SUPERWYWIAD Z WIESŁAWEM BANACHEM, historykiem sztuki, od 29 lat dyrektorem Muzeum Historycznego w Sanoku. W tym roku żegna się on z pracą w zamku.
– Jak trafił Pan do Sanoka?
– Urodziłem się w wielkopolskim Kościanie. Na studiach z historii sztuki w Lublinie poznałem dziewczynę z Sanoka. I tak to się zaczęło. Jadąc tam nie myślałem, że będę mieszkał gdzieś poza Wielkopolską. Wydawało mi się, że wrócę do Poznania, może uda się dostać pracę w Muzeum Narodowym. Życie ułożyło się zupełnie inaczej.
– Kiedy po raz pierwszy przekroczył Pan progi sanockiego zamku?
– W wakacje 1973 r. – przyjechałem do swojej dziewczyny. Ona oczywiście chciała mi pokazać największą atrakcję miasta i zabrała mnie do zamku.
– Jak prezentowało się wtedy muzeum?
– Zamek miał nader skromne ekspozycje: 2 sale z ikonami, jedną z portretami i wąski, po austriacki korytarz, w którym wisiały bodajże 3 obrazy Beksińskiego, kilka prac Mariana Kruczka, jakieś 2 obrazy Franciszka Prochaski i prace kilku innych artystów. Ponadto w gablocie ceramika XVII – XVIII-wieczna. Kiedy oglądałem ikony, nie mogę powiedzieć, że się w nich zakochałem. Ikona była kulturowo dość odległa od tego, do czego nawykło moje oko, ale zauważyłem, że są to wysokiej klasy eksponaty.
– W tym roku stanął na Pana drodze Zdzisław Beksiński…
– Poznałem go dzięki mojej dziewczynie, ale nie było to dla mnie obce nazwisko. Jeszcze zanim po raz pierwszy przyjechałem do Sanoka, będąc w rodzinnych stronach, jak zwykle zajrzałem do Muzeum Narodowego w Poznaniu, żeby obejrzeć bliskie mi obrazy. Była akurat wystawa malarstwa współczesnego podzielona na okręgi artystyczne: Kraków, Warszawa, Wrocław, Gdańsk…. Gdzieś między okręgami wisiał jeden samotny obraz podpisany Zdzisław Beksiński – Sanok. Rzecz jasna, że jak wróciłem na studia zapytałem dziewczynę, czy zna takiego. Ona na to: „Tak, oczywiście! Jesteśmy z nim i jego rodziną bardzo blisko. Jak przyjedziesz, to ich odwiedzimy”. I tak się stało, a wizyta była bardzo sympatyczna.
– Zdradzi Pan szczegóły?
– Atmosfera tego domu była tak dalece specyficzna, a zarazem tak życzliwa, że od razu polubiłem to miejsce i tych ludzi. Mogę powiedzieć, że bardziej polubiłem Beksińskiego, aniżeli jego malarstwo. Chociaż sam pokój gościnny, który był zarazem pracownią wypełnioną obrazami – niektóre z nich pamiętam do dziś – zapach chemikaliów malarskich, robiły wrażenie. Ten moment okazał się symbolicznym dla całej mojej przyszłości. Potem właściwie co roku przyjeżdżając na wakacje, wpadaliśmy do Beksińskich.
– A kiedy trafił Pan do pracy w sanockim muzeum?
– Jeszcze w trakcie studiów mieliśmy do odrobienia praktyki muzealnicze i zdecydowałem się odbyć je w Sanoku. To wtedy poznałem moich przyszłych kolegów i koleżanki. Wanda Szumska – konserwatorka, Romuald Biskupski – historyk sztuki, najwyższej klasy specjalista w sztuce cerkiewnej, Maria Zielińska – archeolog… Ja miałem być czwarty w tym gronie. Już wtedy czułem, że nie zostanę specjalistą w dziedzinie ikon, tym bardziej że praktycznie cała literatura na ich temat była po rosyjsku, a do tego języka miałem olbrzymią niechęć. Nie do końca widziałem się więc w muzeum.
– Ale zmienił Pan zdanie?
– Po 3. roku studiów pobrałem się z moją dziewczyną i podjęliśmy decyzję, że zamieszkamy w Sanoku. Okazało się, że w muzeum jest wolny etat. Dokładnie 1 sierpnia 1977 r. rozpocząłem pracę. I tak zaczęła się moja przygoda… Co ciekawe, jednym z pierwszych zadań, jakie mi zlecił dyrektor było… pójść do Beksińskiego i przynieść pod pachą zakupiony od niego obraz. Muzeum nie miało samochodu. Przyniosłem pracę, na której widniała czarna góra z małymi krzyżami. Do dziś jest ona na ekspozycji. Był to jeden z ostatnich obrazów namalowanych w Sanoku. Artysta polecił mi wtedy przyjść jeszcze raz, bo miał dla muzeum jeszcze 6 prac abstrakcyjnych. Pakował się, bo wyprowadzali się już do Warszawy.
