukojeniem – zauważa nasza rozmówczyni.

A jak na własną śmierć reagują najmłodsi? – Panuje przekonanie, że dzieci są bardziej pogodzone z widmem śmierci niż dorośli. One mają tę niezbitą wiarę, że po drugiej stronie czeka na nich coś wspaniałego – mówi pielęgniarka.

Płeć ma niewielkie znacznie…

…raczej inne czynniki mają wpływ na sposób umierania. – Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest mocno przywiązany do życia, nawet jeśli znajduje się w stanie beznadziejnym, nie będzie chciał odejść. Także osobom młodym trudniej jest zaakceptować śmierć niż starszym, ponieważ oni uważają, że mogliby jeszcze wiele doświadczyć, przeżyć, mają poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Oczywiście każdy inaczej reaguje, ale pacjenci mający więcej czasu na oswojenie się z diagnozą, łatwiej godzą się z wyrokiem, który usłyszeli – zaznacza Justyna.

Podobnie z wierzącymi, którzy nie traktują odejścia jako czegoś ostatecznego. Wierzą, że ich cierpienie się zakończy i trafią do lepszego miejsca, gdzie będą żyli wiecznie. – Jest grono pacjentów niewierzących, którzy przed samą śmiercią proszą o ostatnie namaszczenie. Szukają sensu w swoim odchodzeniu, a może pociechy. Człowiek w obliczu śmierci potrzebuje jej uzasadnienia, a to daje religia – ocenia nasza rozmówczyni.

W przetrwaniu ostatnich chwil nieoceniona jest pomoc drugiego człowieka. – Wbrew pozorom pacjenci terminalni w ostatniej fazie życia nadal odczuwają, nadal nas słyszą, dlatego nie możemy bać się podać im ręki, pocieszyć słowem, dać im odczuć naszą obecność. Sądzę, że ciepło i spokój personelu niejednokrotnie pomaga im szybciej pokonać granicę życia i śmierci – nie ma wątpliwości. Nierzadko bliscy umierającego nie wiedząc, jak się zachować, stają się nienaturalni. – Są nadopiekuńczy, zwracają zbyt dużą uwagę na chorego, traktują go jak dziecko – nie ma złudzeń pielęgniarka – od razu widać, że takie zainteresowanie jest wręcz teatralne. A umierający nie potrzebuje teatru. Chce zrozumienia i bliskości.

Dlaczego ludzie boją się umierać?

– Bo zbyt kochają życie, bo chcieliby jeszcze tyle w życiu osiągnąć, bo nie wiedzą, co czeka ich po śmierci. Ilu ludzi, tyle odpowiedzi. Przy czym z moich obserwacji wynika, że częściej to rodzinie trudniej pogodzić się z odejściem kogoś bliskiego – przekonuje Justyna. Paradoksalnie bywa, że to umierający jest pocieszycielem, a nie na odwrót. Rodzina boi się, że nie będzie potrafiła sobie bez zmarłego poradzić, chce go za wszelką cenę zatrzymać na ziemi. – Pamiętam przypadek córki, która uporczywie to powtarzała matce: „Nie możesz mnie zostawić!”, „Nie możesz odejść!”. Ta była już mocno wyczerpana, ale walczyła, żeby nie przysporzyć cierpienia kobiecie. Bardzo się męczyła – opowiada pielęgniarka. – W końcu przekonaliśmy córkę, że musi pozwolić matce odejść. Pożegnały się i chwilę potem chora zasnęła na zawsze…

Już samo mówienie o umieraniu bywa problemem, szczególnie dla krewnych. – Jeśli koniec jest bliski, nie powinniśmy ukrywać tego przed umierającym, zwłaszcza że on najczęściej sam zdaje sobie z tego sprawę i jest gotów, żeby się pożegnać. Nie można powtarzać: „Wszystko będzie dobrze”, „Na pewno wyzdrowiejesz”, bo to zwykłe kłamstwo – twierdzi Justyna. Nie jest też zwolenniczką tezy, że „cierpienie uszlachetnia”. – Choć muszę zaznaczyć, że jest  naprawdę wielu pacjentów, którzy ból i dolegliwości spowodowane chorobą znoszą z godną podziwu cierpliwością, ale nikt nie zasługuje aż na tak wielkie cierpienie. Nie popieram również „uporczywej terapii”, za wszelką cenę. Uważam, że każdy z nas powinien mieć prawo odmówić kontynuowania leczenia ponad wszystko. – Wyobraźmy sobie eleganckiego prawnika. Jest gwiazdą palestry. Szanowany, zawsze przygotowany, a do tego uwielbiany za swoje poczucie humoru. Nagle okazuje się, że ma raka. Szybko uchodzi z niego życie. W końcu ląduje w szpitalnym łóżku. Z pampersem. Śliniący się jak dziecko i nieświadomy tego, co mówi. Na pewno chciałby, aby inni zapamiętali go inaczej – zauważa. Wyjściem mogłaby być eutanazja, ale czy mamy prawo przesądzać o dacie własnej lub cudzej śmierci? – Z prawnego punktu widzenia nie możemy dokonać na nikim eutanazji, jednak osobiście uważam, że każdy z nas powinien mieć wybór i móc zadecydować, kiedy chce odejść. Nie  powinno się uporczywie trzymać przy życiu osoby, które nie chcą żyć. Może to jest niehumanitarne i kłóci się z tym, co mówi nasza religia, lecz widziałam już dość przypadków ludzi, którzy zasługiwali, aby móc godnie odejść, a na siłę trzymało się ich przy życiu, gdyż nikt nie mógł podjąć decyzji, która uwolniłaby ich od cierpienia – tłumaczy.

Gdy nie ma miejsca na śmierć

W dzisiejszym świecie nie ma miejsca na śmierć. Jest wypierana, np. przez reklamy, które oferują leki „na wszystko” i przedłużają życie, albo obrazy z pięknymi ludźmi, którzy się nie starzeją. W efekcie po pierwsze boimy się śmierci, a po drugie nie chcemy jej w swoim domu. – Coraz częściej odpowiedzialność za opiekę nad pacjentem paliatywnym rodziny chcą zrzucić teraz na szpitale i placówki opiekuńczo-lecznicze. Tam ludzie odchodzą w samotności, w obcych murach… Czasem stan zdrowia pacjenta nie pozwala na przebywanie w domu, ale zanika też zwyczaj, że dzieci zajmują się swymi rodzicami, rodziny opiekują się chorymi krewnymi. Nie mamy czasu, możliwości, warunków. Zawsze znajdzie się wymówka – mówi Justyna. – Ludzie powinni zacząć oswajać się z umieraniem, bo jak mówił ks. Jan Kaczkowski, dyrektor Puckiego Hospicjum: „wszyscy jesteśmy zdiagnozowani na śmierć”…

Wioletta Kruk

8 Responses to "W poszukiwaniu sensu umierania"

Leave a Reply

Your email address will not be published.