W drodze po ostatnią perłę w koronie

Na Antarktydę Łukasz leciał z czterema przesiadkami. W wolnych chwilach zwiedza miejscowości, w których się zatrzymuje. – Zakochałem się w Patagonii od pierwszego wejrzenia. Odwiedziłem park Torres del Paine, coś pięknego! Brakuje mi słów do opisania tego miejsca! – zachwyca się Łukasz. Fot. Archiwum prywatne

SANOK, PODKARPACIE. Masyw Vinsona na Antarktydzie – to ostatni szczyt, jaki dzieli sanoczanina Łukasza Łagożnego od zdobycia Korony Ziemi. W podróż po ostatnią perłę do swojej upragnionej korony sanoczanin wyruszył 13 grudnia. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, szczyt zaatakuje na święta Bożego Narodzenia.

– Cel jest prosty – pojechać, wyjść na górę i wrócić – żartuje Łukasz. Po chwili jednak poważnieje i mówi. – Oczywiście nic za wszelką cenę. Przez lata wspinaczki nabrałem pokory i nauczyłem się unikać zbędnego ryzyka. Góra poczeka, a życie i zdrowie jest jedno. Mam do kogo wracać. 

W Sanoku na Łukasza czekają bliscy – żona i trójka dzieci. – Wiem, że moje wyprawy bardzo ich stresują, dlatego staram się co kilka dni dzwonić przez skype’a lub telefon satelitarny. Wprawdzie rozmowy są bardzo drogie, a z zasięgiem jest niekiedy problem, ale te kilka słów „wszystko jest w porządku, czuję się dobrze” wystarczy, aby bliscy byli spokojni. A to bardzo ważne, bo bez ich wsparcia nie wspinałbym się po górach – mówi.

Na każdą wyprawę zabiera też coś od dzieci. W podróż na Mount Everest zabrał laurkę od córki z napisem „dasz radę”. Zostawił ją na szczycie najwyższej góry świata. Nagrał też pełen emocji film, w którym zachęca swoje dzieci do sięgania po swoje marzenia. – Chciałem im pokazać, że świat stoi przed nimi otworem, że mogą robić i osiągnąć wszystko, o czym tylko marzą. Bez koneksji, bez pieniędzy i znajomości – własną, ciężką pracą i konsekwencją. Tak jak ja, zwykły chłopak z Bykowiec, małej wioski koło Sanoka na południu Podkarpacia – mówi. 

Łukasz po wysokich górach wspina się od lat. Zdobyć Koronę Ziemi zapragnął dekadę temu. – Był rok 2009, kiedy w mojej głowie pojawił się pomysł postawienia nogi na dziewięciu najwyższych szczytach świata. Wtedy wydawało mi się to szalone. Nikomu nieznany chłopak z Sanoka, bez doświadczenia, sprzętu, pieniędzy, koneksji i znajomości postawiłem sobie cel – zdobycie Korony Ziemi. Ale z czasem, kiedy zacząłem zdobywać kolejne szczyty mój cel zaczął wydawać mi się coraz bardziej osiągalny – opowiada Łukasz. 

Zaczęło się od Elbrusa (5642 m n.p.m.), później była Aconcagua (6961 m n.p.m.), Mont Blanc (4810 m n.p.m.), McKinley (6195 m n.p.m.), Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), Puncak Jaya (4884 m n.p.m.) i Góra Kościuszki (2230 m n.p.m.). 

W ubiegłym roku 16 maja dokładnie o godzinie 8.47 czasu chińskiego (w Polsce była wtedy 2:47) stanął na Mount Everest. Jest pierwszym mieszkańcem Podkarpacia, który tego dokonał. – To było spełnienie moich marzeń. Zwieńczenie wielu lat ciężkiej pracy. Stałem na najwyższym szczycie Ziemi, u stóp miałem cały świat, a w głowie gonitwę myśli. O tym, co było, jak długo drogę przeszedłem i jaki ogrom pracy włożyłem, aby być tutaj, gdzie jestem dzisiaj. Aby spełnić swoje marzenia. Ja – zwykły chłopak spod Sanoka na dachu świata. Coś niesamowitego! – wspomina himalaista. 