– Szybko odnalazł się Pan w muzeum?
– Tak. Od pracowników dowiedziałem się, że muzeum posiada interesującą kolekcję polskich malarzy. Przekazał ją Franciszek Prochaska z Francji. To natychmiast nakręciło mnie życzliwie do muzeum, bo wiedziałem już, że znalazłem działkę, którą mogę się zająć. Rok później udało się ściągnąć sporo tych obrazów do Sanoka. Były to czołowe nazwiska: Makowski, Pankiewicz, Boznańska a zarazem mnóstwo nazwisk zupełnie nieznanych, których ślady trzeba było poszukiwać. To stało się moim głównym zadaniem i wypełniłem je na tyle, na ile pozwalały mi możliwości.
– A te zapewne nie były zbyt szerokie?
– To był głęboki PRL. Zarabiałem wtedy znacznie mniej aniżeli niewykwalifikowany robotnik w „Autosanie”. Na jesieni przyszło na świat moje pierwsze dziecko. O tym, żeby pojechać do Francji, nie można było nawet pomarzyć, a zdobycie środków umożliwiających penetrowanie miejsc, w których ci artyści żyli, było czystą abstrakcją. Co mogłem, robiłem korespondencyjnie, nawet nie wiedząc, że piszę do tak zakazanej instytucji, jaką była polska „Kultura” w Paryżu. Miałem kontakt m.in. z Czapskim, więc służby pewno przyglądały mi się. Przybywało informacji. Udawało mi się gdzieś w desach, poprzez znajomości, wyszukać kolejne nazwiska i obrazy, które Polacy malowali we Francji. W latach 80., czyli najgorszym okresie, pojawiła się szansa, by dotrzeć do zasobów ukochanego przez mnie abstrakcjonisty Mieczysława Janikowskiego zdeponowanych w Bibliotece Polskiej w Paryżu. Dogadałem się z instytucjami takimi jak „Zachęta” i BWA z całej Polski, które z chęcią by te prace pokazały, no ale trzeba było tam pojechać, by wszystko skatalogować. Pracownicy w „Zachęcie” załatwili mi paszport służbowy, więc funkcjonariusze służb tu w Sanoku nie dowiedzieli się , że jadę do Paryża.
– To musiała być pamiętna wyprawa…
– Spędziłem tam cały tydzień. Wyzwaniem było sfotografowanie dzieł, które składano w pomieszczeniu jedno na drugim. Był problem z oświetleniem, a ja miałem zwykły aparat. Znosiłem te dzieła z II piętra na dwór i fotografowałem na ulicy przed biblioteką. Pamiętam też – co do dziś mnie szokuje – że z magazynu Muzeum Sztuki Nowoczesnej Miasta Paryża wydali mi dwa obrazy, które wziąłem pod pachę i wyszedłem sfotografować na zewnątrz. A mogłem przecież już z nimi nie wrócić, bo nie zażądali ode mnie nawet paszportu… W Paryżu udało mi się też dotrzeć m.in. do Jana Ekierta. Do Polski wróciłem zresztą z paczką jego prac, które przekazał dla muzeum. Ponieważ nie były odprawione, wracałem mocno przerażony, co będzie na polskiej granicy. Na szczęście nikt tego nie sprawdził – sprawdziłem się jako przemytnik sztuki.
– A co z kolekcją Beksińskiego?
– Ona rozrastała się równolegle. Relacje z Beksińskim stawały się coraz bliższe. Prawie co roku mój poprzednik kupował coś od niego po niewygórowanych cenach. Zdzisław wybierał dla Sanoka najlepsze prace.
– Od 1990 roku, gdy został Pan dyrektorem, mógł Pan osobiście kierować promocją jego dzieł i osoby.
– Było to po 13 latach mojej pracy w muzeum. Ku mojemu zdumieniu i niechęci zostałem przez kolegów i pracowników troszkę do tego przymuszony. Byłem przerażony wszystkim, co na mnie spadło.
– Czyli…
– Zamek od strony technicznej był wręcz w krytycznym stanie. Jeden z pierwszych spacerów po zamku – już jako dyrektora – odbyłem w towarzystwie inspektora budowlanego. Na strychu on mi pokazuje: „Te belki są kompletnie zgnite. Dach trzyma się tylko na tamtych dwóch punktach. Gdy przyjdzie wichura, to wszystko spadnie na szosę i pozabija ludzi, a pan z więzienia nie wyjdzie”. Przyjechała też instytucja ministerialna do badania zabezpieczeń zbiorów. Pisząc raport mówili: „Wie pan co? Niech pan sobie poszuka innej pracy, bo naprawdę szkoda trafić do więzienia”. Takich to rad słuchałem, na dodatek nigdy nie kochałem papierów i uczyłem się administrowania praktycznie od zera.
