Co się dzieje z tymi śmieciami? Wiele osób na Podkarpaciu i w całej Polsce, zarówno ze wsi, jak i z miasta, zadaje sobie dzisiaj to pytanie. Dlaczego za ich odbiór (niezależnie od tego czy je segregujemy, czy nie), płacimy tak drogo? I z jakiego powodu, z dniem pierwszego stycznia 2020 roku, w wielu gminach opłaty wzrosły dwa, a nawet trzykrotnie? I skąd ludzie mają brać na to pieniądze?
Kiedy w grudniu 2019r. dowiedziałem się, że w Gminie Bircza, gdzie mieszkam, od nowego roku miesięczna stawka od osoby za odbiór odpadów segregowanych wzrasta z 10 zł do 24 zł, doznałem swoistego „szoku intelektualnego” i pomyślałem sobie, że to musi być jakiś żart. Nie znajdowałem bowiem żadnego logicznego uzasadnienia tak wysokich podwyżek. Szybko jednak okazało się, że to prawda. Dzisiaj obowiązujące u nas miesięczne stawki od osoby to: 24 zł – śmieci segregowane, dla właścicieli nieruchomości zamieszkałych przez 1. do 5. osób oraz 21 zł, dla właścicieli nieruchomości zamieszkałych przez 6. i więcej osób. W przypadku śmieci nie segregowanych kwoty te wynoszą odpowiednio 48 zł i 42 zł. Dodatkowo władza, wspaniałomyślnie, wprowadziła ulgę w wysokości 1 zł od osoby dla właścicieli budynków jednorodzinnych, którzy będą kompostować bioodpady i tym samym przyczynią się do zmniejszenia ogólnej masy zdawanych odpadów. Kierunek myślenia może i słuszny, ale zachęta bardzo mizerna.
Biorąc pod uwagę obowiązujące stawki, łatwo więc policzyć, że czteroosobowa rodzina segregująca śmieć (tak jak moja) będzie musiała wysupłać na ten cel z domowego budżetu 96 zł miesięcznie. Dużo to czy mało? Myślę, że stanowczo za dużo!
Nie analizowałem problemu zbyt dogłębnie, ale z moich domowych obserwacji posiadacza domu jednorodzinnego i „wytwórcy” śmieci – a przyznacie Państwo, że z tej pozycji często widać najlepiej – problem leży w nieodpowiednich uregulowaniach prawnych, indolencji urzędniczej, nadmiernym rozroście, pożerającej wszystko, biurokracji, braku dobrej organizacji pracy, monopolistycznej polityce zakładów, które żyją ze śmieci; w przymusie płacenia za odbiór śmieci, według obowiązującej stawki od człowieka, niezależnie od tego ile śmieci wytwarza. No i chyba najbardziej z przeświadczenia (w tej czy innej formie wpajanego przez wieki w nasz kod genetyczny) tkwiącego mocno w umysłach decydentów odpowiedzialnych za gospodarkę śmieciową, że wszelkie koszty związane ze wzrostem cen można, bez mrugnięcia okiem, przerzucić na ludzi.
„Oni wszystko udźwigną. Muszą płacić, bo jak nie – to poślemy im komornika!”
W takiej sytuacji niewiele już muszą od siebie wymagać. Już w znanym nam wszystkim filmie „Janosik”, jest taka scena, w której Waluś mówi do młodego Janosika, kiedy ten oberwał po głowie i wylądował w lochu, za to, że stanął w obronie niesłusznie smaganego batem pańszczyźnianego chłopa: „Prawo pana – chłopa bić! Prawo chłopa – baty brać!”
Myślę, że podobną „filozofią” zaczynają się dzisiaj kierować u nas ludzie odpowiedzialni za ogólnie pojęta gospodarkę śmieciową.
Prawo pana (myślę tutaj o szeroko pojętej władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz zakładach odbierających i przetwarzających odpady) – podnosić ceny coraz wyżej! Prawo chłopa (czyli wszystkich mieszkańców miast i wsi) – płacić bez szemrania!
Bo jak inaczej patrzeć na problem i nie obciążać nim wszystkich „organizatorów” gospodarki śmieciowej, skoro słyszymy, że np. koszt spalarni, to tylko 20-30% ogólnych kosztów odbioru śmieci. To gdzie się podziewa reszta? I co się takiego wydarzyło, co mogłoby, w jakikolwiek logicznie przekonywujący sposób, uzasadnić tak drakońską podwyżkę?
Jak tak dalej będzie, to już niedługo za odbiór śmieci będziemy płacić więcej niż za prąd, wodę, czy ogrzewanie. Myślę, że coś tu jest nie w porządku. Z prądu, wody i ciepła możemy zrezygnować; nie ma przymusu, najwyżej nam odetną. A za śmieci, niezależnie od tego ile ich wytwarzamy, musimy płacić ustalone, coraz wyższe, stawki. I w tym chyba jest pies pogrzebany. Skoro musimy, to można nam przykręcać śrubę. I gdzie tu mowa o jakiejkolwiek gospodarce rynkowej? Ochroną środowiska nie można wszystkiego wytłumaczyć, przysłonić wszelkich nieprawidłowości i niedociągnięć.
Już przed wojną w Ameryce – jeżeli ktoś czytał książki świetnego pisarza Mario Puzo – wiadomo było, że w śmieciach są ogromne pieniądze i ci, którzy mieli siłę, żeby się do tego interesu dobić, zarabiali fortuny.
Pozostaje zadać nam sobie pytanie: Czy i u nas, na obecnym etapie rozwoju, nie jest tak, że ci, którzy żyją ze śmieci, chcą zarabiać kokosy, a my, szarzy obywatele, jesteśmy ich zakładnikami, bezwolnymi owcami, które można strzyc i golić jednocześnie? Czy nie należy w jakiś sposób odwrócić tego układu, żeby to oni musieli zabiegać o nas, a nie my o nich? I czy za kilka, może kilkanaście lat na światło dzienne nie wyjdą jakieś związane z gospodarką śmieciową afery?
Może nie jest aż tak źle. Może to tylko moje czarnowidztwo, bo zawsze dopatruję się przyczyn, szukam drugiego dna i pytam: kto na tym zarabia? Ale pytania są słuszne. I przy kolejnych podwyżkach zaczną sobie stawiać je wszyscy.
Mam jednak nadzieję, że sytuacja się unormuje i z czasem dojdzie do jakiegoś rozwiązania, korzystnego dla zwykłych ludzi. A jeżeli nie, to muszą w to wkroczyć „siły wyższe” (władze państwowe) i uregulować problem. Bo takiego rodzaju „śmieciowe Eldorado”, jakie nam się rysuje na horyzoncie niczemu dobremu nie będzie służyć.
Redaktor Wiesław Hop



5 Responses to "Śmieciowe eldorado"