PODKARPACIE. Gdy zdiagnozowano pierwszego pacjenta z koronowirusem władze zapewniały, że szpitale są gotowe na epidemię. Kilka tygodni później brakuje w nich środków ochrony osobistej.
Naczelna Rada Lekarska apeluje do ministra zdrowia o zapewnienie medykom w Polsce dostępu do środków ochrony osobistej. – W sytuacji braku odpowiedniego i potrzebnego wyposażenia, żaden polski lekarz nie będzie w stanie w pełni wykorzystać swojej wiedzy i umiejętności, walcząc o zdrowie pacjentów, nie narażając jednocześnie siebie oraz innych – piszą w liście lekarze.
Środki ochrony osobistej to nic innego jak jednorazowe rękawiczki, maseczki, fartuchy oraz środki dezynfekujące. Czy rzeczywiście takich rzeczy może brakować w szpitalach? Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że jest „przygotowane na wszelkie wsparcie szpitali”, że lecznice mogą uzupełniać wszelkie braki w Agencji Rezerw Materiałowych. Niestety, to fikcja. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, podkarpackie szpitale gonią resztkami zapasów. – Nie brakuje nam co prawda maseczek chirurgicznych, ale mamy na stanie już tylko 200 masek typu M95 i sześć zestawów kompletnych skafandrów, to zapas tak naprawdę na półtora dnia – mówi jeden z dyrektorów i prosi o niepodawanie nazwiska i miejscowości, w której mieści się szpital. Dodaje także, że dostawy są obiecane, liczy, że sytuacja poprawi się lada dzień. Zapewnia, że nie wie jednocześnie, ile i czego dostanie. Sytuację potwierdzają inni dyrektorzy. Mają podobne ilości środków ochrony i gdyby trafił do nich pacjent z podejrzeniem koronawirusa, to zostaliby bez żadnych zabezpieczeń. Stąd pewnie wstrzymanie wszystkich przyjęć pacjentów, których stan zdrowia na to pozwala oraz wypisanie tych, których stan pozwala dokonać takiej czynności, odwoływanie zaplanowanych zabiegów, ograniczenia odwiedzin i udzielanie teleporad w przychodniach. Nigdy nie wiadomo bowiem, kto trafi do szpitala. Wielu osób nie ma przecież objawów, chociaż mogą być potencjalnymi nosicielami wirusa. Bo nie trzeba mieć przecież kontaktu z osobami wracającymi z Włoch czy Niemiec, by być zakażonym. Ma to zabezpieczyć pacjentów i chronić personel medyczny, żeby nie doszło do sytuacji, jak w Wuhanie, gdzie zachorowali niemal wszyscy lekarze, a z drugiej strony zachować bazę kliniczną na wypadek, gdyby to wszystko poszło w złą stronę.
Dochodzi do wojennej spekulacji
Nie ulega wątpliwości, że informacje o epidemii, liczbie osób zmarłych w taki bliskich sercu Polaków Włochach, wywołała u nas panikę i masowego wykupywania środków ochrony osobistej. Jeśli towar w hurtowni w ogóle jest, to poważnym problemem stało się windowanie jego cen do absurdalnych poziomów: niesterylnie pakowane rękawiczki trzy tygodnie temu kosztowały 10-12 zł za pudełko 100 sztuk. Dziś trudno je znaleźć po cenie niższej niż 30 zł; jednorazowe maseczki, które trzy tygodnie temu kosztowały 20-30 zł za pudełko 50 sztuk, dziś kosztują 150-200 zł. Pojedyncza maska dziś kosztuje nawet 7 zł, podczas gdy wcześniej kosztowała około 60 gr; cena litrowego płynu AHD do dezynfekcji rąk na bazie spirytusu w tym samym okresie wzrosła z 24 zł za butelkę do 80 zł. – Jeżeli te środki drożeją pięciokrotnie i więcej to wchodzimy na teren wojennej spekulacji – mówi lekarz z dużego szpitala. – Rolą państwa jest walka z takimi zjawiskami. Muszą nastąpić szybkie działania rządu, który zakaże zarejestrowanym podmiotom sprzedaży z marżą większą niż powiedzmy 100 procent.
Anna Moraniec