– Ale nie poddał się Pan…
– Na szczęście udało się pozyskać zgodę na kapitalny remont. Niestety, jak zobaczyłem jego dokumentację, to byłem przerażony. Zrobiono ją tak, że niczego z zabytkowości tego budynku nie odczytano. Miał to być nadal brzydki, jakim był wtedy, austriacki budynek tyle że zmodernizowany. Zgroza! A ja, spacerując po zamku widziałem, że okna były kiedyś zupełnie inaczej, wewnątrz zatynkowane są portale, które można by odkryć itd. Na szczęście pomógł mi konserwator – Alojzy Cabała. Poradził: „Niech pan udaje, że robi z tej dokumentacji, a my będziemy uwzględniać wszelkie zmiany na bieżąco”. Dzięki temu udało się przywrócić renesansowy charakter zamku. Co prawda, w trakcie remontu bez przerwy wychodziły niespodzianki, np. że może runąć cała północna ściana, bo ściany boczne się rozchodzą. Trzeba było myśleć na gorąco. W trakcie odzyskiwania poszczególnych poziomów zamku, od razu wchodziliśmy tam z ekspozycjami. Najpierw na parter, gdzie trafiły najstarsze ikony.
– Dlaczego tak się Pan śpieszył?
– Bo muzeum, które nie ma ekspozycji, nie istnieje. Bałem się cały czas o to, że ludzie się odzwyczają od tego, żeby przyjeżdżać do Sanoka. Podczas remontu chyba tylko przez jeden sezon zamek był niedostępny – w następnym już można było zwiedzać parter. To było trochę wariactwo. Jednak byłem już spokojniejszy – szczególnie, że zainstalowano instalacje przeciwwłamaniowe. Już nie groziło mi więzienie za to, że się ktoś włamie kopnąwszy porządnie nogą w drzwi, albo bez żadnych problemów wywalając okno na 1. piętrze.
– To nie jedyny remont… Pana staraniom zawdzięczamy też powstanie Galerii z dziełami Beksińskiego…
– Związki z Beksińskim z czasem stawały się coraz bardziej bliskie, ciepłe, bardzo osobiste. Po śmierci jego żony i syna było jasne, że on całą swoją nadzieję na to, co stanie się z jego imieniem i sztuką łączy z naszym muzeum. To zmierzało do smutnej rozmowy na temat testamentu, w którym wszystko nam zapisał. Po jego śmierci otrzymaliśmy gigantyczną kolekcję, która nie mieściła się w magazynach. Wtedy pojawiła się możliwość pozyskania środków unijnych na rozbudowę zamku. I tak z faceta, który remontował zabytkowy zamek stałem się facetem, który spełniając marzenia z dzieciństwa, buduje zamek – niekoniecznie z piasku.
– Tym razem obyło się bez problemów?
– Niestety, nie. Liczyliśmy na zupełnie inne pieniądze, a musieliśmy startować do znacznie niższych kwot. Choć zaprojektowaliśmy jeszcze podziemia, dziedziniec i skrzydło dla budynku magazynowego, starczyło tylko na skrzydło. Duży projekt musieliśmy przerobić na mały, chyba w ciągu tygodnia. To była zgroza… Gdy kończyliśmy dobudowę, dostaliśmy jednak szansę by wystartować do większych pieniędzy i udało się. Dzięki temu zrealizowaliśmy wcześniejsze pomysły, a zamek, który do tej pory wyglądał jak park z budynkiem pałacowym w końcu odzyskał charakter warowni.
– Dziś ściągają tu prawdziwe tłumy…
– Zawsze najważniejsze dla mnie było, by z prowincjonalnego muzeum, które wyglądało bardziej na izbę pamięci, zrobić placówkę o randze ogólnopolskiej. Aby je wylansować trzeba było nie liczyć tylko na tych, którzy tu przyjeżdżają, ale pojechać ze zbiorami w Polskę. Z dużych miast, nie ma na mapie już żadnego, w którym nie byliśmy. Po upadku komuny stwierdziłem, że trzeba natychmiast „znaleźć się” w Europie, zanim inne muzea się pozbierają. Zrobiliśmy m.in. wystawę, która „wstrząsnęła” Holandią – ekspozycję ikon w Muzeum Sztuki Religijnej w Uden. Właściwie cały kraj był oblepiony plakatami ikon z Sanoka. Były też wystawy w Budapeszcie, w Niemczech… Stało się wtedy na granicy zachodniej w kolejce do odprawy od 12 do 24 godzin. Kiedyś marznąc nocą w samochodzie, w którym grzaliśmy się przy grzejniku gazowym, myślałem: „Banach, ależ ty jesteś durny! Po co ty tutaj tak marzniesz”. Jednak warto było. Dzięki temu staliśmy się muzeum ogólnopolskim, międzynarodowym, a w jakimś sensie światowym, patrząc np. na to ilu Japończyków, czy ludzi z USA tutaj przyjeżdża. Kiedyś, jak opowiadali pracownicy zamku, jakieś panie z Japonii spędziły na ekspozycji cały dzień: od otwarcia do zamknięcia – nie wychodząc. I to nie są wyjątki! Zresztą gdyby popatrzeć np. na moje maile, ile jest zapytań z zagranicy o pozwolenia do praw autorskich, np. od studentów z Japonii, czy nawet z Korei gdzie jacyś fanatycy chcieli żebym koniecznie zrobił wystawę w Seulu.