13 grudnia wyjechał w kolejną podróż. Tym razem celem jest Masyw Vinsona (4892 m.n. p.m.) najwyższy szczyt Antarktydy. Łukasz dołączył do międzynarodowej ekipy FARTA Antarktyda Expedition 2019, w której jest jedynym Polakiem i Europejczykiem. 

Atak szczytowy zaplanowany został w okolicach świąt Bożego Narodzenia, ale jak zaznacza himalaista, uzależniony będzie od pogody i panujących warunków. – Każda góra jest inna. Ta będzie specyficzna m.in. ze względu na temperatury panujące na Antarktydzie. Wprawdzie będzie tam wtedy środek lata, ale temperatury i tak sięgają wtedy około minus 40 stopni Celsjusza. W okolicach świąt odczuwalna temperatura ma wynosić minus 50 stopni, więc może być chłodno – śmieje się Łukasz. 

Łukasz zwiedził także Punta Areas oraz wyspę Magdaleny i Marty, gdzie udało mu się zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku. – Nocuję w hostelach, które mają niższy standard niż hotele, ale są sporo tańsze. Za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zwiedzam okoliczne miejscowości. Uwielbiam poznawać nowe miejsca i ludzi – mówi Łukasz.

Sanoczanin od miesięcy intensywnie przygotowywał się do wyprawy. Każdą wolną chwilę poświęcał na treningi i przygotowanie organizmu na ogromny wysiłek, z jakim wiąże się górska wyprawa. – To nie jest tak, że jestem jakimś superbohaterem o niezwykłej mocy. Bardzo ciężko trenuję, aby móc się bezpiecznie wspinać. I wcale nie jest tak, że zawsze ochoczo robię trening. Ja też jestem leniem. Kiedy pada deszcz lub śnieg, jest ciemno, zimno, a ja zamiast siedzieć w domu pod kołdrą biegam po lesie myślę sobie „co ja tu do cholery robię”. Ale pokonuję tego wewnętrznego lenia i robię swoje. Więc da się, tylko trzeba chcieć – mówi Łukasz.

I nie tylko na treningi Łukasz znajduje czas. W wolnym czasie pisze i prowadzi wykłady motywacyjne. Ostatnio światło dziennie ujrzała jego druga książka pt: „Przepraszam za marzenia”, w której sanoczanin ze szczegółami relacjonuje wyprawę na Mount Everest. To barwna opowieść okraszona autorskimi zdjęciami o ogromnej pasji i marzeniach oraz odwadze i determinacji w ich realizacji. 

– Każda góra uczy mnie czegoś innego. Poprzednia wyprawa (opisana w książce „Jak długa jest noc” przyp. red.) nauczyła mnie pokory. Mimo dwóch podejść nie udało mi się zdobyć Chan Tengri (góra o wysokości 7010 m n.p.m. znajdująca się w centralnej części pasma górskiego Tienszan położona na granicy Kirgistanu, Kazachstanu oraz Chin). Musiałem uznać jej „wyższość” i zrezygnować z podejścia. Wcześniej nie byłem pewien, czy umiałbym się wycofać i zawrócić. Po tej wyprawie już wiem, że w kryzysowych momentach rozsądek jednak zwycięża. To była cenna lekcja. Everest z kolei nauczył mnie doceniać to co mam – ciepłą wodę w kranie, jedzenie, wygodne łóżko. Wydawać by się mogło, że to normalne, nic szczególnego, ale kiedy spotyka się ludzi, którzy żyją w tak skrajnej biedzie, że nie mają nawet tego, a mimo wszystko są serdeczni, ciepli i wszystkim się dzielą, człowiek zaczyna inaczej patrzeć na świat. Góry dają też możliwość zajrzeć w głąb siebie. Człowiek spędza wiele godzin samotnie w namiocie, ma czas pomyśleć o tym co było, jest i będzie. Spojrzeć na swoje życie z dystansu i odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy to jest ta droga, którą chciałem iść?” Jeśli odpowiedź brzmi „tak” może nazwać się szczęściarzem. Ja już wiem, że nim jestem. Nie bójcie się marzyć i róbcie wszystko, aby je spełniać, bo to nadaje życiu sens – kończy Łukasz.

Relację z wyprawy Łukasza na Masyw Vinsona na Antarktydzie będzie można śledzić na stronie gorymarzen.pl i na Facebook’u na profilu Podkarpacka Korona Ziemi.

Martyna Sokołowska

Leave a Reply

Your email address will not be published.