– A co ważnego udało się zrobić pod koniec Pana pracy?
– Kupiliśmy upragnione dzieło Władysława Ślewińskiego. Jego obrazy Prochaska miał w swojej kolekcji, ale prawdopodobnie sprzedał. W ten sposób zamykam segment sztuki polskiej we Francji właśnie czymś, o czym marzyłem przez lata i co przez lata było nierealne. Bardzo symboliczne okazało się dla mnie także niedawne zaproszenie do Muzeum Narodowego w Poznaniu, gdzie chciałem pracować, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem obraz Beksińskiego. Okazało się, że moim wykładem o nim od razu zainteresowało się 5 tys. osób, stąd organizatorzy poprosili o drugi. Ostatecznie trzeba było zrobić jeszcze dwa, bo kolejki były tak długie, że ludzie się nie dostali. Tak historia zatoczyła koło i moje życie muzealne zamknęło się Beksińskim.
– Czuje się pan spełniony?
– Myślę, że nie do końca. Cały czas w głowie mam coraz to nowsze pomysły, które mógłbym zrealizować. Istotną sprawą jest dla mnie zrobienie filmu o sztuce Beksińskiego, któremu należy się poważna refleksja. Ufam, że na emeryturze zacznę pisać scenariusz takiego filmu, a potem być może uda się go jakoś zrealizować. Drugi mój zamiar, który zacząłem realizować w „Tygodniku Sanockim”, polega na tym, że opowiadam o konkretnym dziele sztuki z tego muzeum. Chciałbym to dokończyć i stworzyć książkę, która przyda się pracownikom muzeum. Będą mogli dowiedzieć się z niej trochę o historii obiektu i różnych sytuacjach, które doprowadziły do tego, że dany eksponat jest w naszych zbiorach. Mam też olbrzymi dług wobec Beksińskiego, opracowania wszystkiego, co po nim zostało, a na co nie starczyło czasu.
– Żal odchodzić?
– Na pewno żal. Tym bardziej że w pracy spędzamy jedną trzecią naszego życia – tu jest moja druga rodzina. Ludzie, z którymi tyle lat pracuję, którym jestem wdzięczny za to, że są ze mną, że się nigdy na nich nie zawiodłem i darzymy się wzajemnym zaufaniem, życzliwością. To przykre, że się rozstajemy, ale nie ma na to rady. Powiedziałem sobie, że może lepiej zrezygnować z kariery w takim momencie jak Małysz, wtedy kiedy wykonywało się jeszcze dalekie skoki, a nie wtedy, kiedy rozum już nie będzie sprawny i moi pracownicy będą musieli się za mnie wstydzić. Trzeba odejść w odpowiednim momencie i koniec.
– A jaki prywatnie jest dyrektor Banach?
– To mąż ukochanej żony, ojciec 4 dzieci, dziadek 8 wnuków. Facet, który uwielbia słuchać muzyki poważnej, nie rozstaje się ze sztuką, cały czas coś czytając albo oglądając; który tęskni za tym, żeby co jakiś czas wybrać się do któregoś z muzeów, gdzie ma swoich ulubionych przyjaciół w postaci obrazów czy rzeźb; który kocha jeździć na rowerze i ma nadzieję, że na emeryturze nadrobi zaległości. Więcej, musieliby powiedzieć o mnie inni.
***
WIESŁAW BANACH – absolwent historii sztuki na KUL, a od 1990 r, – dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku. Laureat wielu nagród. Otrzymał m.in. Odznakę „Zasłużony Działacz Kultury” (1989),Nagrodę Miasta Sanoka w dziedzinie upowszechniania kultury, sztuki, nauki za rok 2003 oraz Nagrodę Burmistrza Miasta Sanoka w dziedzinie społecznej aktywności na rzecz miasta za rok 2014. Honorowy Obywatel Sanoka. Jest współautorem książki „Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki. Rozmowy.”
Rozmawiała Aneta Jamroży




One Response to "Biorę przykład z Małysza"